Ostatnio o szkole mówi się głównie w kontekście nauczycieli, ich pensji, planowanych protestów. Czasem w doniesieniach medialnych przebija się jakiś inny problem, ale szybko zostaje przyćmiony kolejną wypowiedzą pani minister, lub spadającym z mównicy orzełkiem… W chaosie powstałym w ciągu ostatnich dwóch lat, zaczynają się gubić prawdziwe cele i problemy z którymi musimy się zmierzyć. Świat się zmienia, a my? Zamiast reagować, staramy się przetrwać. Zamiast poświęcić naszą całą uwagę na twórcze rozwiązywanie problemów, energię marnujemy na walkę by utrzymać się na powierzchni. Tylko uczniów żal… I strach pomyśleć co przyniesie przyszłość…

Zbliża się egzamin ósmoklasisty, zbliża się kumulacja roczników, nauczyciele i uczniowie szkół średnich wejdą w nową, nieznaną dla większości rzeczywistość. Wiele niedociągnięć dopiero ujrzy światło dzienne. Tymczasem… Oświata przesiąknięta jest tymczasowością, przestaliśmy planować. Wszyscy jesteśmy zmęczeni. To efekt kilku kolejnych reform, wprowadzanych zbyt szybko i w zbyt krótkim czasie. Ale nie tylko. To też efekt tymczasowości zatrudnienia. Nauczyciel zatrudniony od września do czerwca robi po prostu swoje. Nie planuje na lata. To także skutek niejasnej przyszłości. Co będzie za rok? Kto wygra wybory? Co będą odkręcać, a co zostawią jak jest? Czy kilkuletni plan przygotowania do egzaminów ma w ogóle sens, jeśli za rok klasę przejmie inny nauczyciel z innym planem, lub gdy okaże się, że egzamin do którego chcemy przygotować oparty będzie za kilka lat na zupełnie innych zasadach niż dziś? Niepewność dręczy dyrektorów, nauczycieli, rodziców. Chyba najmniej dzieci, bo one płyną z tym nurtem, ale nie dajemy im gwarancji powodzenia. Nie w tej atmosferze prowizorki… A przecież odpowiadamy za ich przyszłość… Tylko jak realizować długofalowe cele w tym bałaganie?

Za tkaninę z napisem oświata ciągnie zbyt wiele osób. Każda nitka to jeden problem. W ten sposób tkanina niechybnie się rozpruje… Ciężko będzie to zszyć… Każdy poziom edukacyjny, każdy przedmiot uczony w szkole, wielkie miasto, mała wioska… wszyscy mają swoje racje, pomysły, koncepcje. Z drugiej strony jest MEN narzucający swe rozwiązania z determinacją nieomylnego dyktatora, po raz kolejny przykładając jeden szablon do wszystkiego. Chaos – taki obraz się wyłania. Każdy ciągnie za swoją nitkę, trwa bratobójcza walka o ucznia w którą wtłaczani są sami uczniowie poprzez promocje i rankingi. Nie zawsze otrzymują to co w kolorowej reklamie, uczą się w szkole brutalnej prozy życia, są sprowadzani na ziemię, a wyobrażenie przyszłości zbyt często pozostaje w sferze marzeń. Mało kto im mówi, że sukces to ciężka praca, często wyrzeczenia. Ma być łatwo i przyjemnie. Sielanka nie mająca pokrycia w rzeczywistości. A potem zderzenie z rynkiem pracy, stres, depresje, obwinianie wszystkich wokół, poczucie że ktoś nas oszukał i… negatywny obraz szkolnictwa – sprawcy naszych problemów. Przesadzam?

Nauka i szkolnictwo powinny być dla kraju priorytetem, także finansowym, a nie programy socjalne, uruchamiane na kredyt przyszłych pokoleń. Wszyscy powinniśmy podjąć wysiłek. Dla dobra naszej przyszłości wyznaczyć cele, realizować je latami i rozliczać się z nich. Poniżej wypisałem kilka. Takich ponad-przedmiotowych. To mój subiektywny wybór. Na nich powinien skupić się wysiłek szkół, gmin, kuratoriów i ministerstwa. To ważniejsze dla naszej przyszłości niż ciągłe zmiany organizacyjne, fundowane nam średnio co kilka lat… Na czym powinniśmy się skupić?
> Uczyć szacunku do wiedzy (bo to w społeczeństwie kuleje i rodzi populizm).
> Uczyć odróżniania faktów naukowych od fejków (bo ludzie mają z tym coraz większy problem).
> Skutecznie wdrożyć elektronikę do procesu nauczania (bo stała się częścią życia dzieci, ale nie szkoły).
> Unowocześnić podstawy programowe (by w przewidzianym czasie nauczyć ważnych rzeczy, zamiast niepotrzebnych).
> Wyposażyć uczniów w praktyczne kompetencje potrzebne na rynku pracy (bo zbyt wiele wszędzie teorii a za mało praktyki).
> Promować samodzielność pracy ucznia i autonomię nauczyciela (bo przykładanie jednej miary kilkakrotnie nie zdało egzaminu).
> Promować interdyscyplinarność (bo tego wymaga współczesny świat).
> Promować minimalizm (bo bezmyślna konsumpcja niszczy naszą planetę).
> Wymagać od ucznia i rodzica zaangażowania (bo mądrości do głowy siłą się nie wtłoczy).

To powinny być priorytety. Tymczasem w szkole wszystko dzieje się siłą inercji: zmiany, biurokracja, szkolenia, uczenie się nowego i gdy już wiemy jak pracować, to znów zmiany i tak dalej, w koło Macieju. Niektóre z tych celów już są nawet gdzieś zapisane… Może ktoś je nawet realizuje… Tyle że ich realizacja kuleje… Zaś samodzielność, autonomia i interdyscyplinarność są ostatnio passe… Lecimy z materiałem sparaliżowani perspektywą kolejnych egzaminów, rankingów, rekrutacji. Powyższe cele realizujemy bardziej na papierze niż w życiu… Nie może być inaczej w zafundowanym nam od lat chaosie. Piękne słowa są wydrukowane, a młodzi wolą pierdoły na portalach społecznościowych od wiedzy, są manipulowani fake newsami, których nie potrafią rozpoznać w zalewie informacji. Popadają w nowe elektroniczne nałogi, gubiąc się w życiu, z superkomputerem w dłoni. Są uczeni mnóstwa niepotrzebnych rzeczy, a ponieważ wiedza o świecie urosła do olbrzymich rozmiarów, lecz czas na jej przyswojenie się nie rozciągnął, więc gubią to co ważne, w zalewie tego, co trzeba zakuć, zdać i zapomnieć… A potem stają przed pracodawcą, który załamuje ręce nad ich nieprzygotowaniem do pracy, bo mają głowę wyładowaną śmieciem i nie potrafią załatwić najprostszych spraw, bo w szkole i w domu ktoś wciąż myślał za nich… I boją się techniki, bo przecież są humanistami, lub nie ma w nich humanizmu, bo przecież są technokratami… Jak więc wzniosą się ponad własne małe sprawy, by uratować planetę i przekazać ją w dobrym stanie kolejnym pokoleniom? Nawet Stephen Hawking w swej ostatniej książce ostrzegał przed pułapką nadmiernej specjalizacji…

A przecież tworzymy społeczność, która musi mieć priorytety. Szkoła jest częścią społeczności. Każdy szkolny dokument pęcznieje od celów… Stawiają przed nami dziesiątki celów i po roku lub dwóch żądają efektów… Jeśli tych priorytetów będzie sto, to przestaną one być priorytetami. Jedynie kilka celów jesteśmy w stanie skutecznie realizować, skupić się na nich by osiągnąć efekt. Ale nie w tak krótkim czasie, w jakim każe nam osiągać cele MEN, bo będą one rozwiązane tylko na papierze, tak jak teraz. Rzeczywistości nie oszukamy. A jeśli oszukamy, to przyszłość zastaniemy niedługo w czarnych barwach…

* Cytat z piosenki KSU „Na krawędzi snu”