Zajęć nie będzie dłużej. Zagrożone są egzaminy, choć o tym jeszcze ministerstwo nie myśli. Zbyt odległa perspektywa. W szkołach wielki chaos, bo chociaż wysłano wszystkich do domu i niby każą pracować, to nikt nie ma spójnej koncepcji jak tam pracować. Pada mnóstwo górnolotnych słów, że to szansa, że możemy zacząć tworzyć nową oświatową rzeczywistość. Ale słowa nijak mają się do rzeczywistości. Czasem brak środków technicznych. Czasem działania są na tyle chaotyczne, że przynoszą więcej złego niż dobrego.

Generalnie dyrektorzy podzielili się na dwie grupy. Jedni oszaleli, każąc od razu przystąpić do pracy zdalnej (jakby wszystko było przygotowane), inni czekają na rozwój wydarzeń podejmując działania ostrożnie i nieśpiesznie. I chwała im za to, bo tam gdzie dyrektorzy (w obawie, no właśnie przed czym?) oszaleli, niektóre dzieci zawalono wręcz pracą. Nikt nie pomyślał, że gdy dzieci są same w domu, to wiele nie zrobią, bo pokus wokół zbyt dużo. Nikt też nie pomyślał o pracujących zdalnie rodzicach, którzy nie są nauczycielami, a oprócz swej zdalnej pracy, muszą jeszcze przypilnować swe dzieci.

Trzeba sobie zdać sprawę z kilku rzeczy:

1. Prawie nikt nie był przygotowany na pracę zdalną, głupotą było więc jej wymagać przez te pierwsze dwa tygodnie.

2. Zmarnowano dotąd szansę (i czas), by zastanowić się nad organizacją pracy zdalnej i ocenić realnie nasze możliwości techniczne. Można było poświęcić czas chociażby na stworzenie prototypu prostej centralnej platformy na której uczniowie znaleźliby materiały zgodne z podstawami, a nauczyciele możliwość weryfikacji materiału, chociażby poprzez testy robione w sieci (tak, wiem, takie narzędzia już istnieją, ale nie są to narzędzia powszechnie używane i większości nauczycieli nikt w tym nie przeszkolił, a może od tego należałoby zacząć, czyli najpierw platforma do pracy zdalnej, a potem szkolenie jak z niej korzystać). Takie e-platformy powinny powstać przy każdym kuratorium, a MEN powinien pilotować ich wprowadzanie. Tymczasem chaos trwa, każda szkoła sobie rzepkę skrobie, w większości szkół nikt nie pyta nauczycieli czy podołają zadaniu. Mają zrobić i już. Chciejstwo MEN i niektórych dyrektorów poraża.

3. Nikt nie bierze pod uwagę wieku nauczycieli (średnia 45 i rośnie, w szkołach z konieczności pracuje wielu emerytów). To świetni specjaliści w pracy z uczniem, ale nie wymagajmy od nich aby w miesiąc stali się komputerowymi wizjonerami i ogarniali technologiczną część tej operacji. Dla starszych nauczycieli potrzebne są proste, gotowe i intuicyjne narzędzia (patrz pkt 2).

4. Inna sprawa to zaopatrzenie w sprzęt. Do MEN i dyrektorów nie trafia, że młodzież to już nie to pokolenie, które ma w domu peceta. Często jedynym komputerem w domu jest… smartfon. Być może rodzice mają laptopa, ale nie zawsze można z niego korzystać, bo… też pracują zdalnie.

5. Brak uregulowań prawnych do pracy zdalnej na taką skalę i w takich szczególnych warunkach, a lepiej nie wprowadzać ich na wariata, bo narobimy więcej szkód.

6. Bezmyślny nacisk MEN na dyrektorów, by pracę zacząć już, spowodował bezmyślny nacisk dyrektorów na nauczycieli, którzy bezrefleksyjnie zawalili niektóre dzieci zadaniami. Mam wrażenie, że MEN, jak w czasach przodowników pracy, stwierdził publicznie: DAMY RADĘ! A do dyrektorów powiedział: POMOŻECIE? A oni bojąc się przyznać jak jest, odpowiedzieli: POMOŻEMY! Po czym wszyscy zwalili robotę na nauczycieli, uczniów i rodziców.

7. Nie można dziś wymagać, by szkoła wysłana do domu, była zwykłą szkołą, z normalnymi lekcjami, planem i obecnością na zajęciach (dlaczego? Patrz pkt 2,3,4,5)

Co w takim razie można zrobić?

1. Nie wywierać presji na nauczycieli. Zobowiązać ich do utrzymania kontaktu z uczniem, a uczniowi z nauczycielem. Ale nie przeszkadzać i nie kazać robić czegoś z niczego! Innowacyjność nie bierze się z nakazów, trzeba mieć trochę zaufania i czasu. Poza tym nie każdy jest innowacyjny. Można oczywiście potem rozliczyć nauczycieli, którzy nie zrobili nic, lub uczniów, którym się nie chciało skontaktować z nauczycielem. Lub wyróżnić nauczycieli, którzy wdrożyli ciekawe pomysły.

2. Wciąż jest czas na spokojne i metodyczne podejście do problemu. Zacząć pracę nad rozwiązaniami systemowymi związanymi z pracą zdalną. Wyciągnąć z tej sytuacji naukę na przyszłość, bo nikt nam nie zagwarantuje, że sytuacja się nie powtórzy jesienią lub za rok. Tworzyć platformy do e-learningu, z których można by korzystać, gdy przyjdzie kolejny kryzys (a przyjdzie na pewno). I szkolić.

3. W tym trudnym czasie stworzyć pozory pracy. Niech piszą referaty, oglądają filmy związane z przedmiotem, rozwiązują karty pracy. Do tego możliwości techniczne są. Pozwoli nam to wstawiać oceny i zakończyć rok szkolny (bo może w połowie maja będzie można wrócić do szkół…). W tej sytuacji problem, czy oceny będą adekwatne do wiedzy jest drugorzędny.

Tymczasem wygląda na to, że kolejna wielka operacja oświatowa ma znamiona prowizorki wprowadzanej chaotycznie, bez planu i w atmosferze wzajemnych podejrzeń.

Na koniec najważniejsze. Mam wrażenie, że wielu w oświacie nie dostrzegło z jak poważnym kryzysem mamy do czynienia. I nie chodzi mi o kryzys związany z brakiem zajęć, to najmniejszy problem. Powinniśmy zachować ciągłość, pewne pozory normalności i tyle. Aż tyle! To jest najważniejsze i potrzebne! Pandemia w Polsce dopiero się zaczyna, już widać symptomy poważnego kryzysu. Nie wiemy z czym jeszcze będziemy musieli się zmierzyć. Być może niektórzy z nas nie wrócą już do pracy, być może wielu uczniów straci swoich bliskich. Zakończenie roku szkolnego i przeprowadzenie egzaminów, to w tej sytuacji naprawdę nie jest najistotniejszy problem. Musimy o tym pamiętać i przede wszystkim skupić się na ochronie swego zdrowia i życia, czego sobie i wszystkim życzę.