Podczas pandemii nie komentowałem na bieżąco rozwoju wydarzeń w edukacji. Powód był prozaiczny – brak czasu. Prozaiczny, ale wiele mówiący o naszej pracy, bo w dobie nauczania zdalnego padało wiele zarzutów, że nauczyciele tylko zadają, a większość pracy odwalają rodzice w domu. To półprawda. Jak widać pracowałem i wyczekuję obecnie wakacji, aby nie widzieć przez miesiąc żadnej platformy edukacyjnej, bo pozostać na ten czas off line będzie ciężko. Chciałbym w tym poście zwrócić uwagę na to, co powinniśmy udoskonalić, jeśli historia się powtórzy. Bo zdalne nauczanie obnażyło wiele braków.

Pracowałem i to sporo. Często mój dzień pracy kończył się, gdy domownicy już spali. Wielu uczniów i nauczycieli miało podobnie. Taki tryb i styl pracy nie może się więcej powtórzyć, bo sensu i efektu z tego nie ma. Co się powinno zmienić:

1. Sprzęt. Nauczyciel i uczeń muszą być wyposażeni w stanowisko pracy. W przypadku nauczycieli będą to służbowe komputery. W przypadku ucznia – stanowisko pracy wyposażone w komputer z oprogramowaniem z dostępem do internetu. Smartfon, z którego korzysta wielu uczniów, to nie jest komputer, ma swoje ograniczenia związane chociażby z wygodą obsługi i wielkością ekranu. Poza tym do komputera trzeba zasiąść, potwierdzanie obecności przez smartfona, gdy ktoś jest z koleżanką na zakupach lub na podwórku, nie można nazwać udziałem w lekcji. 500+ które dostają rodzice powinno być w lato i jesienią przeznaczone na uzupełnienie stanowisk pracy (sprzęt i łącze).

2. Czas pracy. Powinniśmy stworzyć namiastkę normalności i systematyczności, czyli lekcje powinny być prowadzone lub zadawane w czasie rzeczywistym (nie przez maila, który dziecko odbiera kiedy chce). Większość dzieci nie jest tak zorganizowanych. Wszelkie sprawy dotyczące przedmiotu powinny być załatwiane na lekcji, lub w przewidzianych godzinach konsultacji. Uczeń powinien wiedzieć, że oprócz niego jest jeszcze wielu innych, więc zadawanie nauczycielowi pytań o 23 w nocy nie powinno mieć miejsca. Trzeba szanować czyjś czas, prawo do odpoczynku i regeneracji.

3. Przemęczenie. Nauczanie zdalne stworzyło pokusę do zarzucenia ucznia materiałem. To bez sensu. Lepiej zrobić mniej, a porządnie. Prowadzenie lekcji na kamerce lub mikrofonie przez 45 min też nie powinno mieć miejsca, bo oczy nie wytrzymują. Łączenie + zadanie pracy + tłumaczenie i pytania do zadania powinny zająć 10-20 min. Pozostały czas uczeń powinien pracować sam, mając nauczyciela na czacie w razie ewentualnych pytań. Nie każda lekcja musi być w formie łączenia z kamerą lub mikrofonem (to uwaga do dyrektorów).

4. Zdrowy rozsądek. Każdy nauczyciel powinien zdać sobie sprawę z rangi własnego przedmiotu. Trudniejsze i bardziej czasochłonne zadania powinny być z przedmiotów egzaminacyjnych, z pozostałych powinny być łatwiejsze i do zrobienia w krótszym czasie. Także tutaj powinna być dopasowana ilość łączeń.

5. Uporządkowanie pracy. Każda szkoła powinna wybrać jedną platformę do prowadzenia zajęć, wymiany plików i weryfikacji materiału (poczta e-mail lub dziennik elektroniczny nie jest platformą i dobrym kanałem do tego typu kontaktów).

6. Warunki wstępne, by mogło to w ogóle działać. Nauczyciele na pierwszym zebraniu powinni uświadomić rodzicom (a ci swoim pociechom), że skuteczność nauczania zdalnego zależy od ich obowiązkowości, systematyczności i punktualności. Mówiąc inaczej, jeśli uczeń nie będzie chciał pracować i nie będzie miał warunków ku temu, z nauczania zdalnego nie będzie żadnego efektu.

7. Podejście rodziców. Pomimo narzekań rodziców na szkołę jakość nauczania zdalnego zależy też w dużej mierze od nich samych. Zapewnienie dziecku sprzętu, kontrola czy się loguje i zapewnienie kąta w domu gdzie może się połączyć, to naprawdę nie jest tak wiele. Czasem wystarczy zamknąć drzwi, aby nie było słychać odgłosów z kuchni, płaczu innych dzieci, szczekania psa i rozmów mamy przez telefon. W takich warunkach dziecko nie skupi się na zajęciach.

8. Ocenianie. Szkoły powinny wypracować model oceniania na czas pandemii, bo nie wszystkie formy oceny lub wagi ocen pasują do nauki przez internet i odwrotnie.

9. Frekwencja. Na lekcjach zdalnych było mniej osób niż na lekcjach w szkole. Należy uświadamiać uczniom i rodzicom, że to taka sama ranga obecności.

10. Podstawy programowe. Te muszą się zmienić. Nie są one do zrealizowania normalnie, a już na pewno nie są do zrobienia zdalnie. Oczywiście na papierze i w teorii wszystko będzie dopięte, ale braki wyjdą na egzaminach. Trzeba też dać jasny komunikat, że w trakcie nauczania zdalnego przechodzimy na realizację jedynie wybranych fragmentów podstawy. Uczciwość względem ucznia tego wymaga. Ale decyzje muszą iść z góry.

Pierwsza próba pracy zdalnej zmęczyła wszystkie strony. Ale mamy też dużo wniosków, które należy omówić, by nie popełniać błędów z wiosny. Uczmy się na błędach, lecz nie powielajmy ich. Nie można od tak nagle przenieść wszystkiego do sieci, jakby się nic nie stało. Może zamiast lekcji, takich jak w szkole, robić bloki w których dziecko łączy się z danym nauczycielem i ma czas dłużej z nim popracować. Może same e-lekcje skrócić uwalniając czas na indywidualną pracę ucznia i nauczyciela. Może łączenia robić w godzinach porannych (np. do 11), a południowe godziny wyznaczyć uczniom do odrabiania, a nauczycielom do sprawdzania prac. Tu musi być elastyczność uwarunkowana wiekiem dziecka, poziomem nauczania w szkole, możliwościami dzieci, dostępnością sprzętu i nauczycieli (bo ci pracują często w 2-3 szkołach), to wiedzą sami dyrektorzy. Ich inwencja nie może być blokowana ramami sprzed pandemii. Podobnie z rozliczaniem pracy, bo osoba wyliczająca nauczycielowi czas pracy, nie powinna robić tego na podstawie ilości i czasu łączeń, z prostej przyczyny – bo wtedy nauczyciel będzie zawalał uczniów robotą, by udowodnić że zarabia na swoją pensję. To droga donikąd, rozliczanie czasu pracy też nie można wprost przełożyć na zdalne nauczanie…

I najważniejsze. Nauczanie zdalne na masową skalę ma sens przez miesiąc lub dwa. Nie trafiają do mnie „przykłady” szkół, które już dawno temu pracowały zdalnie lub częściowo zdalnie i mówią, że zdalnie mogłyby przez cały czas. To szkoły do których uczniowie sami się zgłaszają, a więc chcą pracować. Szkoły publiczne takimi nie są. Miało nie być polityki, ale trzeba na końcu powiedzieć, że nasza zbyt długa męczarnia z nauką zdalną i zapowiedzi możliwej jej kontynuacji we wrześniu, spowodowane są tylko i wyłącznie nieudolnością naszych władz. Wprowadzenie na przełomie marca i kwietnia przewidzianego w prawie polskim na taką okazję (Konstytucja RP) stanu klęski żywiołowej, spowodowałoby zahamowanie rozprzestrzeniania się zakażeń. Prawdopodobnie w połowie maja, przy pewnych obostrzeniach, otwieralibyśmy szkoły średnie i podstawowe. A jak było wszyscy widzieliśmy. Władza dla władzy okazała się ważniejsza od zdrowia obywateli i od zdrowia psychicznego naszych dzieci. Czerwiec okazuje się jeszcze bardziej kuriozalny. Ilość zakażeń bije rekordy, a młodzież wysyła się na maturę i otwiera przedszkola. Reszta młodzieży siedzi w domu, choć pozwala im się spotykać na podwórkach, boiskach, w galeriach handlowych. Pozwala się jeździć autobusami i pociągami, ale nie można iść do szkoły, w której przez kilka dni kilkudziesięciu uczniów zdawało wspólnie maturę. Co ma o tym myśleć młody człowiek, gdy cały czas robi mu się wodę z mózgu? Czy nie straci wiary w państwo i jego skuteczność już na progu dorosłego życia? Logika postępowania, której najzwyczajniej BRAK – to też musi się zmienić…