Ósmoklasista wystartował. Rok szkolny zaczęliśmy od wymiany plecaka. 25 litrów, dobre jeszcze w 6 klasie, zupełnie nie sprawdziło się w 7. Książki upychało się gniotąc je, a przy okazji gniotąc zeszyty. 35 litrów powinno wystarczyć. Przy okazji będzie plecak na harcerskie wyjazdy trekkingowe. Bo do szkoły nosi się dziś tyle kilogramów, co na trzydniową wycieczkę. Ale to nie jedyne zmartwienie rodzica u progu nowego roku szkolnego…

W plecaku zbyt dużo, wielu rodziców sygnalizuje ten problem. Co prawda są w szkole szafki, ale przecież w domu trzeba się z czegoś uczyć. Książki wędrują więc dwa razy dziennie tą samą drogą, szkoła-dom. Ale to mały problem. Bo jak tu dopilnować nastolatka, skoro godziny naszej pracy i godziny lekcji rzadko się pokrywają? A przecież to rok wielkiej niewiadomej – egzaminu ósmoklasisty. Potem jeszcze większa niewiadoma, czyli kumulacja roczników… Bez dopilnowania nie ma co marzyć o radosnym zakończeniu. A jakie są możliwości?

Wariant 1. Obraz idealny. Dziecko wraca ze szkoły, odrabia lekcje, uczy się na kartkówkę lub sprawdzian póki umysł świeży i słońce na niebie. Potem jakieś obowiązki domowe. A potem czas wolny. Wszak nie można jedynie pracować. Element rozrywki, a nawet lenistwa, jest wskazany.
Wariant 2. Obraz prawdziwy. Dziecko wraca za szkoły, rodzice w pracy. Buty i plecak lądują na środku przedpokoju, w pokoju bajzel. Smartfon, telewizja, cokolwiek byle nie zabrać się za robotę. Rodzic wraca o 17-18, stara się coś przypilnować, zmusić do pracy. Ale umysł zmęczony elektroniką nie chce się przestawić na zdyscyplinowane przyswajanie wiedzy. Nerwówka, zarwane wieczory, tłumaczenie, że wolny czas już był.

Odwieczny problem rodzica. Jak sprawić by dziecko samo zabrało się do roboty, by pamiętało o nauce bardziej niż o przyjemnościach? Dzieci zawsze wybierały luz. Kiedyś boisko, dziś coraz częściej smartfon. Dla olbrzymiej większości szkoła zawsze była na drugim miejscu, ale nie ulega wątpliwości, że dla dzisiejszego nastolatka szkoła jest po prostu nieatrakcyjna. To wyrośnięte dziecko. Jeśli będzie miał alternatywę w postaci kolorowej oferty w smartfonie, to nie będzie się wahał. Wiem, ciężko być atrakcyjniejszym od internetu, dlatego rozwiązanie wydaje się proste: smartfonów w szkole być nie powinno. Wiem to, bo ilekroć odbieram w domu smatrfona swoim nastolatkom, to zaczynają czytać, jeździć na rowerze, zaczynają żyć, stają się kreatywni. W szkole nawet gdy smartfon zostaje w plecaku, to ciche sygnały kolejnych powiadomień sprawiają, że skupienie jest zerowe. Myślę, że dopóki szkoła nie ma realnej oferty na zajęcia ze smartfonami (a nie ma i nauczyciele nie są do tego wcale przygotowywani), to nie powinno być tego urządzenia w szkole. Zostanie zasób energii, który będzie można spożytkować w inny sposób. Przyklasnę takiemu rozwiązaniu, ale wiem, że wielu rodziców zrobi awanturę, a nawet zabierze dziecko ze szkoły. Niestety nie wszyscy rozumieją rangę problemu. Bez oparcia w prawie (jak we Francji) podstawówki nie będą wolne od smartfonów. Szkoda, może uczniowie więcej wynosiliby z lekcji. Mniej pracy byłoby w domu.

Starszy kolega kiedyś mi powiedział: „Musisz odsiedzieć z dzieckiem swoje w domu, inaczej dzieciak nie ma szans na dobrą edukację”. Był nauczycielem, wuefistą, ale konsultował się na przerwach z koleżanką z matematyki by potem zrobić z dzieckiem zadanie domowe. Większość rodziców nie zdaje sobie sprawy jakie to ważne, spotkałem też takich, którzy z oburzeniem stwierdzali: „Jak to? Mam w domu robić robotę nauczyciela, któremu przecież płacą za to by nauczył?”. I byli to wykształceni ludzie… Lecz nie dziwi mnie to, bo wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy jaką krzywdę wyrządziły szkole kolejne ekspresowe reformy, jak miotają się nauczyciele by przetrwać 45 minut lekcji w dobrym stanie psychicznym i choć zasygnalizować ważne zagadnienia. Na powtórki, utrwalanie, nadrabianie często czasu brak. Trzeba to zrobić w domu. W takich realiach żyjemy, czy nam się to podoba czy nie. Przykro mówić ale dwie ostatnie reformy konkurencyjnych ekip nic dobrego w tym względzie nie wniosły. My zawsze musimy szukać swojej drogi zamiast czerpać z doświadczeń innych krajów. Bo przecież nie w każdym kraju po powrocie do domu dziecko ma drugi etat…

Ale mam świadomość powagi sytuacji. Nawet uwzględniam to w swoich planach zawodowych. Zmieniając aktualnie pracę, szukam takiej, by móc przypilnować moich nastolatków. Wiem, że kumulacja roczników może sprawić, że mój ósmoklasista zostanie na lodzie. Trudny wiek, nic się nie chce. Niby wie, zdaje sobie sprawę, ale jeszcze dziecięcy umysł odrzuca uporządkowany plan dnia na rzecz radosnej improwizacji. Trzeba przynajmniej być w domu by robił swoje we właściwej kolejności. Ilu rodziców przekłada pieniądze nad możliwość dopilnowania dzieci? Zbyt wielu. Osobiście mogę stracić te parę stówek, ale więcej być w domu. I takiej pracy szukam kosztem ambicji zawodowych. Poświęcenie? Nie. Konsekwencja. W końcu jeśli chciało się dzieci, to trzeba przypilnować. Świat zmienił się i nie jest już tak uporządkowany jak w czasach gdy ja byłem ósmoklasistą… A jest przecież jeszcze drugi nastolatek, tam też trzeba poświęcić czas.

Jako społeczeństwo pogubiliśmy się. Chcemy materialnie dogonić zachód. Niestety często dzieje się to kosztem rodziny, dzieci właśnie. Najpierw robimy dzieci, bo taki jest społeczny nacisk, a potem nie mamy dla nich czasu. Sprzeczność. Nie potrafimy się dostosować do roli rodziców. Coraz więcej rodziców inwestuje w dzieci, coraz mniej ma dla nich czas. Inwestuję – dobre alibi… Bo wiele osób zarabia więcej niż wystarczyłoby aby być dobrym rodzicem. Taka ucieczka.

O rodzicach w procesie edukacji zapomnieli także politycy, zupełnie jakby rodzice nie mieli swoich obowiązków, które trzeba egzekwować. No ale łatwiej edukację zwalić tylko na szkoły, a rodzicom nie mówić nieprzyjemnych rzeczy, bo rodzic to wyborca. Dlatego ciężko opornego rodzica zmusić do współpracy. Ten roszczeniowy rodzic – tak mówią nauczyciele. Ten leniwy belfer – tak mówią rodzice. Nie wzięło się to z sufitu. Rodzice i nauczyciele to teraz zbyt często dwie strony barykady. A przecież współpraca daje więcej, także zrozumienie, że w tym oświatowym bałaganie bez rozłożenia pracy na szkołę i dom nic się nie uda… Trochę brakuje mi w tym wszystkim poświęcenia rodziców takiego, jakie ja otrzymałem od swoich rodziców. Potrafili zawsze swe potrzeby odłożyć na drugi plan. Dziś często rodzice realizują się kosztem dzieci.

Dlatego w kolejnym roku szkolnym będę siedział nad zadaniami z matmy, odpytywał z historii, geografii, wosu i fizyki. Angielski, biologię i chemię weźmie na swoje barki żona, bo jest z tego lepsza. Będę tłukł do głowy jak napisać coś z polskiego, by miało ręce i nogi. Będę uczył pracy z kalendarzem, podstaw planowania swojego czasu. Tego, że gdy się dobrze to wszystko poukłada, to zdąży się nawet z rozrywką. Będziemy zmęczeni i sfrustrowani, jak w 7 klasie, ale co zrobić? Będziemy często na siebie warczeć, ale nie pozwolę by podręczniki pachniały farbą drukarską. Mam nadzieję, że znajdę pracę, która pozwoli mi to wszystko pogodzić. Nie chcę być w domu tylko gościem i sponsorem, jak wielu rodziców. Żaden rodzic nie powinien podejmować wyłącznie takiej roli. To będzie wyjątkowo ciężki rok…