Jarosław Bloch

CO Z TĄ EDUKACJĄ?

Gdy ośmiolatek trzęsie szkołą…

Czytałem ostatnio o ośmiolatku, który sparaliżował życie jednej ze szkół w Sieradzu. Wcale mnie to nie dziwi, bo sam niejednokrotnie znajdowałem się w sytuacjach, w których trudno było opanować jakąś rogatą duszę. Wychodziłem z tych sytuacji różnie, przeważnie zwycięsko, choć rzadko z satysfakcją, bo porażką było to, że w ogóle do takiej sytuacji doszło. Niestety dochodzi coraz częściej. Wychowanie w domach ma coraz mniej wspólnego z wpajaniem pewnych zasad. Albo tych zasad brak, albo dziecko działa na zasadach ustalanych przez rodziców, tyle że zupełnie niepasujących do życia w szkole i społeczeństwie. Szkoła i nauczyciele są bezradni.

Podejmowane w szkołach działania są nieskuteczne, bądź są jedynie fikcją.
Kiedyś od podnoszenia poziomu dyscypliny była linijka, dziś nie tylko za linijkę, ale nawet za mocniejsze szarpnięcie lub niewłaściwie dobrane słowa można mieć kłopoty, a nawet wylecieć z pracy. Łatwo powiedzieć „Pan (pani) się nie nadaje”… Więc gdzie rodzą się tacy co się nadają? Lata mijają, a jakoś nie zauważyłem tabunów absolwentów pedagogiki nadających się do pracy z uczniem agresywnym… To co? Przy każdym sprawiającym kłopoty uczniu trzeba postawić ochroniarza? Co znaczy, że się nie nadaje? Jak to jest, że nauczycielka, która kiedyś radziła sobie z każdym chuliganem, dziś jest bezsilna? Obniżyła standardy swej pracy? Tamten chuligan do dziś kłania się na ulicy w pas, bo wie że gdyby nie ona, to skończyłby źle. Ten dzisiejszy, który ma nauczycielkę głęboko, zasili grupę wiecznie niezadowolonych, z poczuciem krzywdy, którą wyrządził mu świat. Świat oszalał? Kiedy w końcu MEN i kuratoria przyznają, że nie ma sposobu w dzisiejszym prawodawstwie na dzieci, których jedynym celem jest destrukcja? Że sposoby te trzeba na bazie dzisiejszych doświadczeń wypracować na nowo, dobrać metody i procedury, a przede wszystkim egzekwować. Obecne procedury zawodzą.

Dzisiejsze procedury są (mówiąc wprost) do dupy. Uczniowie – chuligani się z nich śmieją. Są dla nich zupełnie niedotkliwe, a trwają przeważnie na tyle długo, że zanim za cokolwiek zostaną w szkole ukarani, mija wiele tygodni. Dawno temu rodzicom krnąbrnego ucznia szkoła mogła wysłać powiadomienie do pracy. Ależ się wstydzili… Dziś nie mogę nawet rodzica zapytać gdzie pracuje, co dopiero wysłać mu do pracy cokolwiek. RODO + poprawność polityczna = niemoc w czystej postaci… Tak to mniej więcej wygląda. Procedury są zbyt rozbudowane, nastawione na korzyść tego, który łamie zasady, przez co nieskuteczne. No ale przecież w szkołach są pedagodzy, robi się plany pomocy dla trudnych uczniów. Naprawdę?

Nie czarujmy się, pomoc psychologiczna i pedagogiczna w szkołach to fikcja. Nie kieruję oczywiście tej uwagi do pedagogów i psychologów, ci robią co mogą, ale wiele nie są w stanie zdziałać. Zatrudnieni przeważnie na pół etatu, ze stertą dokumentacji, rozdarci pomiędzy dwie szkoły… Pomagają, ale ich pomoc to kropla w morzu dzisiejszych potrzeb. Prawdziwe życie nie nadąża za cukierkową legislacją, a taka legislacja, jaką byśmy chcieli, nie nadąża za życiem… W ostatnich kilkunastu latach wprowadzono wiele ułatwień dla osób z problemami, ale nie poszły za tym konkretne siły i środki. Ot… zróbcie to dodatkowo w ramach swych etatów. Zresztą… rozmowa pomaga uczniowi który dopiero co zbacza z porządnej ścieżki, na tego zdemoralizowanego już nie działa. Ma często inne rozmowy, ze swoimi autorytetami w grupach przestępczych, w bojówkach kibolskich, na podwórku.

Zebrania, sterty papierów, dostosowania dla uczniów, których we wrześniu nawet jeszcze nie kojarzę jak wyglądają. Parodia. Mnóstwo działań pozorowanych, na papierze. Papier w Polsce przyjmie wszystko, a przecież to papiery są sprawdzane w czasie kontroli. To papier ma być w porządku, nie dziecko, nie uczeń. Uczeń rozwala zajęcia i jest przerzucany niczym gorący kartofel, między klasami, szkołami. Oddalając problem nie likwidujemy go, a pozbywamy się go wiedząc, że ktoś zrobi dokładnie tak samo. Bo problem jest nierozwiązywalny w obecnej rzeczywistości prawnej. Nie ma na nich bata. Dzisiejsze przepisy działają na papierze, są listkiem figowym zakrywającym naszą niemoc. Listkiem, który pokazuje że cokolwiek z tym robimy. Odhaczone, podjęliśmy działania. Skuteczność – zero. Dzisiejsze przepisy chronią ucznia, piętnują na każdym kroku nauczyciela i nic nie robią z bezczynnością wychowawczą rodziców.

Co zrobią z tym ośmiolatkiem? Zamkną go w domu na zajęciach indywidualnych, czy w imię poprawności politycznej uniemożliwią edukację kilkunastu innym osobom? Nie ma obecnie tu dobrego wyjścia. A przecież zajęcia w domach kosztują gminy coraz więcej. To też trzeba brać pod uwagę, bo budżety nie są z gumy. Gdzieś się dołoży, gdzieś trzeba zabrać.

Problemem są niewydolne rodziny. A takich coraz więcej. Skoro rodzice nie radzą sobie coraz częściej z własnymi dziećmi, jak więc radzić ma sobie z nimi szkoła, sparaliżowana prawami ucznia i polityczną poprawnością? I to w czasach gdy od nauczyciela żąda się przestrzegania wszelakich praw, za których złamanie wyleci z pracy, nie dając mu skutecznych narzędzi… Od ucznia także wymaga się przestrzegania praw, lecz za ich złamanie nie ponosi żadnych dotkliwych konsekwencji. Czy w tak nierównej walce można wygrać? Czy w rodzinach w których co drugi dzień jest policja, a kurator sądowy jest prawie jak rodzina, można czymkolwiek dziecko postraszyć? Jak zachować się gdy każda prośba o rozmowę z dzieckiem kwitowana jest rozłożeniem rąk i stwierdzeniem „Sama (sam) nad nim nie panuję”? Jak opanować agresję ucznia, który w życiu zna tylko jeden na to sposób – jeszcze większą agresję?

Sytuacja agresywna w szkole. Przyjeżdża policja. Poucza, spisuje, bo tyle może. Mały bandzior śmieje się wszystkim w twarz… I co z tym zrobimy? Kurator sądowy już jest, też nie daje rady. Policja nie ma prawa nawet dla przykładu nastraszyć, bo to nieletni, a przecież nikogo nie zabił i nie zranił, więc sprawy nie ma… Zanim sąd coś postanowi, to dziecko skończy szkołę, a i tak raczej nie postanowi nic konkretnego, co mogłoby gówniarzem wstrząsnąć. Koniec końców wszystko zostaje na barkach nauczyciela, który przecież nie jest od tego by samodzielnie walczyć z młodocianym bandytyzmem. Czy naprawdę musi wydarzyć się kolejna tragedia taka jak kilka miesięcy temu, gdy ktoś komuś znowu wbije nóż?

Po każdym „incydencie” MEN i kuratoria dostają prawdziwej sraczki. Kontrole (oczywiście papierów), nakazy tworzenia nowych procedur, akcje informacyjne, a narzędzi do egzekwowania żadnych. Po czym sprawa ucicha, w MEN i kuratoriach, po „dobrze spełnionym obowiązku”, o sprawie zapominają. Twórzcie procedury i egzekwujcie je. Ale zalecenia są takie, by uczeń miał rozbudowaną ścieżkę odwoławczą. Może to dobre w prestiżowych liceach, gdzie takich problemów mało, natomiast zupełnie nieskuteczne w podstawówkach na terenie trudnych dzielnic, gdzie działać trzeba w czasie rzeczywistym, a długie procedury są jedynie świadectwem naszej niemocy…

I jeszcze jedna, ale najważniejsza sprawa. Pozostali uczniowie. Rodzice buntują się, bo dlaczego przez jednego małego bandytę, ich dzieci mają mieć notorycznie rozwalane lekcje? Dlaczego nauczyciel nie poświęca czasu dzieciom chcącym się uczyć, poświęcając większość czasu na lekcji uspokajaniu tych, którzy uczyć się nie chcą? Dlaczego pomimo ciągłych skarg i próśb, szkoła sprawy nie jest w stanie załatwić? Mają rację, że takie pytania zadają. Proponuję zadawać je też MEN i kuratoriom oświaty. Czy ktoś jest w stanie zauważyć paraliż na tym polu i coś z tym zrobić? To pytanie retoryczne, bo z lat doświadczeń wiem, że na końcu na placu boju pozostaje nauczyciel, który musi sobie poradzić. Tyle, że czasy się zmieniały i już nikt młody nie będzie zmagał się z bandytyzmem w szkole, bez wsparcia i za takie pieniądze. Pracy wokół pełno. A problemów przybędzie, do przedszkoli i szkół wkracza kolejne pokolenie chowanych (nie wychowywanych) dzieci, na starcie z zespołem uzależnienia od smartfona, nad aktywne od nadmiaru bodźców i cukru w jedzeniu. Z rodzicami, którzy coraz częściej nie radzą sobie nawet ze sobą. Zapytajcie w przedszkolach, tam to już się dzieje.

10 kommentarer

  1. Jarek Bloch

    Październik 31, 2019 at 9:51 am

    Komentarze pisze też życie… Kolejny przypadek przemocy:
    https://www.o2.pl/artykul/bil-i-dusil-kolezanke-nowe-fakty-ws-szokujacego-filmu-z-malopolski-6441010687850625a
    Oczywiście policja nic nie może, bo 13 lat nie skończone, sprawa skierowana do sądu rodzinnego gdzie rozejdzie się po kościach. Oczywiście sprawę się bagatelizuje i obraca w żart (to była ustawka). Tyle że gdyby coś się tej dziewczynie stało, to sytuacja ta ustawką by nie była, a nauczyciel poszedłby do prawdziwego więzienia. Rodzice „zabawiających się” w ten sposób uczniów byliby raczej oskarżycielami niż współwinnymi…

  2. Czuć w tym tekście troskę o nauczycieli ale jednocześnie brak szacunku dla innych – dzieci, rodziców. W klasie syn ma chłopca, który też ‚rozwala’ lekcje. Jego mama i babcia chorują na raka… U córki największy urwis, to chłopiec, który ma gluchoniemych rodziców oraz dziadkow. Sam na szczęście słyszy. A może nie kary i straszenie pomagają, tylko zauwazenie w takich uczniach czegoś dobrego? I już na początku edukacji, a nie kiedy problem urosnie.

    • Jarek Bloch

      Październik 30, 2019 at 12:01 pm

      Czuję się zobowiązany by odpowiedzieć, bo zdaje się niedokładnie przeczytała Pani ten tekst. To jest tekst o niemocy, szczególnie prawnej. Nie twierdzę, że są przypadki w których różne czynniki sprzyjają powstawaniu problemu, ale… to są sporadyczne przypadki, jak opisana przez Panią choroba. Statystyka polega na tym, że pewne rzeczy uogólniamy. Jednak w większości przypadków problem leży w niewydolnych wychowawczo rodzinach i przepisach nijak nie pasujących do realiów współczesnego świata. Posądzenie mnie o brak szacunku do dzieci jest dla mnie obraźliwe, na pierwszym miejscu zawsze stawiałem dzieci! Do rodziców już różnie, bo widziałem różne przypadki. Często problemy dziecka w szkole wiążą się z rodzicami, albo poświęcającymi zbyt mało uwagi, albo zbyt ambitnymi, którzy nie widzą, że ich marzenia niekoniecznie pokrywają się z możliwościami dziecka…

  3. I co? Serio, nie ma rozwiązania? Tylko szkoły prywatne, które też nie do końca sobie radzą?

    • Szkoły prywatne radzą sobie z takim problemem często przez usuwanie niewygodnych uczniów. Prawdą jest to co autor wręcz wstrząsająco opisał w tekście. Jeśli ktomolwiek musi sobie poradzić yo jest to nauczycuel, który nie może użyć siły, ba nawet podnieść głosu częstokroć. To nauczyciel musi ochronić innych uczniów i jeszcze spróbować nauczyć. Bo ze szkoły rejonowej nie ma za bardzo gdzie posłać łobuza, on ma przecież prawo do nauki, prawo którego nie szanuje i z którego nie korzysta. Potrzebne są tu rozwiązania systemowe. Nie boję się powiedzieć, że za notortczne demoralizujące zachowania ucznia powinni również dotkliwie odpowiadać rodzice. Nauczyciele zaś powinni otrzymać konkretne narzędzia szybkiego reagowania. Zanim cokolwiek ugramy w sądzie czy innej instytucji, zanim rodzic odpowie na naste z rzędu wezwanie do szkoły, potrzebujemy czegoś na już, co będzie silniejsze w działaniu niż obśmiewane wszem i wobec uwagi do dzienniczka i oceny zachowania. I nie mówię tu wcale o sile fizycznej…

  4. Jaki piękny, z sserca wzięty tekst.
    Duży ukłon dla pana, panie Jatoslawie.
    Nauczyciel jest i pozostanie sam. Problem jest ze uczen ma duzo praw, a ja jako matka pytam sie gdzie sa prawa (a nie obowiązki) nauczyciela. Oświata, dyrektorzy powinni wstać i chronić nauczyciela, a nie durnowatych rodziców wraz z ich pupilem. Problem w tym ze rodzice sami nie moga poradzić sobie z małym łobuzem. Zawsze latwo znaleść przyczynę. Agresji poza domem i zgonić winne na innych. Mianowicie na nauczycieli. Za 15 lap, gdy poprawczaki beda pękały w szwach wtedy będzie robiony „plan ter campagne” ale wtedy będzie za późno. Społeczeństwo dostanie juz porcje debilów, którzy beda zagrażać naszemu społeczeństwu. Pięknie napisane panie Jaroslawie. Teraz tylko potrzebam osoba na właściwym miejscu żeby miala JAJA i broniła nauczycieli ale cos boje sie ze nie ma takich osób .

  5. Brawo! Przykre jest to, że napisał Pan szczery tekst, który w punkt oddaje to, co się dzieje w szkołach, a to i tak niczego nie zmieni, bo dotrze do tych, którzy to wiedzą. A to ogromna szkoda. Warto jednak głośno mówić i pisać o tym, co się dzieje w szkołach. Chciałabym napisać, że mam nadzieję, że to coś zmieni, ale to nieprawda. Wiem tylko, że nadal wiele spraw będzie tylko na głowie nauczyciela.

  6. Od dawna uważam, że szkoła nie powinna być obowiązkowa.
    Jestem pewien, że dla pewnej części dzieci, pobieranie nauki jest karą i nie nauczyciele mają je przekonać, że jest inaczej i inne dzieci nie mogą cierpieć z tego powodu.
    Trzeba mieć ” jaja” i stanowczo zaradzić terorowi małych gówniarzy, nie zważając na bzdury politycznej poprawności i inne tego typu androny.

  7. Zgadzam się w 100%. To co się dzieje w szkole przez system i przywileje dla młodocianych bandytów już dawno wyszło spod kontroli. Do tego te wszystkie opinie, orzeczenia, niepełnosprawności… Socjalizacja owszem, ale dajmy narzędzia nauczycielom. Może niech wróci linijka, będzie tańsza od np. etatu nauczyciela wspomagającego ;)

  8. Jarek Bloch

    Październik 30, 2019 at 12:11 pm

    Ex nieaktualne. Jakiś czas pracowałem poza oświatą, potem szkoły się po mnie zgłosiły. Miałem kilka propozycji pracy i stwierdziłem, że swe doświadczenia najlepiej wykorzystam w oświacie. Na razie pracuję, ale mam już inne podejście. Wróciłem tylko dla młodzieży, dla nich warto. Reszta mnie nie interesuje.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*