Trzynasty sierpnia, do rozpoczęcia roku szkolnego 18 dni. Tak naprawdę nic nie wiadomo. Są mgliste warianty, szczegółów brak. Trochę mało jak na kilka miesięcy pracy, ale do tego nas już przyzwyczajono. Wiemy już, że to dyrektorzy lub władze lokalne będą decydować o formie nauki od września. To bardzo typowe i wygodne. Gdy się spiszą, MEN po raz kolejny odtrąbi „swój” sukces, gdy zawalą, będzie na kogo zrzucić winę. Poważnych scenariuszy, wraz z analizą skutków, ciągle brak. Pokuszę się więc o ocenę wariantów przedstawionych przez MEN i zaproponuję własny.

Wariant A – wracamy do szkoły

Gdy głębiej zastanowić się, od razu rzuca się w oczy brak konsekwencji.  Skoro przy kilku zachorowaniach dziennie zamykano szkoły, to po co otwierać przy kilkuset? Czy wtedy ktoś uległ panice, czy teraz MEN nie wie co zrobić? Skłaniam się ku tej drugiej możliwości.

Plusem takiego scenariusza jest normalna realizacja programu, czyli prawdopodobieństwo, że dzieci coś z zajęć zapamiętają. Niestety w przeciętnej szkole chętnych do nauki jest 20-40%. Na uwagę i ciągłe skupienie reszty trzeba ciężko pracować, ale tylko to daje szanse by cokolwiek zostało w głowach. Chodzi tu szczególnie o przedmioty gdzie systematyczność pracy, bezpośredni kontakt, lub zajęcia praktyczne są konieczne do zrealizowania materiału. Plusem jest też socjalizacja dzieci, przerwana brutalnie wczesną wiosną. Dzieci powinny przebywać ze sobą na żywo, tworzyć interakcje ze sobą, z nauczycielami. Szkoła to też nauka życia w społeczeństwie.

Łatwo jednak zauważyć słabe strony tego wariantu, gdy zarażają się dzieci i nauczyciele, a całe klasy lądują na kwarantannie. Ile więc potrwa realizacja wariantu pierwszego? Czy dotrwamy do końca września? Mało kto zwraca uwagę na najsłabsze ogniwo w tej układance – nauczycieli, których średnia wieku zbliża się powoli do pięćdziesiątki. Nawet gdy pojawi się szczepionka, to wątpię czy dojdzie do masowych szczepień nauczycieli (a powinni być obowiązkowo zaszczepieni, chociażby na grypę), skoro nie było pieniędzy na masowe testy na Covid-19. Pragnę zwrócić uwagę, że z poziomu L-4, które przy koronawirusie będzie dłuższe, zajęć zdalnych się nie prowadzi. Inne ważne pytanie: kto weźmie odpowiedzialność za zgony, które prędzej czy później się pojawią? Problemem jest też ciasnota wielu szkół, gdzie trudno zachować dystans społeczny. Będzie ciężko dostosować miejsce i czas pracy, by był dystans, szczególnie w ciasnych klasach i na wąskich korytarzach. Trzeba też wspomnieć o lekceważeniu przez młodych zasad bezpieczeństwa. Z obserwacji zachowań w czasie pandemii widzę, że do zasad najbardziej stosują się ludzie w średnim wieku. Młodzi często lekceważą zalecenia. Czy nie dojdziemy do sytuacji, że zalecenia będą przestrzegane gdy pani patrzy, a gdy odwróci głowę to już nie? W takim tłumie, proszę mi wierzyć, ciężko będzie zapanować nad przestrzeganiem zasad sanitarnych, a przez to zapewnienie bezpieczeństwa będzie skrajnie trudne. Już nie mówiąc o tym, że nowe zasady uziemią nauczycieli na dłużej w szkołach, może nawet od rana do wieczora (jeśli zrobić prawdziwie bezpieczne zasady). Co samo w sobie jest nie do zrobienia, bo samorząd nie ma pieniędzy na dodatkowe godziny, raczej będzie oszczędzał. Poza tym nauczyciele pracują często w drugiej i trzeciej szkole.

Wariant B – nauczanie hybrydowe, czyli gdy coś się zacznie, to dyrektor ma problem…

Nie widziałem nigdy bardziej mglistych wytycznych, a szkoda, bo przy odrobinie chęci, profesjonalizmu i umiejętności planowania, można było zrobić z tego najciekawszy wariant (opisuję go w postaci wariantu D). Ale widocznie w MEN brakuje ludzi z takimi przymiotami.

Hybrydowo czyli jak? Bez wytycznych dyrektor po prostu zrobi nauczanie zdalne na tydzień lub dwa, bo to łatwiej. Za dwa tygodnie dzieci wrócą do szkoły i zacznie się na nowo, bo znowu będzie tam zbyt wielu uczniów. A więc sytuacja się powtórzy. I tak w kółko? Nie. Bo w końcu zachorują nauczyciele i trzeba będzie robić wirtualne zastępstwa (też ściema). Poza tym wariant B zupełnie nie uwzględnia problemu nauczycieli pracujących w wielu szkołach, a tych jest prawie połowa. Co w sytuacji, gdy jedna szkoła będzie pracowała zdalnie a w drugiej dyrektor stwierdzi, że chodzą normalnie? Abstrahując od tego że to mało bezpieczne, to ciężkie do zrealizowania czasowo, bo w tym samym dniu trzeba trzymać kontakt zdalny w jednej szkole i jechać do drugiej, co wymaga czasu.

Wariant C – nauka zdalna, czyli ściemniamy dalej…

Fatalny scenariusz. Równie dobrze można by zrobić dzieciom wakacje, bo wiedza i umiejętności zdobyte zdalnie są ciężkie do weryfikacji. Znowu zacznie się problem martwych dusz prześlizgujących się przez kolejne miesiące nauki, znowu młodzież będzie narzekać, że ktoś się uczył, pisał z głowy i ma 3, a ktoś zrzynał i dostał 5. Ale jak to zdalnie zweryfikować?

Na papierze będzie wszystko się zgadzało, ale w głowach uczniów powstanie pustka nie do nadrobienia. Narzekamy dziś na wyniki matur. Jakie będą w przyszłości, gdy nauczanie zdalne będzie dłuższe? Głośno też mówię o deficytach społecznych, nauczanie zdalne wyklucza wiele osób, ale też wiele osób wpędza w problemy natury psychicznej. Jest jakiś pomysł na wyciągnięcie ich z tego oprócz mglistych wytycznych, które napisać może każdy, nie biorąc takiej pensji jak w ministerstwie?

A co z zapewnieniem zasiłków dla tych osób, które będą musiały zostać w domu z dziećmi? Przecież w połowie sierpnia wypadałoby uprzedzić pracowników i pracodawców na czym stoją. Tylko że pieniądze zostały rozdane w kampanii. Ciężko coś znaleźć bez dalszego zadłużania samorządów, dobijania pracodawców lub rozkręcenia spirali inflacji…

Oczywiście wielu się tutaj oburzy, bo stwierdzi, że to szansa, że e-nauczanie może być skuteczne itp. Jest skuteczne, dla kilkunastu procent uczniów. Jeszcze raz powtórzę, że skuteczność nauki zdalnej zależy od uczciwości obydwu stron, a tego u nas brakuje. Natomiast na nauczanie dziecka przez rodzica w domu stać nieliczne rodziny, przeważnie z dobrze wykształconą i świadomą matką, dobrze zarabiającym ojcem, który odciąży matkę w sprawach finansowych i umożliwi pilnowanie dzieci (albo odwrotnie, bo to matka może zarabiać a ojciec uczyć). No i mało u nas rodzin, gdzie dzieci wstają i z chęcią wykonują swoje obowiązki… Tego wątku nie będę więc rozwijał, piszę tu o edukacji powszechnej, piękne historie się zdarzają, ale rzadko…

Wariant D – to wariant hybrydowy Blocha, który wymaga posiadania jaj (odwagi)…

Wiemy już, że nauczanie w ciasnocie sprzyja zakażeniom, a nauczanie zdalne to fikcja. Zaprośmy więc połowę dzieci do szkoły ale co drugi tydzień. Łatwiej będzie trzymać reżim sanitarny. Łatwiej pomieścić dzieci w szkole, łatwiej zapewnić przestrzeń na przerwach i w toaletach. Łatwiej nad nimi zapanować. Jedna połowa przez tydzień, potem druga. Co w tym czasie robią ci w domu? Proste, pracują nad zagadnieniami zdanymi do opracowania własnego. Nie odsyłają tego przez maila, chyba że nauczyciel chce. Nie mają testów on-line, lecz mają je w tygodniu gdy są w szkole, dlatego wiedzą, że trzeba się nauczyć. Nauczyciel sam decyduje, które treści zweryfikuje, a za które odpowiedzialny będzie uczeń. Obecność sprawdzana jest jedynie w szkole, w domu uczeń pracuje w swoim rytmie.

Dlaczego więc ten wariant wymaga jaj? Trzeba w nim nieco luźniej podejść do zagadnienia podstawy programowej, bo efektywność pracy byłaby na pewno niższa. Ważniejsze i trudniejsze rzeczy omówić w szkole, prostsze zagadnienia dać do opracowania ufając, że dobry uczeń, który ma ambicję coś osiągnąć, douczy się reszty w domu (przypilnowany przez rodzica, który zapyta co pani zadała). O tym które zagadnienia są ważne decydowałby nauczyciel, na podstawie wytycznych opublikowanych przez CKE, która układa arkusze. Wytyczne wskazałyby połowę tematów, których nie będzie na podstawowych egzaminach (na rozszerzeniach wymagano by wszystkich, w końcu uczeń ma obowiązek pracować w domu). Niektóre zagadnienia pozostałyby nie omówione i niesprawdzone, ale to nauczyciele wiedzą która wiedza jest potrzebna na egzaminach najbardziej, lub w zawodzie, w przypadku nauczania zawodowego. W przypadku przedmiotów, które nie kończą się egzaminem o tym jakie tematy zrealizować w szkole, a jakie w domu decydowałby sam nauczyciel. Wariant ten wymagałby od nauczyciela nie cudów, czyli realizacji wszystkiego (jak w nauczaniu zdalnym), ale uczenia z głową tego co potrzebne i tego co najważniejsze. Uważam, że lepszy taki wariant, aniżeli to co działo się wiosną, kiedy to nauczyciele zrealizowali podstawę na papierze, ministerstwo odtrąbiło sukces, a braki  wyjdą na egzaminach (ale to dopiero za parę lat, więc po co się przejmować…).

Wariant ten umożliwia zachowanie kontaktu z nauczycielem i szkołą, oraz prawdziwą weryfikację wiedzy i umiejętności. Uczy też odpowiedzialności, nie tylko ucznia, ale też rodzica. Z niedowierzaniem czytałem skargi wielu rodziców, że wiosną musieli popracować z dzieckiem nad zadaniami (wiem, było tego zbyt dużo i zbyt chaotycznie – ale nie było dokładnych wytycznych…). Rodzic z dzieckiem powinien pracować zawsze, kontrolować je, sprawdzać zadania, oraz zapewnić sprzęt do pracy za otrzymywane 500+. Widać z wiekiem nie robimy się mądrzy skoro zadania z podstawówki sprawiają nam trudność, niektórzy rodzice powinni chyba dorosnąć i odpowiedzialnie podejść do faktu posiadania dzieci, to nie tylko ubieranie i dawanie jeść. A w tym wariancie mieliby o wiele mniej pracy. Jednak wymagałoby to wypłaty zasiłku na ten tydzień, by powiedzmy do 4 klasy podstawówki z dzieckiem można było zostać w domu co drugi tydzień, razy dwóch rodziców, więc co czwarty tydzień każdy obowiązkowo, na zmianę. Tyle że trzeba znaleźć na to pieniądze (ale skoro jest na kiełbasę wyborczą, to musi być na to) i ruszyć z pracy ojców, by matka nie musiała co drugi tydzień brać urlopu. A to bije w tradycyjny elektorat rządzących i tu też trzeba jaj.

Ten wariant jest też lepszy dla nauczycieli pracujących w wielu szkołach. Mają mniejsze ryzyko zakażenia, bo w szkole jest mniej osób, a z uczniami, którzy mają akurat tydzień domowy, nie muszą utrzymywać kontaktu zdalnego (chyba że chcą).

Zrobić zajęcia z połową uczniów, to naprawdę nie jest głupie. O połowę mniej osób w szkołach, nauczyciel uczy cały czas, ale nie jest do wieczora w szkole. Ma o połowę mniej możliwości zakażenia, może lepiej egzekwować zasady, klasy nie są przepełnione. W dodatku nikt mu nie zarzuci, że bierze pieniądze za wysyłanie zadań, które muszą rozwiązywać rodzice. Łatwiej rozliczyć takiego nauczyciela z godzin. To tylko propozycja, dobry grunt, który można modyfikować, bo nie o wszystkim pewnie pomyślałem.

To naprawdę nie jest trudne – wymyślić coś konkretnego. Ale ciężko spodziewać się po politykach, których większość działań to działania fasadowe, działania na pokaz, lub działania bezmyślne, aby teraz nagle dostali olśnienia i skonstruowali system, który by działał. Trudne to dla pana ministra, bo poprzedni rok został zakończony nie dzięki pracy i wytycznym MEN, a dzięki pracy dyrektorów i nauczycieli…