Minął tydzień strajku nauczycieli. Skala protestu jest ogromna, tym bardziej więc dziwi fakt, że nie trwają żadne prawdziwe negocjacje w celu rozwiązania tego problemu. Rząd robi wrażenie, że coś robi, ale nie robi nic. Pani Szydło przypomina papugę, bezrozumnie powtarzającą wyuczoną kwestię. Brak zgody na zewnętrznego negocjatora pokazuje prawdę – niechęć do kompromisu. Zachowanie władz oświatowej Solidarności przypomina historię z koniem trojańskim. A nauczyciele liczą pieniądze i zastanawiają się na ile dni strajku jeszcze ich stać…

Negocjacje mają tę cechę, że obydwie strony dążą do rozwiązania sytuacji. Tutaj ten warunek nie jest spełniony. Ustępstw dokonywała strona związkowa, proponując najpierw odejście od równej podwyżki 1000 zł dla każdego na 30%, potem podzielenie tych 30% na dwie, a potem na trzy raty… Po drugiej stronie codziennie występuje premier Szydło, proponując cały czas to samo co w zeszłym tygodniu. Powtarza to niczym bezmyślna papuga, którą wyuczono jednej kwestii, obrażając tym samym inteligencję wszystkich tych, którzy muszą jej słuchać. Oprócz tego nie odpowiada konkretnie na żadne pytania, mówiąc samymi ogólnikami. Prawdopodobnie mówi tyle, by nie powiedzieć nic. Jej elektorat to przyjmie bez mrugnięcia okiem, inni jej nie interesują.

Styl negocjacji, można określić jako brak stylu. To anty negocjacje. Brak informacji ze strony rządu, a potem ten sam komunikat, który podany był dwa dni temu. Na logikę, gdyby związki wiedziały, że Szydło nie ma nic nowego do powiedzenia, to by się na kolejne wezwania do rozmów nie zjawiały. Bo i po co? Ale tutaj też widzimy strategię rządu. Związki przybywają, dwie godziny tracą czas na wysłuchiwanie tego samego, tłumacząc: „To nie są żadne negocjacje”, a w świat idzie ze strony rządu komunikat, że następna tura negocjacji się odbyła i związkowcy nie zgadzają się na propozycje rządu. To nic że to wciąż te same propozycje, więc negocjacji de facto nie ma…

To dlatego strona rządowa jak ognia boi się zewnętrznego, niezależnego negocjatora. Ten negocjator obnażyłby nieprzygotowanie strony rządowej do rozmów i brak chęci do rozwiązania problemu. Stwierdziłby po prostu, że strona rządowa nie chce negocjacji, a to byłoby medialnie dla rządu nie do przyjęcia, stąd brak zgody na taką osobę. W dalszym ciągu będą więc powtarzać to samo, wmawiając wszystkim, że to negocjacje, choć tego co się dzieje nie sposób tak nazwać…

Wybór negocjatora ze strony rządowej też nie jest też przypadkowy. Szydło nie jest osobą myślącą samodzielnie, to żołnierz wykonujący polecenia dowództwa. Każdy kto był w wojsku wie, że z kimś kto dostaje rozkaz i rozumuje w kategoriach rozkaz – wykonanie, nie warto podejmować rozmowy, bo trafi na mur niezrozumienia. Na taki właśnie mur trafiają związkowi negocjatorzy od kilku tygodni. Całkowicie dyspozycyjna politycznie osoba, która niczym zdarta płyta powtarza tę samą melodię, jest ostatnią osobą z którą można cokolwiek ustalić. Ale to także element strategii, delegując Szydło do rozmów, rząd wiedział, że nie zostanie ustalone nic wiążącego…

Po tygodniu strajku uwidoczniła się negatywna rola szefostwa Solidarności, które okazało się edukacyjnym koniem trojańskim. Akceptując (przy znacznym sprzeciwie swych własnych członków) porozumienie z rządem, dali tym samym paliwo dla pani Szydło, która do końca negocjacji będzie powtarzała, że porozumienie zostało zaakceptowane przez jeden związek i wystarczy się po prostu przyłączyć, by ona mogła odtrąbić swój sukces. To też przemyślana strategia, radny PiS – Proksa miał do pewnego momentu udawać jedność z pozostałymi centralami, a potem podrzucić im kukułcze jajo. I to nic, że porozumienia tego nie akceptuje jego własny związek, komunikat poszedł w świat, to im wystarczy. Szydło cały czas powołuje się na ten dokument, a pan Proksa pójdzie do polityki, bo jako zdrajca, w edukacji już nie ma czego szukać.

W tych niby negocjacjach gra się też na emocjach. Mówi się o zakładnikach, którymi rzekomo są uczniowie. To nic, że nauczyciele siedzą w gotowości do podjęcia pracy i nie jest to dla nich komfortowa sytuacja. Nauczyciele chcą pracować, wiedzą jednak, że gdy teraz ustąpią, to nikt nie będzie ich już nigdy szanował. Równie dobrze można powiedzieć, że uczniowie stali się zakładnikami rządu, który nie zamierza nawet negocjować, wszystko zwalając na nauczycieli. Jednak MEN poprzez rządowe tuby propagandowe wbija ludziom, że nauczyciele działają na szkodę dzieci, pomijając wciąż, że rozwiązanie tego problemu leży także w ich rękach. Przekaz ma być jednostronny.

Negocjacje niby trwają, ale ich nie ma. Więc nie powinniśmy przejmować się tym, co mówi pani Szydło, bo mówi wciąż to samo. Z karnym żołnierzem nie można negocjować, można go pokonać, albo wziąć na przetrzymanie. Trzeba próbować. Po drugiej stronie frontu też tak rozumują i mają silny argument – pieniądze za strajk, które niby się nie należą, choć tak naprawdę się należą… Ale nagłaśnianie tego, że za okres tego legalnego przecież strajku nie zostanie wypłacona nawet podstawowa pensja, to też element strategii. Strategii zastraszania.