Gdy w połowie października przechodziliśmy na nauczanie zdalne, nie wierzyłem, że skończy się ono po dwóch tygodniach. Ale realnie spoglądałem na okres poświąteczny, czyli styczeń. Ba, wydawało mi się niemożliwe, by przerwa miała trwać dłużej. Szereg chaotycznych decyzji rządu i zachowanie moich rodaków (także wielu uczniów) sprawiły, że na nauczaniu zdalnym siedzimy do dzisiaj. Podejmowane są kolejne złe decyzje, jak chociażby ta o przeprowadzeniu matur już na początku maja, co spowodowało przełożenie terminów szczepień u wielu nauczycieli. Z jednej strony mamy dosyć siedzenia w domu, ale paradoksalnie, gdy pojawiła się możliwość powrotu do zajęć, nie wszyscy przyklasnęli z radością. I to też jest uzasadnione.

Jeśli nie wiadomo o co chodzi politykom, to chodzi o propagandę i rozgłos. Muszą pochwalić się że zrobili coś czego nie zrobili. Miało być bezpiecznie – jest bezpiecznie, nawet jeśli nie jest bezpiecznie. Bo nie jest. Zachorowania na poziomie kilku tysięcy dziennie to nie jest niska liczba, tym bardziej, że do szpitali trafiają coraz młodsze osoby, które coraz częściej są w poważnym stanie. Nauczycieli jeszcze nie zaszczepiono drugą dawką, ale młodzieży nie szczepiono wcale. Połączmy fakty – rząd wchodzi na ruchome piaski, albo się uda, albo nie. Z pewnością minister otrąbi w TVP sukces, a tam gdzie się nie uda i zachorowania wystąpią, zwali się winę na dyrektorów szkół, którzy nie zapewnili bezpieczeństwa. Wirus mutuje, jesteśmy po trzeciej, najgorszej fali, która w dodatku jeszcze się nie skończyła. Z pandemicznego punktu widzenia należałoby sobie w tym roku odpuścić, dokończyć rok zdalnie, zaszczepić do końca nauczycieli, zabrać się za szczepienia młodzieży i we wrześniu wrócić z czystym sumieniem, że podjęliśmy działania na maksa. Ale propaganda lubi by było z przytupem, wysyła się więc młodzież na ostatnie 3,5 tygodnia…

No właśnie, po co się wysyła? Co w tym czasie będą robić? Tego roku i tak się już nie uratuje. Spowodował spustoszenie w głowach uczniów, wielu wpędził w problemy psychiczne, jeszcze więcej osób po prostu rozleniwił, a pewnej grupie dał złudne poczucie bezpieczeństwa, bo dzięki zdalnemu nauczaniu mogli zdać ci, którzy by odpadli w szkole. Na pewno spowodował zaległości. Powrót na 3,5 tygodnia do szkoły nie rozwiąże żadnego problemu narosłego w czasie pandemii, może co najwyżej powiększyć chaos. I może przynieść kolejne zakażenia. Narzekamy, że zamknięto nas w domach, więc teoretycznie powinniśmy się cieszyć z powrotu. Tyle że w czerwcu wszyscy zaczynają myśleć o wakacjach, o oderwaniu się od pandemicznej rzeczywistości. Dla wielu powrót do szkoły skończy się kwarantanną lub chorobą i to w czasie, który powinien być odskocznią i odpoczynkiem psychicznym.

Mówienie o zachowaniu reżimu sanitarnego, to puste gadanie. Szkoły poniosą wydatki, wdrożą procedury, a wielu po prostu je zlekceważy, tak jak we wrześniu. Na ostrożność młodej części naszego społeczeństwa już nie liczę. Logika nakazuje jak najwięcej osób zaszczepić, by we wrześniu czuć się bezpieczniej i wrócić do normalności. Ale tu nie chodzi o logikę, tylko o zwycięstwo. Oczywiście pozorne zwycięstwo. „Patrzcie. – będą mówić politycy – Udało nam się przeprowadzić egzaminy i powrócić do stacjonarnej nauki”. Odtrąbią sukces. A ile osób przez to straci wakacje, lub nawet umrze? Tego w statystykach szkolnej frekwencji nie będzie widać, bo będą wakacje. Tutaj chodzi TYLKO o propagandę. Ale najgorsze jest to, że wielu nauczycieli znów nabiera się na propagandę rządu. Niektórzy nawet uwierzyli, że to dla dobra dzieci.

Przejście do nauki stacjonarnej 31 maja, to strata czasu, dosłownie. I totalne, kolejne zaburzenie pracy, bo po powrocie będzie tydzień lub dwa na dostosowanie się do nowych (jakby na to nie patrzeć) warunków. A to wszystko w sytuacji, w której już teraz mamy zaległości. Powrót na końcówkę roku do szkół, jedynie te zaległości powiększy. Obecnie jakoś pracujemy, nie jest to praca marzeń, ale wpadliśmy w pewien rytm. Odbywają się lekcje, pojawiają się oceny, ten kto chce, może się uczyć i otrzymuje wsparcie. A wchodzimy w kluczowy okres roku szkolnego, trzeba pewne rzeczy podsumować, uczniów ocenić i zakończyć ten ekstremalnie trudny rok. Powrót to zaburzy.

Nie trafia do mnie gadanie psychologów, że powrót jest dobry, bo chodzi o zdrowie psychiczne dzieci. Same dzieci widzą, że operacja powrotu jedynie wprowadzi w ich życiu kolejne zamieszanie i jeszcze narobi problemów przed wakacjami. To tego się najbardziej boją. Szczerze mówiąc nie zdziwiłbym się gdyby frekwencja w tych ostatnich trzech tygodniach sięgała 30-40%. Jeden będzie się bał zarażenia, drugi weryfikacji wiedzy, trzeci stwierdzi, że brak w tym wszystkim logiki, czwartego nie puszczą rodzice, którzy zaplanowali urlop i nie chcą niespodzianek w postaci kwarantanny lub choroby. Można by wymieniać jeszcze więcej, ale po co? Powrót na końcówkę roku szkolnego, to jakby przyjście na obiad, gdy właśnie posprzątano ze stołu.

Apele by nie stawiać ocen też do mnie nie przemawiają. Przecież to zakończenie roku. Wielu nauczycieli to właśnie wtedy robi ostatnie sprawdziany i kartkówki, a wielu uczniów liczy, że rzutem na taśmę uda im się to i owo poprawić. Normalni, solidni uczniowie też nie chcą powrotu bez ocen. Po raz kolejny robimy dobrze kombinatorom, ale ten rząd już przyzwyczaił, że premiuje nie za uczciwą pracę, a za lojalność.

Część młodzieży boi się powrotu z innych powodów. Sam bym się bał. Bo jeśli ktoś przez kilka miesięcy udaje, że uważa, że notuje, a sprawdziany pisze z wujkiem Google, to boi się wizerunkowego upadku. To nieuchronne po powrocie. Powrót to obnaży. Osobiście bym oszczędził im tej traumy, a raczej odroczył ją w czasie. Niech mają we wrześniu nowe otwarcie. Nic mi nie da udowodnienie komuś w czerwcu, że oszukiwał, a wręcz odczuję w pełni bezsens swoich całorocznych działań… My też chcemy pójść na urlop z poczuciem, że ten rok szkolny miał jakiś sens…

Dzisiejsze zapowiedzi powrotu do szkół, to jeszcze nie powrót. Tak naprawdę wszystko będzie zależało od ilości zakażeń. Nie zdziwi mnie też regionalne utrzymanie obostrzeń. Na dziś nie odważyłbym się mówić, że 31 maja będę prowadził zajęcia w budynku szkolnym. Choć przewiduję, że podobnie jak w zeszłym roku bagatelizowano zagrożenie z powodu wyborów, tak teraz sądzę, że minister edukacji będzie umniejszał ryzyko, byle udowodnić swoją skuteczność. Wszak akademie i msze na rozpoczęcie roku szkolnego się odbyły, a na zakończenie się odbędą. Któż by więc się przejmował ośmioma miesiącami pomiędzy…