Jarosław Bloch

CO Z TĄ EDUKACJĄ?

Prawdziwe skutki „reform”

Zbliża się koniec semestru, pierwszego z bonusowym, podwójnym rocznikiem. Do szkół ponadpodstawowych trafiła eksperymentalna grupa uczniów kształconych według nowych standardów. Kształconych podobno bez przeszkód i w dobrych warunkach, bo tak zapewniało od dwóch lat ministerstwo. Obok nich w szkołach przebywa ostatni rocznik gimnazjalistów, osób poszkodowanych bo kończących poprzedni etap kształcenia w pustoszejących szkołach z przetrzebioną kadrą nauczycielską. Można wyciągać pierwsze wnioski, co do jakości zmian. Powoli budujemy sobie rzeczywisty obraz stanu naszej oświaty po edukacyjnym tsunami, które zafundowali nam rządzący. Jak jest naprawdę?

Zacznę od uczniów. Na razie nie widać, by po podstawówce uczniowie byli tak samo dobrze przygotowani jak po gimnazjum. W wielu szkołach robiono tzw „testy na wejście” i w większości docierają do mnie sygnały, że klasy po gimnazjum napisały je lepiej. Nie ma się co dziwić, tempo w podstawówkach było iście szaleńcze. Nie można tu wiele zarzucić nauczycielom podstawówek, pracowali w warunkach urągających zdrowemu rozsądkowi, w warunkach jakie zostały im narzucone, nie odpowiadają za to. W tym tempie nie dało się lepiej pracować. Po absolwentach podstawówek widać też większy szok wywołany zmianą szkoły, gimnazjaliści w nowej rzeczywistości odnajdują się lepiej. Na szersze wnioski trzeba chyba zaczekać do badań PISA, lub do wyników matur (choć tymi, jak wielokrotnie uzasadniałem, można manipulować).

W podwójnym roczniku koniecznością było zatrudnienie wielu nowych nauczycieli. W wielu radach pedagogicznych 1/3 stanu zaczęła pracę od września, nauczyciele się nie znają, zespoły są na etapie zgrywania się. Często są to ludzie „złapani” do pracy w ostatniej chwili, starają się, ale czy będą z równie dużym zaangażowaniem pracować, gdy nadejdzie nieuchronny dzień zakończenia umowy? W powietrzu daje się wyczuć atmosferę tymczasowości.

Dziwna sytuacja występuje na nauczycielskim rynku pracy. W dużych miastach pełno jest wakatów, tam nauczyciela trzeba szukać długo, a takiego dobrego z doświadczeniem, wręcz ze świecą. Sytuacja będzie jeszcze gorsza. Średnia wieku nauczycieli wg badań ZNP to już 44 lata! A końca odpływu nie widać. Sytuację ratują często emeryci, ale ci szybko zniechęcają się, bo w pracy pamiętają inne standardy, szczególnie w sferze wychowawczej. Zresztą… latka lecą, prędzej czy później zdrowie nie pozwoli im pozostać przy tablicy. Więc może młodzi nauczyciele? W dużych miastach, gdzie średnia zarobków jest dużo wyższa od pensji nauczycielskiej, do zawodu idą nieliczni, głownie pasjonaci i idealiści. Zarobki na start są mizerne, za takie pieniądze młodzi po prostu nie chcą pracować. Przychodzą do pracy, dociera do nich jaki ogrom zadań muszą wykonać, spoglądają na przelew i uciekają. Niewielu młodych zostaje, średnia wieku będzie rosła.

Mniej wakatów jest na prowincji, tam często nauczyciele poszukują pracy. Jest to związane z likwidacją szkół i mniejszymi możliwościami podjęcia pracy w innych branżach. Ale i tam średnia wieku rośnie, bo młodzi wolą wyjechać i szukać pracy aniżeli pracować za minimalną. Czasy w których stabilność państwowej posady była plusem minęły… Stabilizacja w zawodzie skończyła się wraz z reformami, niżem demograficznym, a ostatnio wraz z pustoszejącymi kasami gmin i powiatów, które przygniecione narzucanymi przez rząd obciążeniami, coraz częściej nie mają pieniędzy nawet na to, co się nauczycielom należy… Kto więc uczył będzie nasze dzieci? Czy będą to ludzie najlepsi, czy wzięci z łapanki? Czy praca nauczyciela osiągnie ostatecznie miano zajęcia dla życiowych nieudaczników? Jak zniesie to gospodarka? Jak funkcjonować będą w społeczeństwie dzieci uczone przez rzemieślników, zamiast przez mistrzów? Warto zastanowić się już dziś nad tymi pytaniami.

Mimo szumnych zapowiedzi odbiurokratyzowania szkoły, zmieniło się… na gorsze. Dlaczego? Proste. Każdy dyrektor boi się kontroli kuratorium, bo przecież wiadomo, że jak się chce, to na każdego coś można znaleźć. W szkołach panuje psychoza, bo nigdy nie wiadomo kiedy ktoś wpadnie na kontrolę, a wiadomo, że upolitycznione urzędy potrafią tak szukać by znaleźć. Dlatego papiery produkuje się jak dawniej, bo każą, bo lepiej mieć niż nie mieć, na wszelki wypadek i aby mieć dupochron. Poza tym odbiurokratyzowanie oznaczałoby, że kuratoria nie miałyby czego sprawdzać, a więc za co karać. Na to góra nie pozwoli, bo szkoła stała się poligonem rządowej polityki.

Dochodzi do budżetowych paradoksów, na podwyżki żądane przez ZNP pieniędzy nie było, ale była na inne hojne transfery socjalne, a nauczyciele dostali ochłap, przedstawiany przez TVP jako manna z nieba, ale nawet na ten ochłap nie poszły do samorządów pieniądze, czego dowodem są kłopoty wielu gmin z dopięciem budżetu… Jeśli ktoś się zna na rzeczy to wszystko potrafi w prosty sposób wytłumaczyć… ZNP przegrało, bo to sprawa polityczna, ochłap przedstawili jako mannę z nieba, bo przeciętny widz TVP łyka najbardziej idiotyczną papkę, a pozamiatanie niezależnych jeszcze samorządów w dużych miastach jest rządzącym jak najbardziej na rękę. To ciąg logicznych wydarzeń, oczywiście z jakością w oświacie nie mający NIC wspólnego. Współpracujące samorządy kasę dostaną, komuś się ukradnie, np. 15% oszczędności emerytalnych.

Zarzewie nauczycielskiego buntu przygasło, mało kto ma ochotę kontynuować protest. Nie dziwię się. Młodzi przeglądają oferty pracy, a starsi pogodzili się z rzeczywistością. To uzasadnione, skoro większość stanowią starsi nauczyciele, a następców jak na lekarstwo, to wielu myśli o tym aby dociągnąć do emerytury, bo przecież przy takich brakach nie zwolnią. Inna sprawa, że często nie ma nawet czasu aby myśleć o protestach. Podwójne roczniki, zmienione podręczniki… to wszystko zwaliło na głowę nauczycieli wiele nowych obowiązków. Trzeba na nowo wypracować metody i schematy, przygotować lekcje pod nowe podręczniki, bo poprzednie trzeba było wyrzucić do kosza, a bez uporządkowania tego chaosu nie można normalnie pracować. To bardzo pracowity rok dla nauczycieli, ale to praca bez satysfakcji, bo wykonywana z poczuciem, że po raz kolejny zmieniają coś co już dobrze funkcjonowało. To poczucie bezsensownego marnowania czasu, w dodatku w sytuacji gdy rząd i ministerstwo pokazało gdzie ich miejsce, a doniesienia o kłopotach z finansowaniem oświaty wróżą tylko jedno – przyszłe oszczędności…

Chciałoby się powiedzieć, że za kilka lat wszystko wróci do normy, czyli po kilku krokach wstecz, zrobimy parę w przód i wrócimy do punktu wyjścia… Tyle że nierozwiązane realne problemy (o których wiele pisałem) nadal pozostaną nierozwiązane. Niezałatwione sprawy nawarstwią się, ale być może nie będzie miał ich kto rozwiązywać, bo nie będzie nowych chętnych do pracy z dziećmi, a w zrujnowanym rozdawnictwem budżecie po prostu zabraknie na to pieniędzy. Do czego to doprowadzi? Czarno to widzę.

3 kommentarer

  1. Tak. Tego strajku chcieli nauczyciele.

  2. Strajk został przegrany przede wszystkim dlatego, że ZNP nie reprezentuje nauczycieli i interesy nauczycieli, ale jakieś inne. Jest na to wiele dowodów
    Trzeba było się z PiS dogadać a nie iść w strajk, który był nie do wygrania. Wg pracodawców, tuż przed strajkiem negocjacje rozbiły się o 1 mld zł.

    I PIS chciało tego strajku i ZNP, ale i jednymi i drugim nie chodziło o dobro nauczycieli. Każdy miał swoje interesy do ugrania.

    A kwestia pogim. posp? Wg moim obserwacji ci pierwsi są bardziej dojrzali , ale ci drudzy lepiej i szybciej uczą się.

    • „Jest na to wiele dowodów” – proszę podać choć jeden. „I PIS chciało tego strajku i ZNP” – nie, to nieprawda, tego strajku chcieli nauczyciele, pracownicy szkół.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*