Ogłoszone zostały wyniki rekrutacji podwójnego rocznika. Trwa rekrutacja uzupełniająca. Młodzież i rodzice są w skrajnych nastrojach. Jedni się cieszą, inni płaczą, przeklinając Zalewską i jej reformę. Do akcji ruszyli też politycy, opozycja krytykuje i wzywa do wyciągnięcia konsekwencji, strona rządząca bagatelizuje sprawę, mówiąc że wszystko przebiega planowo. W mediach wysyp różnych często niefortunnych wypowiedzi, jak te o wyborze szkoły za granicą. Wielu starszych mówi, że w dawnych czasach taka konkurencja o miejsce to była normalka, młodsi odbijają piłeczkę, że teraz inne czasy. Obecną sytuację zbyt często określa się zero-jedynkowo, a prawda jak to w życiu bywa, leży gdzieś pośrodku…

Płaczą głównie ci, którzy w zeszłym roku ze swoimi wynikami bez problemu dostaliby się do wymarzonych szkół. To nieuczciwe, że uczniowie rok starsi w zeszłym roku z takimi wynikami mogli się do danej szkoły dostać, a tegoroczni już nie. Mało tego, za rok kolejny rocznik dostanie się do szkół z niższymi wynikami niż tegoroczni absolwenci. Oni naprawdę mogą czuć się rozżaleni, takiego problemu nie miał rocznik wcześniejszy i nie będzie miał rocznik, który podstawówkę opuści za rok. Pech? Raczej krótkowzroczność polityków, którzy od miesięcy wiedzieli co się szykuje, ale w roku wyborczym bagatelizowali problem lub chowali głowę w piasek. Pani Zalewska i premier Szydło powinny ponieść za to odpowiedzialność, przynajmniej polityczną. Tymczasem w nagrodę za największy chaos w historii naszej oświaty obydwie panie wyemigrowały do Parlamentu Europejskiego, gdzie będą pobierać wysokie pensje niewiele robiąc (bo z językami u nich nietęgo, a ze swoimi poglądami Zalewska może co najwyżej z katastrofy szkolnej, wpędzić nas w katastrofę ekologiczną – mówię tu oczywiście o jej udziale w Komisji ds Środowiska).

Ci którzy się dostali – wiadomo, cieszą się. Ale ja bym się na ich miejscu nie cieszył zbyt mocno. Zwracam uwagę na coś o czym na razie mało się mówi. Warunki pracy w czasach podwójnego rocznika nie będą dobre. Będzie ciasno, młodzież będzie miała lekcje do późna. Budynki nie są z gumy. Na okazję podwójnego rocznika trzeba będzie zatrudnić na pewien czas nowych nauczycieli. Czy szkoły znajdą aż tylu dobrych pedagogów? Po ilości propozycji, które otrzymuję, widzę że ludzi w zawodzie brakuje. Nauczyciele zniechęceni są miernymi pensjami, a praca za takie pieniądze z podwójnym rocznikiem, podwójną podstawą (czasem poczwórną, jeśli są rozszerzenia), od rana do wieczora, może nie być dla nich szczególnie atrakcyjna… Ci którzy wygrali i dostali się do wymarzonych szkół, są więc na początku ciężkiej drogi, a wiele problemów związanych z reformą wyjdzie w trakcie roku szkolnego.

Politycy prowadzą walkę na słowa. Rządzący zapewniają, że wszystko jest pod kontrolą, że marzenia nie zawsze się spełniają i jest okazja zapełnić branżówki. Ewentualnie można spróbować za granicą (!!!). Opozycja słusznie wiesza psy na Zalewskiej. Ale szkolnej rzeczywistości tym nie zmieni, może za to coś ugrać w nadchodzących wyborach. Szkoła znów stała się miejscem politycznych przepychanek, to źle dla szkoły. Nasi politycy nie potrafią o szkole rozmawiać ponad podziałami (tak jak nie potrafią o klimacie, o polityce zagranicznej etc…). Rozbita po reformach szkoła w państwie pękniętym na pół – taki obraz wyłania się w tym wyborczym roku, a najgorsze że nie widzę światełka w tunelu. Pozostaje mozolna praca u podstaw. Wykonają ją jak zwykle nauczyciele, za psie pieniądze, w poczuciu obowiązku za młodzież i dzieci… Jeśli szkoły ich w ogóle znajdą, bo kasa w stosunku do pracy i odpowiedzialności jest żadna…

Na forach internetowych wrze. Starsi wspominają jak to uczyli się w przepełnionych szkołach i mieli więcej do nauki, więc o co tym młodym chodzi. Młodzi przekonują, że to inne czasy, inna młodzież, że nie można tego porównywać. Mówi się o utracie perspektyw, o wpychaniu do branżówek… ale prawda jak zwykle leży pośrodku. Bo jest druga strona medalu, która ujawniła się całkiem przypadkiem w tym podwójnym roczniku. Pisałem o tym wielokrotnie, ale wstydliwe rzeczy zamiata się u nas pod dywan, niepolitycznie o niektórych rzeczach dyskutować… I to po obydwu stronach sporu politycznego. W poprzednich latach konkurencja była fikcją, przyjmowano na potęgę do liceów, opróżniając branżówki. Pójście do branżówki stało się wręcz w opinii wielu rodziców i ucznów degradacją społeczną (mimo że ci specjaliści zarabiają często więcej niż ci po studiach). Ten kto jest w temacie, widzi od lat postępujący spadek poziomu w liceach, maturę można zdać już od 30%, jest łatwa i schematyczna, a mimo to coraz więcej osób ją oblewa. To o czymś świadczy. O spadku poziomu. Mamy tu sytuacje jak ze wzrostem dysproporcji w zarobkach, jedni zarabiają krocie (lub uczą się w elitarnych szkołach), a większość obija się o minimalną (lub uczęszcza do szkół w których coraz trudniej o poziom i frekwencję…). To dobre porównanie, ale dziennikarze jakby założyli różowe okulary, są olimpijczycy więc jest w porządku. Nie jest w porządku. Licea przyjmują każdego, nawet takich którzy od góry do dołu mają dopuszczające. Liczy się sztuka, czyli ilość uczniów. Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że dopiero w liceum niektórzy mogą rozwijać skrzydła, ale większość nie rozwija, bo mają gigantyczne braki z gimnazjum (teraz z podstawówki). Przepychani przez liceum, przepychani na maturze, stają się klientami szkół wyższych o dziwnie brzmiących nazwach. Produkujemy masowo marnych licencjatów i magistrów, którzy po studiach robią to co mogliby robić bez matury… Firmy na tym cierpią, coraz trudniej o dobrego, sumiennego i pracowitego.

Edukacja powinna współgrać z gospodarką. A gdziekolwiek się nie zapytam – brak pracowników. Emigracja zrobiła swoje, coraz częściej wpływa też na to niż demograficzny. Ale edukacja także dołożyła swoje. Od lat mówi się o zmianach w szkolnictwie zawodowym, lecz jedynym procesem jaki tutaj zachodzi jest masowy odpływ ludzi z tego typu szkół do liceów. Licea zamiast być elitarne, stały się przechowalnią tych, którzy powinni robić zawód, dla własnego dobra i dla dobra społeczeństwa w którym funkcjonują. Ktoś powie: ale przecież są szkoły policealne. Ja odpowiem: policealne szkoły weekendowe to wielkie oszustwo, uczą gorzej niż zawodówki. Poza tym część osób, które powinny wykonywać jakiś zawód idzie… na studia (!!!). Cud? Nie. To proste, część szkół wyższych nie stawia już żadnych wymagań (oprócz matury, którą trzeba zdać na 30%, czyli w skali szkolnej na niedostateczny plus… bo większość szkół ma dopuszczający od 40%). To jak chcemy zdobyć pracowników w prostych zawodach? Wszyscy młodzi Polacy do liceów, a uchodźcy nie, bo przecież Polska dla Polaków… To kto ma na nas robić? Budować, zamiatać, rozwozić paczki, kierować autobusem, handlować etc, etc? Kosmici? Mamy klonować pana Władka i pana Zenka, bo świetnie pracują, ale siedemdziesiątka na karku? Nie narobić się, nie pobrudzić, a mieć pieniądze? Piękne. Ale zanim się taki stan osiągnie trzeba wiele lat ciężkiej nauki. Młodzieży tej wiedzy się oszczędza… Niestety… Może ten podwójny rocznik i trudności związane z dostaniem się do szkół, powinny być początkiem dyskusji o tym jakie wymagania powinniśmy stawiać dzieciom i młodzieży. Bo jeśli tak się nie stanie, to za rok wszystko wróci do normy, zapełnią się licea tabunami miernych uczniów, a branżówki znów opustoszeją.

To paradoks, ale polska oświata po trzech reformach wymaga… zreformowania. Od dwudziestu lat ktoś udaje że reformuje, zmieniając nazwy szkół, przesuwając pomiędzy nimi kolejne roczniki. Nikt nie reformuje. Prawdziwa reforma powinna ustalić progi w liceach ogólnokształcących, z pożytkiem dla przyszłych studentów, aby licea znów stały się elitarne, dla tych którzy chcą się uczyć. Powinna przywrócić egzaminy wstępne dla szkół zawodowych, by nie szły tam osoby przypadkowe. Powinna zmienić i odchudzić podstawy programowe, co nauczyciele postulują od lat, bo często uczymy tego co nie trzeba, a na to co trzeba brakuje czasu. Powinna na nowo określić wiek w którym obowiązuje obowiązek nauki, bo nie wszystkim chce się uczyć do osiemnastki. Powinna większy nacisk położyć na obowiązki ucznia, szczególnie na poziomie szkoły średniej. Powinna jednoznacznie załatwić sprawę wyższego progu frekwencji i usprawiedliwiania nieobecności, które powinno być jedynie wystawiane przez lekarza, na jakimś uproszczonym druku, bo szkoły w ostatnich latach opustoszały, choć zapisanych jest do nich wielu uczniów… Powinna związać część absolwentów szkół wyższych z krajem na zasadzie: darmowe studia – popracuj kilka lat w Polsce, a jak chcesz od razu wyjechać z kraju, to płać za swoje studia. Pomysłów jest wiele. Generalnie powinno być trudniej, bo życie nie jest łatwe, a kraj potrzebuje ludzi do pracy. Do pracy, a nie do brania zasiłków i rent. Dzisiejsza edukacja rozjeżdża się zbyt często z oczekiwaniami rynku pracy, świetnie to widać w okresie wakacyjnym, do naszej obsługi trzeba wielu pracowników, ale swoich dzieci do nauki zwykłych zawodów nie chcemy puścić. Rodzice poprzez swoje dzieci chcą spełnić swe ambicje, ale to tak nie działa. Dziecko poddane nadmiernej presji wyląduje szybko u psychiatry. Nie wmawiajmy mu więc, że branżówka to porażka jego i całej rodziny. Poddajmy się pewnej selekcji. A jeśli ktoś później rozwinie skrzydła? Jaki problem? Uczyć się można całe życie.

Piszę ten tekst rozżalony, wkurzony i zniesmaczony. Zniesmaczony, bo część dziennikarzy i polityków z dramatu dzieci zrobiła sobie temat wyborczy… Jedni mają różowe okulary, inni grzmią o katastrofie. A nikt nie widzi bezsensu sytuacji w której rok temu prawie każdy uczeń szedł do szkoły tam gdzie chciał, a dziś musi brutalnie konkurować, tak jak kiedyś, w okresie wyżu demograficznego. Nikt nie widzi, że te dwie opcje są niedobre, że potrzebny system, który wprowadziłby konkurencję, ale taką z głową i na zdrowszych zasadach aniżeli w roku bieżącym, bo to co było rok temu i to co będzie za rok to też patologia wymagająca zmiany… W ostatnich latach jest zbyt łatwo. Nie widzicie tego politycy i dziennikarze? Że wyścig o ucznia skończył się tym, że cieszymy się z tego, że on w ogóle jest? On to widzi i robi minimum z minimum, my obniżany wymagania, a on znowu robi minimum. Nie dostrzegacie do czego to doprowadzi? Jak więc chcecie mieć innowacyjną gospodarkę? Jak chcecie dogonić zachód? Jaki macie plan by nie stać się mafijnym i skorumpowanym wschodem?