Akcja rodzi reakcję, gdy jest praca, jest też efekt, a gdy pracujemy na rzecz zmiany, takowa zmiana w końcu następuje. Tak być powinno. Ale dla uważnego obserwatora śledzącego od wielu lat sytuację w oświacie, musi rzucać się w oczy pewien schemat. Nawet mówi się o wielu realnych problemach, ale planu na ich naprawę brak, bo mało kto chce podejmować konkretne zadania. Zupełnie jak na plenum KC, pięknych słów dużo, działań mało. A przecież często załatwienie jednego problemu nie jest możliwe bez załatwienia wcześniejszego, a wcześniejszego, bez załatwienia jeszcze wcześniejszego. To system naczyń połączonych. Jeśli tego środowisko nie pojmie, to może sobie gadać jeszcze przez wiele wiele lat.

Rozpoczął się nowy rok szkolny, rozpoczęło się narzekanie na zbyt dużą ilość prac domowych. Szczególnie trudnej sytuacji są tutaj ósmoklasiści, którzy nie dość że realizują skumulowany program, to jeszcze starają uczyć się do egzaminu niespodzianki. Niektórzy krzyczą: „Zlikwidować prace domowe!”, zupełnie jakby była to decyzja, którą można podjąć z dnia na dzień. Może by i tak było, ale nie przy dzisiejszej podstawie programowej, która jest zbyt rozbudowana (pisałem o tym w poprzednim poście). Inni, niezależnie od problemu zadań krzyczą: „Zmienić podstawę programową”, ale nikt nie pali się do działań w tym kierunku. Rodzice uważają że to wina szkoły, narzekając na nią, bo dziecko przemęczone. Ale aby wraz z nauczycielami stworzyć grupę nacisku… Zapomnij. Zresztą… nauczyciele zajęci toną papierzysk, goniący za godzinami by przeżyć, sami nie palą się do walki o zmianę podstaw programowych. Wręcz przeciwnie. Z jednej strony walka z przeładowaniem materiału kończy się na pogaduchach przy kawce pani Józi i pani Basi, które narzekają, że nie wyrabiają. Z drugiej strony, na papierze mają zawsze wszystko zrealizowane, bo tak bezpieczniej. A dyrektor choć też wie, to się nie czepia, bo w razie kontroli wyjdzie, że dobra szkoła skoro wyrabia bez problemu. Przychodzi więc kontrola z kuratorium. Wszyscy karnie mówią jak to zrealizowali całość, w dokumentach czarno na białym stoi, że wszystko w porządku, więc kuratorium śpi snem spokojnym. I mimo że czasem podejrzewa, że coś nie tak, to przecież opiera się na dokumentach, a te są w porządku. Tylko dziecko mało śpi, bo musi zrobić w domu to, co nauczyciel nie zdąży, mimo iż napisze że zdążył, a kuratorium to potwierdzi… Witamy w wariatkowie. Kto pierwszy powie prawdę? Może rodzice, skoro nauczyciele nie chcą?

Inny paradoks przyczynowo skutkowy. Ubywa nauczycieli chętnych do pracy, źle płacą. W pokojach wrze, na MEN wieszane są psy, a także na związkach, bo nic nie robią. Ilu tych nauczycieli jest w związkach? Kilku na stu? Najwyżej. Reszta ma wyrąbane na jakąkolwiek aktywność. Protesty są nieskuteczne. W tej sytuacji nie jest dziwne, że tak jest, bo skoro 90% ma wyrąbane, to kto liczy się ze zdaniem 10% protestujących? Otóż nikt. Na radach pedagogicznych rozmawia się więcej o dupie Maryni, aniżeli o przeładowanych podstawach, albo niskich zarobkach, a już zupełnie nie snuje się planów jak to zmienić. Zupełnie jak na lekcji wychowawczej na której nauczyciel zbiera zwolnienia i opiernicza nierobów, zamiast prowadzić ciekawe zajęcia wychowawcze. Bieżące problemy przesłaniają cel. Ale w ten sposób do celu nie dojdzie się nigdy…

Jeszcze jeden problem oświaty: biurokracja. Każdy nienawidzi ale akceptuje. Ba, są szkoły gdzie namiętnie tworzy się nowe dokumenty zamiast walczyć o ich ograniczenie. Coś mamy na kompie, zróbmy jeszcze trzy potwierdzenia na papierze. Często sami sobie robimy biurokrację. Należałoby zacząć od lektury ustaw i rozporządzeń, dociec co jest potrzebne a co nie, a potem naciskać na zmiany w konkretnych przepisach. Tak aby biurokracji było mniej. Nauczyciele drukują papiery, aby nie skrytykował dyrektor, dyrektor zbiera i produkuje kolejne, aby nie skrytykowało kuratorium, które samo też produkuje papiery. Może nawet ktoś mówi tu i ówdzie, że ten czy tamten papier zbędny, ale nikt się nie odważy wyjść przed szereg. Oj Bareja miałby dziś używanie, nie mniejsze aniżeli za komuny…

W realnym świecie jest tak: aby był efekt musi być praca, aby była wykonana praca musi chęć, aby była chęć musi być zaangażowanie, aby było zaangażowanie musi być poświęcony czas. I nie wolno nikogo oszukiwać na papierze, że jest, skoro nie ma… Co z tego, że piekarnia nam powie: „Mamy dziś dla was 1000 bochenków chleba”, skoro osoba nr 600 odejdzie bez chleba, bo 600 dotarło, ale w papierach było 1000. W piekarni niedopuszczalne, w szkole jak najbardziej. Może gdyby 80% szkół w Polsce powiedziało prawdę, czyli podało informację, że nie zrealizowali podstawy, to zrobiłaby się afera? I co wy na to kłamczuszki? Kto i po co ma wam obcinać podstawę, skoro napisane jest, że zrealizowana? Może gdyby ileś tam szkół uprościło dokumentację, to kuratorium i MEN zastanowiłoby się, że faktycznie można inaczej i to w zgodzie z prawem. Może gdyby 90% zorganizowało się i przerwało pracę, ktoś poważnie potraktowałby oświatę, a przy okazji ktoś by zaczął doceniać finansowo nauczycieli. Może może może. I tylko przychodzi na myśl znane przysłowie, które mama powtarzała każdemu od małego: Jak sobie pościelesz tak się wyśpisz… A jak sobie ścielą w szkołach? Widać niezbyt dobrze.

I żeby było jasne. Tutaj niepotrzebna jest kolejna rewolucja. Tu trzeba mrówczej pracy, rozmawiania z ludźmi zamiast przyjmowania postawy wszystkowiedzącej, którą uwielbiają rządzący. Tu trzeba poprawiania, wyrzucania rzeczy niepotrzebnych z podstaw, eliminowania zbędnych przepisów, które generują papiery, a nie przynoszą realnego pożytku. Tu trzeba uproszczenia dokumentacji. Po co dodatkowe papiery o realizacji podstaw, gdy kontrolującemu wystarczy rzut oka do dziennika i porównanie go z rozkładem, po co podstawy rozliczać corocznie, gdy można by zrobić to po zakończeniu całego cyklu nauczania z każdego przedmiotu, po co sterty dokumentów w sprawie pomocy psychologiczno-pedagogicznej, przecież wystarczy spojrzeć do dziennika wychowawcy i pedagoga. Takich przykładów w szkole jest wiele. Te papiery nie powodują wzrostu profesjonalizmu, raczej sprawiają, że na zajęcie się problemem jest mniej czasu. Jednak nikt nie chce wyjść przed szereg, każdy się boi, nauczyciele dyrektorów, dyrektorzy kuratoriów… Błędne koło. Niech lepiej mądrzy ludzie w MEN to zmienią. Ale aby byli tam mądrzy ludzie, praktycy, trzeba ruszyć cztery litery i brać udział w życiu społecznym. Działać w związkach, wstępować do partii politycznych, przedstawiać pomysły, startować w wyborach. Albo powiedzieć, że wszystko jest be, obrazić się na cały świat i przyjąć postawę bierną i narzekającą. I do tego modelu bliżej dziś polskiej szkole…