Edukacja jest polem bitwy polityków. Ich przeciwnikiem w tej wojnie są nauczyciele, którzy jako jedyni wiedzą na czym szkoła powinna polegać… Politykom nie chodzi w tej bitwie o cel jakim jest jakość nauczania. Na jakości zależy dobrym nauczycielom i nielicznym uczniom. Nie zależy politykom, bo bo trzeba by w szkołę inwestować, a efektem może być dobrze wyedukowane społeczeństwo, które zadaje zbyt mądre pytania, co nie jest dla nich korzystne. Na jakości nie zależy większości samorządów, funkcjonującym od kadencji do kadencji, dla których jesteśmy największym kosztem w budżecie, one chcą tylko dopiąć budżet. Na jakości nie zależy większości rodziców, bo wiedzą, że im wyższa jakość tym dziecko będzie miało w szkole pod górkę, a rodzice ciężko przyjmują prawdę o swoim dziecku. Może zależy jedynie niektórym pracodawcom szukającym bezskutecznie dobrze wyedukowanych ludzi do pracy, ale ich głos jest mało słyszalny. Dlatego czarno widzę przyszłość naszej edukacji…

Edukacja to pole bitwy na którym można coś ugrać. Ale pierwsze rządy PiS jeszcze nie pojęły wagi problemu, uznały edukację za sprawę marginalną. MEN jako mało ważne, dostało się w ręce narodowca Giertycha, co było bolesnym doświadczeniem dla nauczycieli. Na szczęście nie znał się na oświacie, więc wiele nie zepsuł (oprócz sławnej amnestii maturalnej). Za to pierwsze rządy PO, z którymi szkoły wiązały wielkie nadzieje były dla edukacji jak walec. Osoba pani minister Hall jest do dziś negatywnie odbierana w szkołach. Jej reformy, okazały się falą tsunami, które przetoczyło się przez ówczesną szkołę. To za jej sprawą w liceum kończono podstawę z gimnazjum, wprowadzono wczesną specjalizację, która zamykała młodych ludzi na inne przedmioty i powodowała, że zawężały im się horyzonty… Ucięto wiele godzin z przedmiotów ogólnokształcących, przez co zrobiono z nauczycieli turystów wędrujących między szkołami. Pani Hall była specyficzną osobą, nie znosiła sprzeciwu, była choleryczką, niezbyt skorą by konsultować swe pomysły z innymi, a już zupełnie nie potrafiła wyciągać wniosków z tego co obserwowała, była w swoim mniemaniu nieomylna (ten model powieliła potem Zalewska, te dwie panie mogą sobie przybić piątkę, są do bólu podobne, choć każda temu zaprzeczy). O co chodziło Platformie? Po co reforma, gdy po wcześniejszej, związanej z powstaniem gimnazjów nie opadł jeszcze kurz? Powody były rzekomo programowe, ale dość kiepskie, bo jak można oceniać efekty reformy po pięciu latach funkcjonowania? Po pięciu latach pracy wypracowaliśmy sobie pewne metody pracy, które niestety zaorała „reforma” PO… Oprócz powodów podawanych oficjalnie widzieliśmy w tych pomysłach pole do rozpoczęcia w szkołach wielkiej „operacji oszczędzanie”, związanej z niżem demograficznym i nadmiarem nauczycieli. Wywołało to opór związków zawodowych. Związki uciszono trzema podwyżkami w latach 2008-10. PO, jak to miała w zwyczaju, po bankiersku cięła koszty, by uzyskać efektywność (brak podwyżek, gdy w sektorze prywatnym pensje rosły na wyścigi). Tyle że szkoła to nie bank… Więc jakość spadała. Nauczyciele chałturzyli goniąc za godzinami, a młodzież wchodziła w wąskie specjalizacje, coraz mniej rozumiejąc otaczającą nas rzeczywistość. Zemściło się to na Platformie, która od totalnego poparcia młodzieży (słynna akcja „schowaj babci dowód”), przeszła na pozycje, na których dla młodych obciachem jest głosować dziś na Platformę. Chichot historii? A może zaniedbanie w przekazie? No cóż… władza deprawuje. Oszczędnością podyktowana była też reforma Zalewskiej (choć w początkowej fazie to pewnie spory koszt, ale dla samorządów, nie rządu). Likwidując ileś tam gimnazjów lub podstawówek i ograniczając przy tym ilość etatów nauczycielskich, Zalewska dostosowała sieć szkół do głębokiego niżu demograficznego w którym jesteśmy od lat, czyli ukończyła „dzieło” rozpoczęte przez PO. Na jakość także nie ma tu miejsca, raczej na oszczędności i ideologię. Skorygowano podstawy (zamiast je drastycznie odchudzić), na piedestał postawiono wyklętych buntowników, tyle że już widać, iż PiS zrobił tu przysługę ugrupowaniom najbardziej skrajnym, wychowując im wyborców chętnie przyswajających skrajnie prawicowe idee… Czy będzie kolejny chichot historii? Na razie nie, bo PiS zadbał by schlebić też płytkim oczekiwaniom dorosłych wyborców, aby siedlisko zła (gimnazja) zlikwidować, a leniom i darmozjadom (nauczycielom) pokazać gdzie ich miejsce… Ludzie chcieli chleba i igrzysk, więc dostali. Wojna polityków z nauczycielami została wygrana przez tych pierwszych, jedną reformą PO założyła nauczycielom na szyję stryczek, a drugą PiS kopnął spod ich nóg krzesło. Piszę to dla naiwnych, którzy zapominają, że rozkład naszej edukacji zaczął się już wcześniej, a PiS jedynie zadał ostateczny cios. Spadek jakości nauczania i rozkład norm wychowawczych, to tło książki „Ściema”, którą wydałem w… 2014 roku.

A co na to uczniowie? Czy im zależy na jakości? Na pewno nie wszystkim, jedynie tym nielicznym mającym prawdziwe edukacyjne ambicje, a tych jest coraz mniej. Dlaczego? Bo im gorsza jakość tym łatwiej można prześlizgnąć się przez edukacyjne sito, tym łatwiej można zrobić papier, stać się kimś, kim nie byliby, gdyby wymagania były jak kiedyś… Bo młodzi obserwują i wiedzą, że w Polsce nie jakość się liczy, a znajomości. Widzą to po „historiach rodzinnych” polityków PO i PiS (PiS szczególnie, w końcu to za ich kadencji przyjęła się nazwa Misiewicze, dla szybko robionych karier). Szerokie plecy pozwolą zdobyć stanowisko, a papier pozwoli uwiarygodnić ten społeczny awans. Wielu tych, którzy mają wiedzę i umiejętności, a brak im pleców, wybierają zagranicę lub wpadają we frustracje i depresje związane ze swą niemocą. Im mniejsze miasto, tym więcej liczą się znajomości i papier, który pozwoli podjąć dobrą pracę. Jakość papieru nie jest wymagana. To dlatego nawet nasi politycy tłumnie ruszyli kiedyś do uzupełniania wykształcenia. Czy szli na najlepsze uczelnie? Nie. Szli na takie, które można było skończyć szybko, łatwo i bezboleśnie. Często uzupełniali wykształcenie na „zaprzyjaźnionych” uczelniach (słynne szybkie ścieżki edukacyjne posłów Samoobrony, a ostatnio członków PiS na uczelniach ojca dyrektora). Dlatego młodzi z rezerwą spoglądają na bitwę o edukację. Są elastyczni, potrafią się dostosować. I dopóki obniża im się wymagania, są zadowoleni, nie będą sami z siebie żądać jakości. Życie ich nauczyło, że liczą się plecy i papier, jakkolwiek zdobyty. Świetnie było to widać w postawach w czasie strajku. Najpierw radość, że nie ma lekcji. Potem oburzenie, że naruszane są ich interesy, które stawiają ponadto o co walczą nauczyciele, którzy przecież mają tylko przepuścić do następnej klasy. Tak ich wychowano…

Wydawało się, że w tej wojnie sojusznikiem nauczycieli będą rodzice. Ale to sojusznik chwiejny. Bo rodzicom w większości też nie zależy na jakości, tylko na jak najmniej bolesnym przepchnięciu swych dzieci przez edukacyjne sito. I ktokolwiek im to uniemożliwi będzie wrogiem. Stąd intensywna pisowska retoryka w czasie strajku o tym jak naruszane jest dobro dzieci, jak tracą szanse edukacyjne przez protest złych nauczycieli. Z tego co słyszę na co dzień w sklepach, w komunikacji miejskiej, wnioskuję, że rodzice nie są sojusznikami nauczycieli w walce o jakość nauczania w szkole. A może inaczej… Niby chcą jakości i wymagającej szkoły, ale ich dziecko ma zdać i dostać papier… To zbyt często stoi w sprzeczności…

Czy sojusznikiem mogą być dziennikarze? Wątpię. Szkole i nauczycielom nie pomoże prasa. Osobiście nie ufam dziennikarzom. Może poza kilkoma. Wielu dziś broniących nauczycieli, jeszcze wczoraj (w poprzedniej kadencji sejmu) robiło na nauczycieli nagonkę, że zbyt mało pracują, że są mało elastyczni, że są najsłabszym elementem edukacyjnej układanki. Dziś atakują nas dziennikarze prawej strony, jutro (gdyby jesienne wybory wygrała opozycja) być może znów zaczną nas atakować ci z przeciwnej strony. Dziennikarze mają swych wydawców, politycznych mocodawców i szukają sensacji. Oni też są na wojnie, od niej zależą ich zarobki i pozycja. Rzetelne dziennikarstwo służące informowaniu ludzi, w przeważającej części umarło gdzieś w drugiej połowie XX wieku…

Politycy (wszelkiej rządzącej dotąd maści) wygrali z nauczycielami wojnę o dobrą oświatę. Silne i niezależne niegdyś szkoły sprowadzono to roli drżących o przetrwanie szkółek, w których ponad jakość liczy się zadowolenie klienta, coraz gorzej uczonego, przez co bardziej podatnego na coraz głupsze hasła serwowane w kampaniach wyborczych. Oczywiście przegrana jakości musi mieć swoje konsekwencje, ale te nie obchodzą kogoś kto planuje rzeczywistość od wyborów do wyborów. Wydawałoby się więc, w świetle tego co napisałem, że zarówno powstanie jak i likwidacja gimnazjów były niepotrzebne, bo nie podniosło to poziomu nauczania, który od lat leci w dół. Nawet ze zmian wprowadzonych w karcie nauczyciela przez Zalewską nie zostanie wiele, bo PiS powoli wycofuje się na wcześniejsze pozycje. Czyli bez zmian? Nic bardziej mylnego!!! Chaos ostatnich 20 lat reform zagłuszył tsunami, które zlikwidowało wiele szkół, obniżyło wymagania i przetrzebiło nauczycieli, złamało im kręgosłupy. Przecież gdyby chodziło o jakość to pod koniec XX wieku wystarczyło unowocześnić szkoły i szkolić nauczycieli do nowych metod pracy, w nowej cyfrowej rzeczywistości. Ale łatwiej było zrobić bałagan, by stworzyć pozory reform, bo przez to ciężko nawet wskazać winnego dzisiejszego stanu rzeczy. Tyle że… tę wojnę przegraliśmy wszyscy i już zaczynamy zbierać jej owoce. Popularność populizmu, atrakcyjność prostych recept, wiara w pudrowaną rzeczywistość… To efekty „ciężkiej” pracy polityków majstrujących od 20 lat w Polskiej oświacie… Efekt jest łatwy to przewidzenia…