W czasie gdy średnia wieku nauczycieli sięga już 45 lat i wzrasta, a młodzi ludzie omijają ten zawód szerokim łukiem, ministerstwo ogłasza nową strategię dotyczącą statusu zawodowego nauczyciela. Słusznie, bo trzeba szukać lepszych rozwiązań, lecz przedstawione propozycje, jeśli wejdą w życie, jedynie pogłębią problem i raczej na pewno nie zachęcą młodych do zawodu.

Zwiększenie pensum, skrócenie urlopu, obrabowanie kasy funduszu socjalnego, brak wyrównań, modyfikacja dodatków i… pozorna podwyżka. Pozorna, bo jeśli ktoś potrafi liczyć, to wie, że znów sami zafundujemy sobie tę „podwyżkę”, więcej pracując. Ci którzy mają nadgodziny, stracą je. Ale nic to. W świat pójdzie komunikat, że belfrzy dostaną więcej, więc czego jeszcze chcą? Ludziska narrację łykną, bo skoro nie wiedzą, że sami sobie finansują 500+, to nie zrozumieją też zasad nauczycielskich „podwyżek”. Tak to kiepski poziom wiedzy matematycznej społeczeństwa przychodzi po raz kolejny w sukurs rządzącym. Rząd znowu okaże się dobry, a nauczyciele roszczeniowi. I znowu dostaną w dupę. A przecież o to tej ekipie chodzi.

Minister nareszcie przyznał, że dotychczas nauczyciele na delegacjach pracowali za darmo, a państwo łamało przepisy prawa pracy. Łaskawie zapowiada płacenie delegacji, za które powinno się płacić od zawsze. Mówi się przecież, że wszystko, co nie reguluje Karta Nauczyciela, reguluje prawo pracy, a tam delegacje są. Fakt ich niewypłacania przez szkoły (samorządy) to była ewidentna patologia, ale… czy za słowami ministra pójdą pieniądze na delegacje? Wątpię. Czy nauczyciele będą poza godzinami swojej pracy rezygnować z wyjść z uczniami? Wątpię, przeważy jak zwykle poczucie obowiązku… Czy dyrektorzy wypłacą delegacje? Wątpię. Samorządy na to pieniędzy nie znajdą, bo wszystko przecież można podciągnąć pod 40-godzinny tydzień pracy, a nauczyciele (jak zwykle) będą bali się odezwać.

W politykę oszczędności wpisuje się też planowana zmiana awansu, bo skoro młody nauczyciel ma cztery lata tkwić na najniższej nauczycielskiej pensji, a na końcu jeszcze zdać egzamin, to oznacza dalsze zniechęcanie młodych ludzi do podejmowania tej pracy (teraz już po roku stażu jest pełnoprawnym nauczycielem). Tym bardziej, że pada tam sformułowanie „co najmniej 4 lata”, więc należy przypuszczać, że części zrobi się pod górkę i przetrzyma na niższej pensji rok lub dwa. Ministerstwu chodzi prawdopodobnie też o uwiązanie młodych na 4 lata, bo teraz po roku stażu mając stopień kontraktowego mogą odejść do innej szkoły, mogą z pracy zrezygnować, zachowując prawo do uczenia (na przyszłość, w razie czego). W nowej sytuacji będą przez cztery lata pod ścianą. Ale to błąd w myśleniu polityków. Młodzi nie będą uwiązani, oni po prostu do tej pracy się nie zgłoszą, widząc jak piętrzy się przed nimi problemy. Nad egzaminem na końcu bym nie tragizował, wszak już teraz taki egzamin jest (na kontraktowego i mianowanego). Nauczyciel MUSI orientować się w przepisach prawnych dotyczących dzieci, z którymi przecież na co dzień pracuje. Bez sensu jest jedynie egzamin praktyczny, bo on przecież odbywałby się przez cztery lata pracy, pod okiem dyrektora szkoły. Więc po co kolejny? Ten będzie dodatkowym i niepotrzebnym stresem dla nauczyciela (już praktyka, po co najmniej czterech latach pracy i po wielu hospitacjach dyrektora).

W ogóle z młodych nauczycieli PiS robi sobie ewidentnie żarty. W czasach rządów PO, młody nauczyciel zarabiał trochę więcej od szkolnej sprzątaczki. Za sprawą PiS urosła pensja minimalna, co zrównało pensję sprzątaczki i początkującego nauczyciela. Teraz PiS wraca do czasów, gdy pensja młodego nauczyciela będzie znów troszeczkę wyższa niż sprzątaczki, jednocześnie przedstawiając to jako swój sukces i wyraz troski o nauczycieli wchodzących do zawodu. Młodzi nie są jednak idiotami, potrafią liczyć lepiej niż przeciętny beneficjent rządowych bonusów, nie nabiorą się na takie propagandowe sztuczki.

Odbiurokratyzowanie to fikcja, od lat tylko dokłada się papierów, pięć lat rządów PiS nic tu nie zmieniło. I nic się nie zmieni, bo mniej papierów = więcej zaufania do nauczycieli, a od lat zaufania jest mniej, co skutkuje coraz większą ilością papierów. Proste jak konstrukcja cepa.

Oczywiście na papierze wszystko wygląda ładnie, ale biorąc pod uwagę galopujące ceny żywności i usług, rosnące koszty życia, to dorzucenie belfrom paru złotych jest zaledwie wyrównaniem inflacji. Tyle że (jeszcze raz powtórzę) płaconym… z kieszeni nauczycieli (dodatkowe godziny, zabrane świadczenie urlopowe). Dlatego lukę pokoleniową w oświacie widzę coraz większą… Na dodatek kto będzie miał możliwość, jak najszybciej ucieknie na emeryturę, bo furtkę do tego otworzył sam PiS, obniżając wiek emerytalny. Dyrektorzy w najbliższych latach będą mieli jeszcze większy problem, by zapewnić kadrę do nauczania dzieci i młodzieży.

Miałbym radę do ministra Czarnka i jego ekipy: Panowie, jeśli nie macie nic konkretnego do zaproponowania, to siedźcie cicho, bo wprowadzacie zamęt. Warzycie piwo, które wypić będą musieli dyrektorzy i nauczyciele. Tych starszych trzyma w zawodzie perspektywa emerytury (którą im przyspieszyliście i skorzystają z tego), ci po czterdziestce chwytają godziny i starają się ilością godzin zapewnić sobie godny byt, kosztem jakości pracy oczywiście. Młodsi rezygnują, bo ani szacunku, ani zarobku, ani partnerskiego traktowania nie mają. A górnolotnych słów do gara nie włożą i kredytu tym nie spłacą. Zostaną może pasjonaci, ale tylko ci, którzy mają sponsora w postaci dobrze zarabiającego małżonka, ale tych jest niewielu. Szarpiecie się Panowie chcąc coś zrobić, gdy nie macie nic do zaoferowania, czym pogłębicie tylko kryzys w tym zawodzie. To działania na zasadzie: Jeśli nie wiesz co zrobić, zrób cokolwiek…