Jarosław Bloch

CO Z TĄ EDUKACJĄ?

Matematyka – królowa bez matury?

Jak w Polsce rozwiązuje się trudne problemy? Przeważnie zamiata się je pod dywan. Ot… Problem był, problemu nie ma. To bardzo efektywny i skuteczny sposób pozbycia się kłopotów, tyle że… bardzo krótkookresowy. Ale nasi politycy myślą jedynie w kontekście następnych wyborów, wizjonerstwo się nie opłaca. Dobrym przykładem jest matematyka, królowa nauk, która mimo swego królewskiego pochodzenia, może zostać zdetronizowana w imię doraźnych korzyści wyborczych i poprawy wskaźników, a co za tym idzie poprawy poziomu zadowolenia polityków, uczniów i rodziców…

Znajomość matematyki sprzyja logicznemu i analitycznemu myśleniu. Przydaje się w życiu. Przykłady można mnożyć bez liku, od pakowania walizki lub samochodu na wakacje, przez świadome zakupy, zaplanowanie podróży, remontu, aż po lepszą organizację pracy i wizyty w bankach. Już nie mówię o sytuacjach w których ta matematyka jest częścią naszej aktywności zawodowej, gdy w pracy musimy coś liczyć, mierzyć, szacować itd.

Jednak w szkole z matematyką mamy problem. Dzieci tracą do niej zapał z każdym rokiem swego kształcenia. Dla niektórych staje się zmorą, źródłem niewyobrażalnego stresu, a nawet powodem opuszczania zajęć. W konsekwencji na maturze staje się ona kłopotem, który zamyka komuś możliwości rozwoju kariery zawodowej, gdy maturę obleje. Staje się ona kłopotem dla szkół, które przez to lecą w rankingach, kłopotem zapatrzonych w dzieci rodziców, którzy chętnie swym pociechom przychyliliby nieba, likwidując jednocześnie na ich drodze wszelkie przeszkody. Jest to kłopot dla polityków, dla których spadek zdawalności na tak ważnym medialnie egzaminie może być wizerunkowym problemem kwestionującym ich zdolności rządzenia, dlatego tak bardzo chcą by wyniki rosły, a wraz z nimi słupki sondaży… Jest wreszcie kłopotem dla nauczycieli, którzy może i chcieliby uczyć inaczej, ale nie pozwala im na to podstawa programowa i czas. A czasami po prostu nie potrafią lepiej uczyć, bo ciągle uczono ich jak uczyć, ale nikt nie nauczył ich jak zainteresować dzieci matematyką, by te zamiast ją znienawidzić, dostrzegły w niej piękno i związek z tym co w życiu.

Niestety efekty kształcenia matematyków pracujących z najmłodszymi pozostawiają dziś wiele do życzenia. Nauczyciele z nauczania wczesnoszkolnego to oczywiście osoby z pasją, lubiące pracę z dziećmi, ale niekoniecznie dobre z matematyki. Tyle że to właśnie w tym wieku można dziecko matematyką zachwycić lub je upośledzić w tym względzie. Trzeba w końcu większy nacisk położyć na matematyczne kształcenie studentów pedagogiki wczesnoszkolnej i przedszkolnej. Podobno połowa dzieci ma wrodzony talent matematyczny, który jest marnowany po 8 miesiącach chodzenia do szkoły. Nie powielam stereotypów. Sam wielokrotnie obserwowałem jak dziewczyny wybierały się na studia pedagogiczne, bo… były słabe z matematyki, a tam jej nie wymagano. Cały czas funkcjonuje pogląd, że do takich małych dzieci to wielkiego przygotowania matematycznego nie trzeba, a naukę matmy zacznie przedmiotowiec w czwartej klasie… Nic bardziej mylnego, w czwartej klasie jest już często „po ptokach”. Dziewczyna, która zabiera się do uczenia dzieci podstaw matematyki, sama do końca jej nie rozumiejąc, robi im najzwyczajniej krzywdę. Po takim „nauczaniu” matematyka jawi się dzieciom prawie jako tabu, bo pani sięga do niej niechętnie i schematycznie. Czas skończyć ze ściemą, a dziewczyny prześlizgujące się na 30% podczas egzaminu maturalnego, powinny mieć zakaz wstępu na uczelnie pedagogiczne. Jest wiele zawodów, gdzie matematyka nie jest bardzo potrzebna, ale z pewnością nie jest to nauczanie początkowe. Tyle, że teraz chce się nawet ten próg 30% zlikwidować, więc istnieje realne zagrożenie, że za parę lat matematyki w klasach 1-3 uczyć będą osoby, które matury z matematyki by nie zdały, gdyby takowa była… Na logikę powinno się wtedy wprowadzić wymóg pisania matury z matematyki dla studentów pedagogiki, ale kto się odważy podjąć taką decyzję? Strach przed uczelnią bez studentów będzie zbyt wielki…

Padł jakiś czas temu z pozoru dobry pomysł by matematykę wydzielić z nauczania początkowego i zatrudnić do tego prawdziwych matematyków. Ale jest to pomysł zły, bo oddzielamy matematykę od reszty świata o którym nauczanie początkowe mówi w sposób zintegrowany. A przecież matematyka jest częścią świata w którym żyjemy, częścią przyrody i życia. Utwierdzanie od małego, że matematyka to coś odrębnego, oderwanego od rzeczywistości jest po prostu szkodliwe dla dziecka, a w przyszłości dla kraju.

Ciężko oprzeć się wrażeniu, że wyrzucenie matematyki z obowiązkowych przedmiotów na maturze to polityczny trik, który ma na celu podniesienie popularności wiadomych polityków w oczach młodzieży. „Patrzcie, sprawiamy, że macie lżej” – powiedzą przy kolejnych wyborach. Rodzice słabszych uczniów, którzy dzięki wycofaniu matematyki z egzaminu, uzyskają maturę, też będą wdzięczni i może zagłosują na kogo trzeba. To sprytne budowanie poparcia przy jednoczesnym ogłupieniu elektoratu, bo bez matematyki ludzie nie będą mądrzejsi. Ktoś za to odpowie? Kto beknie za tysiące problemów związanych z brakiem umiejętności: świadomego wzięcia kredytu, zrobienia domowego budżetu, zaplanowania większych wydatków, uniknięcia oszustw etc. Oczywiście nie…

No właśnie. Wymieniłem kilka umiejętności, które każdy człowiek posiadać powinien aby świadomie i bezpiecznie funkcjonować w społeczeństwie. Czy dzisiejsza matematyka na poziomie podstawowym nie mogłaby być bardziej ludzka? Z pewnością tak, ale wracamy do wielokrotnie przeze mnie poruszanego problemu przeładowanych podstaw programowych. Poruszamy się cały czas w błędnym kole niepodjętych decyzji i nie potrafimy przez to iść do przodu… A przecież można by matematykę zostawić na maturze, lecz na poziomie podstawowym nadać jej bardziej praktyczne i ludzkie oblicze, bardziej skomplikowane tematy zostawiając na poziom rozszerzony, słusznie wychodząc z założenia, że nie każdy jest geniuszem matematycznym. Niby dziś tak jest, ale nie do końca.

Co do podstaw i wynikających z nich planów nauczania, to są one ukierunkowane na szybkie przechodzenie do kolejnych działów. Widać, szczególnie w pierwszych klasach podstawówki, że czasu na powtórki jest zdecydowanie zbyt mało. W konsekwencji taki nieutrwalony materiał, po przejściu do kolejnego działu staje się zaległością i ciągnie się za uczniem do końca edukacji. Mówię tu o najprostszych rzeczach jak dodawanie i odejmowanie, tabliczka mnożenia i dzielenie, oraz rządzące nimi zasady, ułamki zwykłe i dziesiętne, proste działania. Większa ilość czasu przeznaczona na te i inne zagadnienia pozwoli nauczycielom na przygotowanie ciekawszych lekcji, zamiast ścigać się z czasem (z tabelką realizacji podstawy programowej). Ale do tego potrzebna jest autonomia nauczyciela, która wciąż jest ograniczana! W Polsce ktoś błędnie zakłada niemożliwe do zrobienia cele, a potem z trudem i byle jak osiągamy 30% tych celów, marnując wiele czasu na bezskuteczne próby wbicia komuś do głowy pozostałych 70% (komuś, kto przychodzi zwykle z zaległościami). Może założyć sobie mniej ambitne cele i dać nauczycielom większą swobodę? Zrobić na podstawie mniej a porządnie. Dbać o to, aby dzieci szły dalej nie z 30% założonej wiedzy, a z jej większą ilością? Przede wszystkim nie przyjmować do pewnych typów szkół (liceów, techników) tych, którzy tych wymogów nie spełniają… Może wtedy okaże się, że w szkole średniej mamy wielu nauczycieli, którzy nie zniechęcają do matematyki, a ciekawie prowadzą zajęcia, tylko wcześniej tego nie było widać, bo pracowali z osobami, które mają gigantyczne braki…

U nas zwykle wszystkie zmiany wprowadza się bez przemyślenia, chaotycznie, w sprzeczności z logiką i czasem. Nie ma się co dziwić, że mamy z matematyką problem. Ja się nie dziwię. A matematykę proszę na maturze zostawić jako przedmiot obowiązkowy. Nie chcę oglądać kolejnych, sztucznie kreowanych sukcesów, boomów edukacyjnych, którymi będą się chwalić politycy. Lata ściemy i zaniedbań już widać na rynku pracy, na którym coraz trudniej o dobrego pracownika, który potrafi planować, logicznie myśleć i liczyć bez pomocnika w smartfonie.

Nie jestem matematycznym fanatykiem, ale na co dzień widzę bezradność ludzi mających w tym względzie braki. Jako ojciec, widzę wyścig o realizację programu w podstawówce, a jako nauczyciel, widzę tego efekty w szkole średniej, gdzie uczniowie nie potrafią zastosować matematyki w prostych obliczeniach geograficznych. Nie twierdzę, że ten tekst w pełni, na 100% diagnozuje problem, bo nie jestem tu specjalistą. Ale mam nadzieję, że będzie on częścią dyskusji nad nauczaniem matematyki. Bo dobrze nie jest, to widzę i nie mam wątpliwości.

2 kommentarer

    • Jarek Bloch

      Grudzień 28, 2019 at 11:20 pm

      To dobrze, że MEN wydaje tak stanowczy komunikat. To nie moje przekonanie, po prostu słyszałem wypowiedzi osób ze świata polityki, które takie pomysły zgłaszały. Uważam, że trzeba podejmować temat na tym etapie, bo gdy padną decyzje polityczne, to będzie zbyt późno.

Pozostaw odpowiedź Złotko Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*