Szkoły zamknięto, w obliczu niebezpieczeństwa nie mogło być inaczej. A potem ktoś wymyślił, że szkoła będzie uczyła zdalnie. Mało tego, będzie realizowana podstawa programowa, będą oceny i promocja do następnej klasy. Teoria z praktyką zderzyła się już pierwszego dnia zdalnej nauki. Życie zweryfikowało nasze zdolności do wykonywania e-pracy. Ale są też pozytywne skutki obecnego zamieszania.

Sposoby e-pracy trzeba sobie wypracować. To nie trwa miesiąc ani dwa. To cytaty z moich znajomych, którzy e-pracę wykonują już dawno, ale nie w szkole, a w firmach. Podkreślają też, że do wypracowania efektywności w e-pracy potrzeba wiele czasu. Czy w szkołach ma być inaczej? Jesteśmy inni? Z pewnością nie, dlatego deklaracje ministerstwa o gotowości nauczycieli i szkół można włożyć między bajki.

Nie byliśmy przygotowani do e-pracy. Mentalnie i sprzętowo. Wielu nauczycielom zabrakło umiejętności, ale też wielu uczniów dorastających ze smartfonem w ręku, nie przeszło testu z praktycznego zastosowania nowych technologii. Ujawniły się braki sprzętowe. Kazano nauczycielom pracować na swoim prywatnym sprzęcie. Jak na dłoni widać, że służbowy laptop zamiast być od dawna standardem, nadal jest rzadkością w szkolnej rzeczywistości XXI wieku. A już szczytem absurdu jest wymaganie by sprzęt prywatny spełniał wszelkie wymogi bezpieczeństwa – kolejny martwy przepis, z którego jednak wynikła konieczność podpisywania stosownych zobowiązań przez wszystkich nauczycieli pracujących w domu. Biurokratyczna fikcja, bo mało który komputer domowy spełnia wyśrubowane warunki bezpieczeństwa. Nauczyciele podpisali, utrwalając istniejącą patologię, przez co nadal w kwestiach sprzętu służbowego się nic nie zmieni… U uczniów nie lepiej. Spora część ma braki sprzętowe lub braki w umiejętności pracy na tym sprzęcie. To pokolenie użytkowników smatrfonów. Obsługa i posiadanie komputera znów nie są standardem. Można by zapytać: Jak to jest, że po kilku latach działania programu 500+, są jeszcze dzieci niezaopatrzone w sprzęt? Na co poszły te pieniądze? I tu czerwona kartka dla rządzących. Że program nie wpłynął na rozrodczość, to już dawno wiemy. Ale nawet nie potrafiono rozliczyć tych pieniędzy, a za to należy się kolejna czerwona kartka. W XXI wieku komputer powinien być domowym stanowiskiem pracy ucznia. Laptop dla ucznia można kupić za 1500-2000 zł i jest to sprzęt bardzo przyzwoity. Jak to się stało, że z dodatkowych pieniędzy za 500+, nie dało się w ciągu kilku lat odłożyć „3-4 bonusów” na komputer? To pytanie retoryczne, bo odpowiedź znamy. W rodzinach były inne priorytety… Tym bardziej ten kto daje takie pieniądze, powinien pewnych rzeczy od rodziców wymagać. Program 500+ mógł stać się trampoliną do skoku technologicznego, a tak się nie stało. Nauczanie zdalne to obnaża. Uczeń ma wypasionego ajfona, a nie ma na czym odrobić zadania. Uczeń co rok rozwala i zmienia telefon, a na biurku nie ma swojego laptopa.

Właśnie skok technologiczny, który z konieczności przechodzi polska szkoła, jest największym plusem tej sytuacji. Nauczyciele i uczniowie MUSZĄ dziś skorzystać z platform i narzędzi, które co prawda istniały od dobrych kilku lat, ale konieczność nauki nowego i brak kompatybilnego sprzętu sprawiał, że z nich nie korzystano. Uczniowie i nauczyciele MUSZĄ poznać choć podstawy sposobów zdalnej pracy, to z pewnością zaprocentuje w przyszłości. Google Classroom, Microsoft Teams, E-podręczniki, Szkoła w Chmurze, Discord i wiele innych narzędzi wielu odkryło dopiero teraz, a może nie odkryłoby nigdy, gdyby nie przymusowa przerwa związania z pandemią. Ale tu powstaje kolejne pytanie. Bo naszą oświatę reformuje się non stop przez ostatnie 20 lat. Nieraz pisałem, że są to REFORMY PAPIEROWE. W ciągu tych 20 lat nie nastąpił skok jakościowy w zaopatrzeniu sprzęt i znajomość kompetencji cyfrowych wśród uczniów i nauczycieli. Pytanie więc brzmi: Trzeba było aż pandemii aby obnażyć cyfrowy stan naszej oświaty? Widocznie tak. Bo jak to jest, że w roku 2020 od dwóch tygodni w szkołach ponadpodstawowych tłumaczę do znudzenia uczniom, jak zredagować i sformatować tekst, albo jak zapisać swą pracę do pliku pdf? Pandemia obnażyła nijakość naszych podstaw programowych, zapisanych tam jest wiele pięknych rzeczy, które nijak nie przekładają się na rzeczywistość. Dzieci mają informatykę od początku edukacji, a wielu nie potrafi potem wykonać najprostszych czynności związanych z przygotowaniem i przesłaniem pliku. Przecież to ABECADŁO informatyczne. Pozostaje nadzieja, że wnioski zostaną wyciągnięte, a nauka i włożona teraz praca, nie pójdą w las i gdy nastąpi kolejny kryzys po prostu przeniesiemy się z pracą do domów. I na to trzeba teraz wykorzystać czas, nie na kłamanie, że praca trwa normalnie. Panie ministrze, właśnie się uczymy. Dopiero się uczymy, a wina leży po wszystkich stronach. Także rodziców, którzy nie kupili dzieciom laptopów za 500+.

Na koniec rzecz najważniejsza. Skuteczność pracy zdalnej zależy głównie od uczciwości uczniów, a z tym młodzi Polacy są często na bakier. Mówię co widzę. Żyjemy nie tylko w czasie wielkiej pandemii i wielkiego edukacyjnego eksperymentu, żyjemy dziś w czasach wielkiego zrzynania. Zlecone zadania krążą pomiędzy uczniami i klasami, internetowe testy rozwiązywane są z telefonem przy uchu. Oceny wystawione w nauczaniu zdalnym będą tak długo niemiarodajne , jak długo uczniowie nie pojmą, że uczą się dla siebie, a nie po to by zaliczyć. Nauka zdalna u wielu kończy się na spisaniu rozwiązań od kolegi. I z tym poradzić sobie będzie najtrudniej, bo to tkwi w głowach i w mentalności.