Jarosław Bloch

CO Z TĄ EDUKACJĄ?

Nauczyciele! Nie bójcie się mówić o polityce!

Panuje przekonanie, że szkoła powinna być apolityczna, ale to mit. Szkoła była wielokrotnie wykorzystywana w celach politycznych, a „apolityczni” nauczyciele realizowali prawdziwą politykę władzy, przykłady z historii można mnożyć. Oczywiście szkoła nie powinna być miejscem brutalnej agitacji partyjnej, ale nauczyciele nie powinni też milczeć w sprawach polityki. Dlaczego? To proste. Wiedza i niewiedza, prawda i kłamstwo – mają swoje partie i niektórzy to wykorzystują. Tymczasem milcząca większość pedagogów spuszcza skromnie głowy, odżegnując się od polityki. A potem narzeka na rzeczywistość, na złe decyzje… Jakby zapomnieli, że polityka ma wpływ na wszystko. Także na „apolityczną” szkołę…

Najpierw prawo. Zgodnie z art. 108 § 2 ustawy z dnia 5 stycznia 2011 r. Kodeks Wyborczy (Dz. U. z 2018 r. poz. 754 z późniejszymi zmianami) zabroniona jest agitacja wyborcza na terenie szkół wobec uczniów. Z kolei § 3 tego artykułu precyzuje: „Za agitację wyborczą nie uznaje się prowadzonych przez szkołę zajęć z zakresu edukacji obywatelskiej polegającej na upowszechnianiu wśród uczniów wiedzy o prawach i obowiązkach obywateli, znaczeniu wyborów w funkcjonowaniu demokratycznego państwa prawnego oraz zasadach organizacji wyborów”. Jednak wg interpretacji kuratoriów zajęcia takie powinny się odbywać tylko w formach przewidzianych i dopuszczonych podstawą programową kształcenia ogólnego w sposób niefaworyzujący żadnego ugrupowania ani opcji politycznej. Poza tym zgodnie z art. 86 ustawy Prawo oświatowe z dnia 14 grudnia 2016 r. (Dz.U.2017.0.59) czytamy, że „w szkole i placówce mogą działać, z wyjątkiem partii i organizacji politycznych, stowarzyszenia i inne organizacje, a w szczególności organizacje harcerskie, których celem statutowym jest działalność wychowawcza albo rozszerzanie i wzbogacanie form działalności dydaktycznej, wychowawczej i opiekuńczej szkoły lub placówki”.

Z interpretacją kuratoryjną się nie zgadzam, bo wszelkie rozmowy o tym co dzieje się w kraju, a co wpływa na młodzież, ich rodziny, życie i przyszłe szanse zawodowe – są wg mnie edukacją obywatelską i mogą odbywać się na różnych zajęciach. Można mówić o tym na lekcjach wychowawczych. Na polskim, który pokazuje szereg naszych wcześniejszych przejść w kontekście literatury. Na historii, która przecież lubi się powtarzać i z której powinniśmy czerpać naukę na przyszłość. Na geografii, która oparta jest o ekonomię i nauki społeczne, na które polityka wpływa jak najbardziej. A nawet na biologii, w kontekście problemów moralnych, które niesie chociażby bioinżynieria i genetyka. Bo przecież edukacja obywatelska nie polega tylko na wyklepaniu kilku regułek na Wosie. Mylę się?

Przypominając o apolityczności szkoły i niefaworyzowaniu żadnej opcji politycznej, kuratoria wchodzą na dość wysoki poziom żenady. Same w końcu realizują politykę rządu. Oczywiście wiadomo o co chodzi. Chodzi o to by ich pracy politycznej na terenie szkół, nie była przeciwstawiana praca nauczycieli, w większości o innych poglądach politycznych. Polityczną decyzją była likwidacja gimnazjów, polityczną decyzją była korekta podstaw programowych, polityczną decyzją jest walka z edukacją seksualną i tęczowym piątkiem. Nadal uważacie, że szkoła jest apolityczna? Chyba nie, skoro kuratoria, które mają tej apolityczności strzec, są jak najbardziej polityczne… A od innych wymagają apolityczności, czyli milczenia o swoich poglądach.

Czy nauczyciel ma prawo głosu? Czy jest wyborcą? Głupie pytania. Oczywiście, że jako obywatel ma. Dlaczegóż więc milczy o polityce w szkole? Milczy wiedząc, że w rodzinnych domach, na podwórkach o polityce się o tym nie milczy. Milczy, mimo że to on reprezentuje poglądy naukowe, a populizm przemawia głosem ulicy. Wie o tym, a milczy, bo wmówiono mu, że musi być apolityczny. A może to jedyna okazja, by w młodym człowieku zasiać ziarno krytycznego myślenia, pokazać, że argumenty ulicy, to nie jest jedyny pogląd na dany problem? Uświadamiać, że świat nie jest tak prosty jak to sądzi ulica. Na ulicy wszystko staje się proste. Jest tłum jednakowo wkurzonych ludzi. Ktoś rzuca chwytliwe hasło, które nam się podoba, zaczynamy je wykrzykiwać. Ktoś przedstawia nam prostą wizję świata, gdzie ilość czynników wpływających na decyzję, jest ograniczona do minimum, bo przecież po co się zastanawiać nad skomplikowanymi konsekwencjami decyzji populistów, skoro mówią, że będzie tylko pięknie. Ale pięknie jest tylko przez chwilę. Potem jest brutalnie, biednie, a do stanu wyjściowego trzeba powracać latami. Hallo!!! To właśnie populizm!!! Dali się omamić Niemcy w latach 30-tych, dała się omamić Europa Wschodnia w okresie powojennym, teraz dają się zwodzić obywatele USA i wielu innych krajów, nie wyłączając naszej nacji. Czy więc nauczyciel, przedstawiciel jednego z najlepiej wykształconych zawodów, nie ma prawa zabrać głosu w debacie? Nie ma prawa przekonać swoich uczniów do naukowej wizji świata i związanej z tym polityki, która nauki nie odrzuca? Nie może pokazać, że to wszystko bardziej skomplikowane niż mówią na ulicy i w domu? Osobiście uważam, że powinien.

Milcząca większość nauczycieli narzeka na decyzje kolejnych ministrów. Pyta jak można podejmować tak bezsensowne decyzje, dezorganizujące pracę, pozbawiające szans edukacyjnych wielu uczniów… Ale przecież większość ministrów edukacji to nauczyciele. Czyli jednak niektórzy zajmują się polityką? Czyli szkoła de facto nie jest apolityczna! Obudźcie się w końcu! Dlaczego wypuszczamy ze swych środowisk jedynie karierowiczów, którzy potrafią, tak jak Zalewska, solidnie napsuć w imię swojej kariery politycznej? Dlaczego nie podejmujemy działań by to zmienić? Dlaczego tylko czekamy, aż ktoś zrobi coś za nas, a potem narzekamy? Dlaczego nie mówimy mocnym głosem? Dlaczego jeśli nie podoba nam się prezes związku, na który wiecznie psioczymy, nie zmieniamy go? Dlaczego nie tworzymy nowych związków, skoro uważamy, że stare nie spełniają swej roli?

Konformizm? Wygodnictwo? Nauczyciele w Polsce są pełni sprzeczności. Nie pasuje im rzeczywistość oświatowa, ale nie garną się by to zmieniać. Są bierni. Być może ukształtowały ich tak dziesięciolecia czasów, w których lepiej było siedzieć cicho, nie wychylać się. Zżymamy się na polityków. A przecież to reprezentanci różnych zawodów, bo przecież nie ma w Polsce zawodu „polityk”. Skoro nie pasuje nam rzeczywistość tworzona przez dzisiejszych polityków, spośród których zbyt często bije dyletanctwo, a nawet prostactwo, to dlaczego nie chcemy tego zmienić? Jesteśmy wszak reprezentantami wiedzy. Dlaczego nie tworzymy partii wiedzy, a nawet nie chcemy być jej rzecznikami? W szkole właśnie! Dlaczego dziwimy się, że tej wiedzy w społeczeństwie tak mało, skoro sami nie przekonujemy do swoich racji, nie dzielimy się swymi poglądami politycznymi i sami do tej polityki nie chcemy iść? Dlaczego mądry nauczyciel nie może być autorytetem politycznym młodego człowieka? To dla was takie szokujące?

Nauka i nauczanie nie są wolne od polityki, i nie będą. Decyzje na jakie badania pójdą pieniądze są często polityczne, decyzje co znajdzie się w podstawach programowych, a co zostanie z nich usunięte, to także decyzja polityczna grupy ludzi o konkretnych politycznych poglądach. Kuratoria realizują politykę swych politycznych mocodawców w stolicy… Czy w takich warunkach mamy prawo schować głowę w piasek i nadal twierdzić, że w szkole nie robimy polityki, bo szkoła jest apolityczna? To skrajny idealizm i głupota. Jeśli nie chcemy po raz kolejny obudzić się w szkole, w której za nieprawomyślne myślenie będą nauczycieli zwalniać, to zróbmy coś by do tego nie doszło. Niech szkoła będzie skałą opartą na wiedzy, której nie omieszkamy bronić stając po stronie tych polityków, którzy szanują zdobycze nauki, piętnując tych, którzy szerzą pseudonaukę lub wykorzystują ją wybiórczo dla swoich małych celów. Piętnując tych, którzy naukę mylą z wiarą.

Jak widzę apolityczność szkoły? Partie jako takie nie powinny wchodzić do szkół w formie zorganizowanej, to fakt. Szkoła nie powinna też udostępniać swych uroczystości dla promowania lokalnych polityków (co niestety robi od lat). Natomiast wg mnie nie łamie zasady apolityczności rzeczowa i merytoryczna dyskusja na lekcji, gdzie uczeń i nauczyciel dyskutują lub dzielą się spostrzeżeniami na tematy związane z polityką. Bo przecież polityka dotyka każdego aspektu naszego życia. Polityką żyją wszyscy, nawet jeśli sobie z tego nie zdają sprawy. Jak więc nie mówić o niej w szkole? Jeśli nie będziemy mówić, szkoła przestanie być szkołą, miejscem twórczego myślenia, a stanie się kolonią karną, nadzorowaną przez… no właśnie – polityków.

1 Komentarz

  1. Dziękuję za ten wpis. To dokładnie moja optyka. Rozpowszechniam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*