Nauczyciele zaczynają się buntować. Są w końcu od uczenia, nie od wykonywania pracy za uczniów. Niestety coraz częściej w szkole nic się nie dzieje jeśli nauczyciel nie włoży we wszystko gigantycznej pracy. Coś co powinni robić uczniowie, robi nauczyciel, a uczniowie tylko pomagają. I to jeszcze z łaską, bo przecież ciesz się, że w ogóle coś robię. Za pomaganie, żądana jest nagroda, przeważnie większa aniżeli włożona praca. Nauczyciele stali się wyręczycielami, stało się tak, gdyż dzieci w swoich domach od małego przygotowują do takiego życia inni wyręczyciele – rodzice.

W szkole zawsze robiło się wiele rzeczy nie związanych z samym procesem uczenia się. Pamiętam, gdy jako uczeń pierwszej klasy technikum wraz z dwoma kolegami, zorganizowaliśmy wycieczkę klasową. Mieliśmy zielone światło od wychowawcy i dyrekcji, więc załatwiliśmy noclegi, sprawdziliśmy połączenia, ustaliliśmy trasę, co można zobaczyć, gdzie pójść i… zaprosiliśmy wychowawczynię, która wypisała kartę wycieczki. Gdy zaproponowałem to samo moim uczniom w trzeciej klasie liceum (20 lat później), zaczęli się najpierw kłócić gdzie pojechać, bo przecież tam już byłam, a jeśli tam to nie pojadę, a jeśli pociągiem to już w ogóle… Wycieczka się nie odbyła, już dorośli ludzie nie doszli do porozumienia, a ja postanowiłem ich nie wyręczać. Pamiętam czasy, gdy na zajęciach dodatkowych dla maturzystów miałem prawie 50 osób, nie mieścili się w sali, mimo że zajęcia zaczynały się o 17. A teraz słyszę, że kogoś nie będzie na zajęciach dla maturzystów, bo musi czekać dwie godziny. Na moją sugestię, że możesz zjeść w domu obiad i wrócić, patrzą na mnie jak na ufo, bo przecież to nie może tak być, że to oni mają się dostosować. Dostosować muszę się ja. Pamiętam gdy na początku mojej pracy dwaj uczniowie zrobili pracę na olimpiadę, porządną, z częścią badawczą, pisali o gminie oddalonej o 50 km. Pojechali tam, pogadali z ludźmi, zrobili badania ankietowe… dwaj 17-latkowie. Dziś gdy mówię komuś o olimpiadzie, to olimpiada kończy się zwykle, gdy uczeń uświadamia sobie ile pracy musi w to włożyć. Zaczynają, nie kończą, albo nawet nie zaczynają. Prace są na odpiernicz się, niezgodne z opisem. Ale to miało być inaczej? – pytają. No przecież w regulaminie pisze, przesłałem – odpowiadam… No ale kto by czytał regulamin. Nauczyciel ma wytłumaczyć, pokazać palcem, najlepiej napisać szkic, a uczeń przepisze. Oczywiście większość prac dzisiaj to internetowe składaki, bo źródła pisane i wizja lokalna wymagają zaangażowania. Nie mówię już o podjęciu jakichkolwiek badań…

Ale nagroda musi być. Wystartowałem, więc daj ocenę… Kiedyś gdy brałem udział w konkursach, a nic nie osiągnąłem, głupio by mi było upomnieć się o ocenę. Dziś za samą chęć (start) musi być ocena, a jak osiągnę coś, to kolejna, najlepiej z dwóch przedmiotów (bo przecież tematyka jest szeroka), no i punkty z zachowania… Czyli jak? Jedna często spartaczona robota, a dwie lub trzy nagrody… Kto stykał się z tym problemem? Nie znam szkoły w której taki problem nie występuje, ale nie twierdzę, że gdzieś taka istnieje… Podobna roszczeniowość występuje gdy szuka się ludzi do kółek i do organizacji imprez szkolnych…

Do każdej czynności ucznia trzeba pchać jak tego upartego osła, który nie chce się ruszyć. Bo przecież mam dużo do nauki. Kiedyś mieli więcej i w szkole coś się działo, no ale wtedy nie było smartfonów. Dziś w sieci uczniowie marnują swe życie, dlatego brak im czasu, ale każ im coś zrobić z użyciem sieci… A to na smartfonie tak można? – usłyszałem na warsztacie, który zorganizowałem rok temu, na którym (wg instrukcji) efekty pracy trzeba było przedstawić w formie strony na FB, a dostałem plakat, jak 30 lat temu… Jakby nie zaszła w tym czasie rewolucja cyfrowa, jakby warsztat nie dotyczył wykorzystania smartfonów w edukacji…

W domach rodzinnych dzieci są od małego wyręczane. Nie ma miejsca na robienie błędów. Ich czas jest często skrupulatnie zaplanowany, ich środowisko sterylne, wypełnione edukacyjnymi (!) zabawkami, którymi nie ma się kto z nimi pobawić, rodzice są w pracy. W innych rodzinach otoczenie jest zadbane, drogie, jak z katalogu, nowobogackie, nie można więc go psuć, lepiej wyręczyć, by się nie pobrudziło, by nie zniszczyło, by dziecko nie popełniało błędów. Mamusie i tatusiowie podążają krok naprzód, skutecznie usuwając dziecku wszystkie przeszkody, te prawdziwe i te wydumane. Hodujemy nieudaczników. Dla świętego spokoju rodzice nie są w stanie wytrącić dzieciom smartfona z ręki. Sami go im tam wpychają. Już od przedszkola.

Na przeciwnym biegunie są dzieci z rodzin patologicznych (także tych bogatych, gdzie są pieniądze a nie ma czasu). Pamiętam pewien listopadowy dzień, biedna dzielnica w Katowicach, zimno, ja ubrany w trzy warstwy, a na przystanku do tramwaju wsiada dziecko w krótkich spodenkach… Zobaczyło za oknem piękne słońce i uznało, że jest ciepło. Na pewno zapamięta swój błąd na własnej skórze. Ale czy o to chodzi? Raczej nie. To dziecko też straci szanse edukacyjne, bo jest na starcie opuszczone. Nie potrafimy znaleźć złotego środka, albo dziecko dostaje zbyt mało naszej uwagi, albo zbyt dużo…

Umiejętność samodzielnego myślenia przez to kuleje. Kiedyś na edb poprosiłem o napisanie krótkich prac, dosłownie jedna strona w zeszycie. Temat: Czy wg ciebie Polska jest krajem bezpiecznym? Prosiłem o indywidualną wypowiedź, bez korzystania z sieci, po prostu własne zdanie ucznia. Na kilkanaście prac jedna (jedna!!!) nie była zerżnięta z neta, reszta pojawiła mi się na stronach w sieci, po wstukaniu odpowiednich fraz… To panu chciało się to sprawdzać? – skomentowali…

Bo nauczyciele też popełnili tu grzech zaniechania. Niż demograficzny, więc cieszcie się, że mamy w ogóle uczniów – iluż dyrektorów wypowiedziało tę autodestrukcyjną formułkę… Iluż nauczycieli się temu przyporządkowało… Jeśli jeden nauczyciel wymaga, a dwóch nie, winny jest coraz częściej ten pierwszy, bo pozostał w dawnej epoce, bo sprawia, że zadowolenie uczniów i rodziców leci w dół. Ile szkół ma z tym problem? Ile szkół stawia na przeciętność i przetrwanie? Nawet w renomowanych szkołach, rodzice mrugają okiem, bo „oczywiście cenią sobie renomę, ale czy nie można by odrobinę spuścić z tonu?”… Powoli toniemy w dziadostwie, co widać nie tylko w międzynarodowych rankingach szkół wyższych, lecz przede wszystkim w firmach…

Trochę sami sobie strzeliliśmy w stopę. Zasady transparentności przy wystawianiu oceny z przedmiotu lub z zachowania, skłoniły szkoły do wymyślania skomplikowanych i rozbudowanych systemów oceniania. Co z kolei sprzyja podejściu „zrobię, ale za coś”, albo „nie zrobię, bo już nie muszę”. Kiedyś ocenę z zachowania wystawiał wychowawca na podstawie tego co widział i informacji jaką otrzymał od innych nauczycieli. Czy wielu czuło się skrzywdzonych? Wątpię.

Na lekcjach przy różnych okazjach, dużo mówię o zmianach klimatycznych. Świat protestuje, ulice zachodnich miast są pełne młodzieży sprzeciwiającej się postępującym, negatywnym procesom. U nas niby wiedzą, ale większości to nie obchodzi, bo wymaga wyrzeczeń, zmiany sposobu życia. Strajk klimatyczny? Demonstracja? Tak, ale w czasie lekcji i jeśli będzie w dzienniku obecność. A więc nic nie są w stanie poświęcić? Nic zaryzykować? Byłem na kilku takich demonstracjach, widziałem ustawki, gdzie nauczyciel przywiózł, dopilnował i na pewno zwolnił z lekcji. Spontaniczność kontrolowana. Inicjatywa własna? A co to jest?

Nie wypracowaliśmy nowych metod pracy z dzieckiem i uczniem w czasach dobrobytu. Tak, w takich czasach żyjemy, choć większość temu zaprzeczy. Często słyszę od uczniów (w wielkim mieście), że w Polsce jest przecież bieda. Gdzie to słyszą? W szkole nie. Pewnie w domu, bo Polacy uwielbiają narzekać, nieświadomie kształtując tym samym swoje dzieci. Niedobory to były, gdy w czasach stanu wojennego brakowało wielu towarów, to pamiętam. A o biedzie opowiadała mi matka, gdy po wojnie wrócili z robót przymusowych z Niemiec do Polski. Wtedy faktycznie była bieda, ale nawet ja jej nie zaznałem. Gdy na lekcjach mówimy o demografii, poziomie życia, gospodarce, wielu uczniów stwierdza, że teraz Polska jest biedna. To chyba narracja polityków. Polska w ruinie – gdzieś słyszałem to kłamliwe hasło.

Odwiedziłem różne kraje i mogę zapewnić, że Polska od wielu lat nie jest w ruinie i nie jest biedna. Dobrobyt powoduje, że dzieci dostają wszystko, a w takich warunkach ciężko o motywację. Mam coś zrobić? Po co? Przecież jest mi dobrze tu i teraz – tak wielu myśli… Przyszłość? Traktują to jako coś oddalonego o lata świetlne, rodzice dają, rodzice płacą, rodzice mało wymagają. Dorosłość i otrzeźwienie przychodzi po zerwaniu pępowiny, coraz później. Jak w tych warunkach funkcjonować w szkole? Jak realizować to, co w szkołach robiono przez lata? Jak wychowywać w warunkach permanentnego braku motywacji? Jak sprawić by nauczyciel stał się przewodnikiem, a nie wyręczycielem? Jak sprawić by otwierał drzwi, zamiast przenosić przez próg kolejnego ucznia na swoich plecach? Na te pytania nie odpowiedział dotychczas żaden minister edukacji odkąd pracuję w edukacji, w rozwiązaniu tych problemów nigdy nie pomogło mi kuratorium.