Wrzesień, dużo pracy i nie ma czasu pisać. Brakuje kadry i trzeba robić za dwóch. Dosłownie. Czasem jednak wypada zabrać głos, szczególnie gdy ministrem zostaje gość, którego wypowiedzi pasują bardziej do ustawki kibolskiej, aniżeli do połączonego ministerstwa edukacji i nauki. Ale jaka władza – tacy ministrowie, jakie standardy – taki poziom. Nieistotne. Po demolce Zalewskiej wiele już nie zdziała. Strukturę łatwiej zniszczyć niż ludzi.

A przecież ludzi brakuje. Jeśli nowy minister zdecyduje się na kolejną ofensywę przeciwko zbyt liberalnym i nieprawomyślnym nauczycielom, to może się na tym przejechać. Nauczyciele to nie górnicy, nie wyjdą na ulice, nie zapalą opon. Szkoda. Oni po prostu odejdą, tak jak robią to od kilku lat. Motywacje będą różne, starsi uciekną na zasłużone emerytury albo świadczenia pomostowe, młodsi wyemigrują do innych zawodów, do innego życia, w którym wieczorem ogląda się film lub czyta książkę, a nie ślęczy nad lekcjami. Ci, którzy zostaną będą robili swoje, wbrew zaleceniom ministerstwa. Będą uczyli zgodnie z kanonem nauki, a nie ideologicznymi wytycznymi. Bo co im minister zrobi? Kim ich zastąpi? Może machać szabelką do woli, czołgu nie zatrzyma.

Minister może mówić co chce, nawet największe głupoty, w czym jak pokazał jest dobry. Ale kasy nie wyczaruje. Pensją na poziomie sprzątaczki nie ściągnie młodej kadry, nie zatrzyma starzenia się tej grupy zawodowej. Nie ma już z czego dawać. Państwo, które nie stać na miesiąc stanu klęski żywiołowej w okresie pandemii, nie obieca kolejnych podwyżek, na które nie ma środków. Nie wysłuży się po raz kolejny samorządami. Drugi raz ten numer nie przejdzie. Z samorządów pan minister już nic nie wyciągnie, chyba że wstrzyma remonty ulic, zlikwiduje połowę linii komunikacyjnych.

Pan minister choćby dwa razy dziennie pluł jadem na nienormalnych ludzi, w czym jest najlepszy, nie dopnie planów zajęć. Nie znajdzie nauczycieli do tysięcy miejsc, gdzie wciąż brakuje nauczycieli na dwie, pięć lub siedem godzin, a często na więcej. Nie zapewni dzieciom opieki tam, gdzie jej nie ma. Nie zapewni jakości tam, gdzie nauczyciel wpada na parę godzin w swej wędrówce po kilku szkołach. Nie zorganizuje zajęć dodatkowych tam, gdzie nikt nie ma na nie czasu.

Pan minister, choć złotousty, nie zatrzyma fali zakażeń w szkołach. Pustosłowiem nie rozwiąże realnych problemów dyrektorów, których plan zajęć w placówkach już teraz wygląda jak ser szwajcarski. Nie ogarnie jak zorganizować zajęcia, gdy część będzie na kwarantannie, a część w szkołach. Gdy nauczyciele uczący w dwóch, trzech szkołach zaczną chorować na covid, burząc zajęcia kilkuset uczniom. Nie ogarnie, bo na jego stanowisko wywindowały go nie kompetencje i zasługi, a ślepe posłuszeństwo i giętki kręgosłup.

Pan minister radykał zderzy się z murem uczniów, dla których jego partia staje się powoli szczytem obciachu. Nie pokona połowy rodziców, którzy nie akceptują tego co mówi. Nie przekona uczciwych, wykształconych i przedsiębiorczych, którzy z pogardą spoglądają na jego szybką i łatwą ścieżkę partyjniackiej kariery. Widać pan minister nawet nie potrafi pojąć, na co się właśnie zapisał… Ale co weźmie, to jego. Tacy ludzie myślą tymi kategoriami.

Po co więc pan minister tu przyszedł? To proste. Aby zatrzeć ślady po poprzednikach, aby rozmyć odpowiedzialność za nieudane zmiany. Zalewska uciekła do Brukseli, bo musiałaby się zmierzyć ze skutkami własnych decyzji. Musiałaby się przyznać do porażki, a to politycznie niedopuszczalne. Teraz czas przyszedł na Piontkowskiego, który nie może z siebie zrobić większego pajaca, bo życie mówi sprawdzam. Wizerunkowo mniej kosztuje odejście, niż trwanie w śmieszności. Czas nadejdzie też na pana krzykacza, a co napsuje to zobaczymy. Ile wytrwa na stołku? Ciężko powiedzieć. Ale mam wrażenie, że chaos w oświacie sprawi, że ministrowie zmieniać się będą teraz często. Nowe otwarcia i nowe koncepcje odsuwać będą odpowiedzialność za całokształt. Rozmywanie odpowiedzialności sprawi, że cuchnąca gnojówka jaką stała się oświata będzie rozrzedzać się z każdym nowym ministrem. Będzie śmierdzieć, ale mniej i nikt nie będzie pamiętał tego, kto ją rozlał.