Jarosław Bloch

CO Z TĄ EDUKACJĄ?

Kogo dziś stać na oświatę?

Samorządy tną wydatki aby starczyło na oświatę. Na razie jest z czego ciąć, coś nie zostanie wybudowane lub wyremontowane… Co będzie gdy oprócz finansowania „bez kosztowej” reformy edukacji, dojdzie efekt podwyższenia pensji minimalnej, obniżenia dochodów z VAT od osób poniżej 26 roku życia? Miasta poszukają tych dodatkowych pieniędzy w kieszeniach obywateli. Ale czy znajdą? Kto ma jeszcze pole do szukania oszczędności, a kto dojdzie do ściany, bo nie będzie już z czego obcinać? Czas pokaże, potencjalne scenariusze mogą być ciekawe, lecz dla oświaty na pewno niedobre…

Dodatkowe pieniądze można zbierać na różne sposoby. Wzrosną lokalne podatki. Gminy obetną swym pracownikom etaty, zmniejszając je np. do ¾. Wzrośnie cena za lokalną komunikację. Skończą się remonty ulic, będą jedynie łatane dziury i to najtańszym kosztem. Obcinane będą rozmaite dofinansowania, między innymi na kulturę i sport. Nie będzie nowych inwestycji. Trawniki zamiast sześć razy rocznie, skosi się dwa razy rocznie. Na miejskich klombach posadzi się jakieś zielsko, które nie trzeba będzie zbyt troskliwie pielęgnować. Część osób zatrudnionych w mieście się zwolni. I tak dalej. Sposobów na oszczędzanie jest wiele. Tylko czy ludzie to zaakceptują? Czy będą chcieli mieszkać w gminie, która potrafi tylko oszczędzać na potrzebach swych mieszkańców? Czy nie będą z takiej gminy uciekać? Czy się zbuntują przeciwko takim władzom?

To teraz wyobraźmy sobie inną ścieżkę oszczędności. Bo co będzie gdy ktoś uprze się by dostosować finansowanie oświaty do realnych środków, które pochodzą z subwencji? Niemożliwe? Możliwe. Gminy będą likwidowały szkoły. Dokona się nowej rejonizacji. Placówki pozostałe przy życiu będą musiały przyjąć większą ilość uczniów. Znów zobaczymy w oddziałach po 35-40 osób, jak przed laty w rocznikach wyżu demograficznego. Lekcje odbywać się będą do późna, bo budynki wykorzysta się na do granic możliwości. Nauczyciele będą zdzierali gardła, część z nich przez to pożegna się z pracą, ale to akurat będzie samorządom na rękę. W końcu i tak zapewnienie dzieciom nauczycieli to rola dyrektorów, niech oni się martwią. W mniejszej ilości szkół będzie potrzeba mniej administracji i obsługi. Paniom sprzątaczkom powiększy się rejony i dowali roboty. A gdy nie będą chciały pracować? To też problem dyrektorów.

A może dociśnięte do ściany samorządy wywrą nacisk na rząd by zmienił prawo? Już teraz są one mocnymi lobbystami w sprawie likwidacji Karty Nauczyciela, bo bez niej można będzie wymagać od nauczyciela by uczył przy tablicy nie 18 a 25, 30, a może nawet 35 godzin w tygodniu. Dlaczego by nie? Gdyby Kodeks Pracy zastąpił Kartę Nauczyciela, zatrudnienie stałoby się elastyczne, można by poczynić kolejne oszczędności. A że część nauczycieli się zwolni? A kogo obchodzi jakość, gdy w grę wchodzi dyscyplina finansów publicznych? Zresztą wracamy do punktu wyjścia, bo zatrudnienie nauczycieli leży w gestii dyrektorów, a nie samorządów.

Jakość pracy nauczyciela stanie się sprawą drugorzędną. Celem dyrektorów stanie się znalezienie wystarczającej ilości frajerów, którzy będą pracowali więcej za te same stawki. Szkoły „pojadą” na stażystach, rotacja będzie spora, bo większość stażystów po roku niewolniczej pracy będzie z zawodu uciekać gdzie pieprz rośnie. Tam gdzie nie wystarczy stażystów przyjmie się studentów praktykantów, rozliczając ich z każdej godziny. Oprócz stażystów pozostaną ci w wieku przedemerytalnym, którzy będą chcieli dociągnąć do końca bez względu na warunki, oczywiście minimalnie angażując się w pracę. Ale jak już mówiliśmy gdy trzeba dopiąć budżet i siatkę godzin, to jakość staje się drugorzędną wartością. Bachory jakoś przeżyją te kilka lat pseudo edukacji, bo jak to się mówi: co nie zabije, to wzmocni.

Ktoś powie: fantazjujesz. Inny zaśmieje się: świetne żarty opowiadasz. Doprawdy? Tak złej sytuacji finansowej samorządy nie miały od momentu swego powstania. Więc coś będą musiały zrobić. Ja sam boję się, że tym postem podpowiadam właśnie komuś gotowe rozwiązania. Na oświacie łatwo się oszczędza. Po początkowym oburzeniu ludzie przyzwyczajają się szybko do nowych warunków. Zupełnie jak w czasach wojennych. Społeczeństwo oświaty nie obroni, podobnie jak nauczyciele, którzy dali się wiosną spacyfikować, czym pokazali, że można z nimi zrobić wszystko. A jak się okazało, poparcie rodziców kończy się wraz z wyczerpaniem dni urlopu, które można poświęcić dla opieki nad dzieckiem. Nikt za oświatę umierał nie będzie. Szykujmy się więc na kolejne zmiany… Oby scenariusz, który tu nakreśliłem, okazał się tylko ponurą wizją, ale marzenia o Finlandii odłóżmy głęboko do szuflady.

1 Komentarz

  1. Samorządy mogły poprzeć inicjatywę ZNP, aby pensje pochodziły bezpośrednio z budżetu państwa. Warto sprawdzić, dlaczego tego nie zrobiły?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*