Po wojnie mówiono: nie matura, a chęć szczera zrobi z ciebie oficera (inżyniera etc). Tak wykuwały się kadry w wojsku i w innych dziedzinach życia, gdzie z powodu braku ludzi, droga do szarż i dyplomów wiodła na skróty. Tyle że wtedy byliśmy po długiej, wykańczającej wojnie światowej, można to było uzasadnić. Dziś również wszędzie są braki kadrowe, także w szkołach, tyle że żadnej wojny ostatnio nie było. Niemniej efekt końcowy, czyli coraz mniejsza ilość chętnych do pracy w szkołach, powoli staje się faktem. Piszę to w kontekście podwyżek, które dostali politycy, a których w zawodzie nauczyciela nadal nie widać. Politycy po raz kolejny pokazali na co są pieniądze, a na co ich nie ma. A bez godnych pensji nie przyciągniemy do zawodu NAJLEPSZYCH młodych adeptów zawodu. A chyba o to chodzi…

Ostatnio żartowałem, że niedługo dojdzie do uwolnienia zawodu nauczyciela i będzie mógł być nim każdy. Zastanowiłem się głębiej nad swoimi słowami i doszedłem do wniosku, że uwolnienie tego fachu następuje już od wielu lat. Wszak głównym wymogiem podjęcia pracy w zawodzie jest ukończenie studiów i posiadanie przygotowania pedagogicznego. Biorąc pod uwagę, że ukończenie studiów nie jest teraz żadnym problemem, a prywatne uczelnie od lat czekają na kandydata jakiegokolwiek, więc do zawodu JUŻ idzie ten kto chce. A kto chce? No raczej nie ten, kto ma ambicje zawodowe połączone z finansowymi. Stąd do zawodu od wielu lat trwa negatywna selekcja.

Oczywiście aby iść na studia, przez które się potem delikwenta przepycha, trzeba zdać maturę. Ale o tym także kiedyś pisałem, jak to poziom matur dostosowywany jest do poziomu rocznika, a prace progowe naciąga się już od 25%. Tak więc kandydatem na nauczyciela może być uczeń liceum przeciskający się na dopach i zdający maturę z pomocą komisji sprawdzającej. Czyli nauczycielem może być każdy, nawet najgorszy cienias.

Oczywiście ktoś powie, że na studia pedagogiczne trzeba mieć predyspozycje. Czy aby na pewno? W III RP na studia pedagogiczne szło wiele osób, które chciały mieć studia, a nie były dobre w przedmiotach ścisłych. Tak zwani humaniści, z naciskiem na „tak zwani”. Oni oblegali kierunki pedagogiczne, gdzie na przedmioty ścisłe nie robiono tam nacisku. Zupełnie nie wiem dlaczego, bo przecież (tak jak już kiedyś pisałem) zrobiono przez to krzywdę dzieciakom z klas 1-3, które uczą często matematyczne analfabetki. Pewnie dlatego, że kadry studiów pedagogicznych również zdominowane były przez osoby, którym matma wyjątkowo nie leżała.

No ale ktoś powie, że z tych osób, które skończą studia, jedynie część podejmie pracę w szkole i będzie to ta część z powołaniem. Czy aby na pewno? Wszak kto jak kto, ale to głównie młodzi ludzie patrzą teraz na to co na koncie, bo czasy siłaczek się skończyły. Ten kto się nadaje do zawodu pewnie zrezygnuje gdy zobaczy obowiązujące stawki i ogrom pracy. Przyjdą ci, którzy dobrze płatnej pracy nie znaleźli, osoby z przypadku, dla których bonusy są więcej warte niż wypłata, bo dobrze zarabia mąż.

Przesadzam? Nie, ja to obserwuję. Oczywiście by być sprawiedliwym dodam, że podobna selekcja trwa we wszystkich zawodach, które nie płacą dobrze. Jakość spada. Kasa chuda – nic się nie uda. Dlatego nie trzeba się dziwić, że politycy mający na ustach równość i sprawiedliwość posyłają dzieci do prywatnych szkół. Nadchodzą czasy wielkiej selekcji i wielkiej nierówności w edukacji, bo system kształcenia nauczycieli co prawda jest w stanie dostarczyć wystarczającą ilość kandydatów, ale już niekoniecznie najlepiej przygotowanych do wykonywania zawodu, a państwo nie jest w stanie dobrze zapłacić nawet tym, którzy się na pracę zdecydują. Dyrektor nie ma już praktycznie żadnego sita, poza własną intuicją, nie może zwabić najlepszych kasą, więc bierze co jest na rynku pracy i cieszy się, że załatał dziurę w planie…

Żeby było jasne, nie obrażam młodych NAUCZYCIELI. Są wśród nich ludzie pełni zapału, nadający się do pracy w szkole. Tyle że część nich nie trafi do szkoły, a część szybko zrezygnuje, bo pomimo zapału, zderzą się z realiami życia. Zarówno po stronie szkolnej (niskie płace, biurokracja, absurdy programowe), jak i poza szkołą (mieszkanie, kredyt, dzieci). Na ich miejsce przyjdą ludzie z łapanki. A jaka jest różnica pomiędzy NAUCZYCIELEM a nauczycielem, to nie muszę tłumaczyć. Tylko czy rządzącym zależy na tym, by zamiast nauczycieli pracowali NAUCZYCIELE?

Dzisiejsze podwyżki dla polityków (być może słuszne, bo politykiem nie powinien być gołodupiec) są więc kolejnym policzkiem dla młodych nauczycieli. Podwójnym, bo minister edukacji mówi, że nauczycielom też chciał dać, ale ci nie chcą. O fikcyjnych podwyżkach, które wiążą się po prostu z większą ilości pracy i z opóźnionym awansem, także pisałem. Pan minister ma pecha, bo młodzi potrafią jeszcze porównywać na co stać młodą nauczycielkę, a na co jej koleżankę z branży prywatnej.

Niedługo wrócą czasy prywatnych nauczycielek, które z polecenia będą uczyły dzieci jaśniepaństwa. Całą resztę, którym na starcie się w życiu nie udało, wtłoczymy w ciasne szkółki, w których będą uczyli ci, którzy lepiej płatnej roboty nie znaleźli. Tylko koni (dzieci) żal… No chyba że w ramach nowego polskiego ładu, wrócimy do XIX wieku i zakażemy kobietom podejmować pewnych prac, wtedy naturalnie popłyną do oświaty, szpitali i do zakonów. Na dodatek zakażemy nauczycielkom wchodzić w związki i będziemy karać te nieobyczajne za romanse, by skupiły się na swej roli. A panów nauczycieli wyślemy w kamasze, bo przecież nie przystoi mężczyznom wchodzić w cnoty niewieście. Wielu panom z prawicy aż błyszczą oczy na myśl o takiej perspektywie…