Zawieszony protest staje się coraz bardziej kłopotliwy. Ludzie pytają „Co dalej?”. Związki zawodowe przepytują nauczycieli w ankiecie odnośnie dalszych form protestu, a ci na związki patrzą nieufnie, zarzucając im brak pomysłu na kwietniowy strajk. Ale pomimo krytyki, jakoś nie powstała żadna alternatywa dla istniejących organizacji związkowych. Wszyscy za to wpadli w szał pracy, jak frajerzy robiąc jak zwykle więcej niż się należy, ale przecież od tej pracy zależy wizerunek szkoły, czyli de facto ilość godzin i pieniędzy, które można zarobić, więc co się dziwić. Oczekiwania i rzeczywistość rozeszły się jak jeszcze nigdy dotąd. I chyba nikt nie ma pomysłu jak z tej sytuacji wybrnąć…

Olbrzymia większość nauczycieli chce kontynuować protest, jednak na tym jednomyślność się kończy. We wspomnianej ankiecie pytano o dalszą formę protestu. Wznowienie strajku? Mam wrażenie, że wszyscy czekają na wybory. Faktycznie, od nich będzie dużo zależało. Po wiosennym proteście każdy już wie, że jeśli taka konfiguracja w sejmie nadal będzie u władzy, to strajk nie ma sensu, bo to kopanie się z koniem. Zaczniemy, a po kilku tygodniach sami go zakończymy, pognębieni brakiem pieniędzy i zaszczuci przez większość rodziców, w czym będzie ich mocno wspierać telewizja publiczna. Rodzice oczywiście nas popierają, ale to poparcie stopnieje bardzo szybko, gdy zabraknie niewolników do opieki nad dziećmi i pojawią się zaległości w kontekście egzaminów…

Więc może udział w manifestacjach? Manifestacje są głośne, kolorowe… tyle że obecne władze nie przejęły się dotychczas żadną z manifestacji oświatowych. Ich skuteczność jest praktycznie zerowa. Do tego TVP tylko czeka by znów zniekształcić rzeczywistość, czego przykład mieliśmy w 2016 roku, podczas afery z flagą Polski, która rzekomo wylądowała na stercie śmieci. W rzeczywistości był to baner związkowy, ale prawda jest nieważna, bo fake news poszedł w świat… Jeśli nauczyciele będą manifestować, to TVP znów zniekształci rzeczywistość.

Wielu nauczycieli uważa, że w dzisiejszych realiach najlepsze wyjście, to nie wykonywanie w szkole pozastatutowych zadań, albo strajk włoski. To rozwiązanie na pozór dobre. Pracujemy tak jak nas traktują, czyli nie spiesząc się robimy konieczne minimum. Tylko realnie patrząc taka postawa szybko obróci się przeciwko nauczycielom. Wszak pieniądz idzie za uczniem… nie ma naboru – nie ma pracy, o ucznia trzeba zawalczyć, a idąc na minimum, raczej ucznia nie zachęcimy do przyjścia do naszej szkoły… A do gara coś trzeba włożyć…

Czyli impas? Raczej tak, szczególnie że w pytaniu o postulat priorytetowy, który powinien być w pierwszej kolejności rozwiązany przez MEN, ciężko go wskazać. Bo jak tu wybierać pomiędzy koniecznym zwiększeniem nakładów na edukację, a równie konieczną korektą podstaw programowych? Już nie mówiąc o postulowanym od lat zmniejszeniu biurokracji lub prowadzeniem rzeczywistego dialogu ze środowiskiem, zamiast zarzucania go kolejnymi niemożliwymi do realizacji pomysłami nierozgarniętych polityków… Ciężko nie wspomnieć o postulacie podniesienia wynagrodzeń nauczycieli, którzy już teraz uciekają z zawodu, który to proces przyspieszy zapowiadana podwyżka płacy minimalnej, co sprawi, że zawód nauczyciela stanie się zawodem hobbystycznym, tylko dla osób posiadających sponsora gwarantującego utrzymanie…

Doszliśmy do tego, że w XXI wieku ciężko być w Polsce nauczycielem. Słabo opłacani, lekceważeni przez polityków mających usta pełne innowacyjności odmienianej przez wszystkie przypadki. Tyle że innowacyjności nie będzie bez dobrego wykształcenia, a tego nie będzie bez nauczycieli… Lekceważąc nauczycieli stawiamy się sami w roli pariasa, bo jedyne co możemy zaoferować światu to pusta ideologia i rezerwuar taniej siły roboczej. I nie zmieni tego chciejstwo polityków, dekretem nie buduje się dobrobytu, a czas gdy sprzątaczka zacznie zarabiać więcej od nauczyciela stanie się początkiem drogi do Wenezueli…