Wiele dziedzin życia określamy dziś z przedrostkiem „pato”. To znak, że coś się degeneruje, nie jest takie jakie powinno być. Edukacja (nie tylko w Polsce) także podlega temu procesowi. Najbardziej namacalnym efektem tego procesu jest nieumiejętność oddzielenia prawdy od kłamstwa i ogólna pogarda dla nauki, co przejawia się zrównywaniem niesprawdzonej informacji z internetu z informacją naukową i ogólnym ogłupieniem społeczeństwa (np w sprawie szczepień). Kto zawalił? Nie wskażę jednej osoby. Winne są władze oświatowe, szkoły, nauczyciele, młodzież, ich rodzice, a nawet reformatorzy oświaty. Ryzykowna teza? Raczej nie, bardzo prosto można ją udowodnić. Patologię rzadko tworzy jedna osoba.

Władze oświatowe psują oświatę od zawsze. Dla władzy nigdy nie było ważne czy edukacja przedstawia jakąś jakość, bardziej dbano by była zgodna z linią władzy. Dlatego mieliśmy edukację na modłę faszystowską, stalinowską etc. Cele edukacji zmieniały się w zależności od rządzącej opcji politycznej, od skrajnie liberalnej, aż po skrajnie antyliberalną. Dla władzy celem nie jest wychowanie naukowca, a członka społeczeństwa, oczywiście na obraz i podobieństwo w danej chwili rządzących. Może gdyby władze oświatowe przestały w końcu realizować politykę swojej partii, to może przychylniejszym okiem spojrzeliby na ucznia jako na człowieka. Ale zapomnij. Im naród mniej rozumie, im mniej się pyta, tym łatwiej nim rządzić. Za 100 lat też nic się nie zmieni.

Szkoła ma także wielkie zasługi w tworzeniu patoedukacji. Szkoła jako instytucja ma się utrzymać na rynku edukacyjnym. O ile dobre szkoły, nie mające problemów z naborem, do których młodzież sama się pcha, nie tworzą patologii, to już słabe szkoły aby się utrzymać na rynku stosują różne triki. Polegają na tym aby ściągnąć i utrzymać ucznia. Niestety uczeń nie zawsze chce się uczyć, należałoby go zostawić na drugi rok, albo pomóc mu zmienić szkołę, dla jego dobra. Niestety uczeń dla słabej szkoły jest zbyt drogocenny, więc przepycha się go przez edukacyjne sito, pomimo że nie spełnia wymogów, robiąc mu krzywdę i tworząc patologię. Ileż to razy słyszałem: „Jak nie zdam, to pójdę do szkoły X, bo tam wszystkich przepuszczają”… Szczytem patologii stały się szkoły weekendowe, do których nawet nie trzeba chodzić, bo sekretariat sam uzupełni obecność. Celem takich szkół jest trwanie, pobieranie dotacji, nie edukacja. Im większa konkurencja o ucznia, tym więcej patologii.

Nauczycielom najmniej powinno zależeć na patoedukacji, wszak to strażnicy poziomu nauczania. I tak zwykle jest dopóki w oczy nie zajrzy likwidacja szkoły. W szkołach, które mają problemy z naborem, kładzie się duży nacisk, aby zbyt dużo nie wymagać. Żeby szkoła była fajna, a nie wymagająca. Oczywiście realizatorami takiej koncepcji są zwykle nauczyciele. Często słyszy się zdanie, z którym trudno się nie zgodzić: „Jak będę wymagać, to 3/4 nie zda do następnej klasy, a mnie dyrektor wymieni na takiego, który wszystkich przepuści”. Nauczyciele uginają się więc i przepuszczają nieprzygotowanych. Ci z kolejnego etapu narzekają na tych co przepuścili, ale sami często robią to samo… Proceder idzie przez kolejne etapy jak fala tsunami.

Na patoedukacji nie powinno zależeć uczniom, ale to teoria. Uczeń jest w takim wieku, że przeważnie chce osiągnąć jak najlepszy rezultat, jak najmniejszym kosztem, albo po prostu chce osiągnąć cel (np zdać). Uczniowie nie są ślepi, widzą patologie, które opisuję powyżej i wiedzą, że wystarczy być, a szkoła i nauczyciele postarają się by nie stała się im krzywda. Do większości uczniów nie trafia argumentacja, że uczą się dla siebie i za kilka lat mogą odczuć skutki swoich zaniechań. Perspektywa 10-20 lat to dla nich wieczność, a widzą, że kraj w którym żyją nie zawsze promuje wiedzę i uczciwość… Z tego schematu wyłamuje się garstka młodzieży, która chce coś osiągnąć w nauce, bo nauka zaniechań i braku wiedzy nie wybacza, ale to margines.

Twórcami patoedukacji są też rodzice. Chcą aby dziecko miało lepiej, co jest zrozumiałe, ale droga do „lepiej” jest już niekoniecznie spójna z tym co powinno być. Wysokie wymagania swoim dzieciom stawia coraz mniejsza ilość rodziców. Niestety. Większe wymagania? Ostrzejsze egzaminy? Owszem, ale najlepiej jak moje dziecko już skończy szkołę. Moje ma mieć lekko i przyjemnie, a na końcu ma być papier, który otwiera drogę dalej. Że ten papier ma coraz mniejszą wartość? Nieważne. Grunt, że otwiera drzwi. Zaliczanie kolejnych etapów, potwierdzone dyplomami, ma większą wartość od tego co dziecko ma w głowie. Często sami rodzice dają tu przykład, uzupełniając wykształcenie nie tam gdzie mogą się nauczyć, tylko tam gdzie jak najmniejszym kosztem zdobędą papier. Istnieją oczywiście rodziny inne, ale to też margines. Liczy się cel. Ściągnąłeś, znaczy się przechytrzyłeś. Ktoś stoi na drodze do celu i wymaga? To on jest zły, nie ty.

Patoedukację tworzą też samorządy (może nieświadomie), którym przede wszystkim ma zgadzać się budżet, a nie wiedza w głowie ucznia. Utrzymanie szkół i pensje nauczycieli kosztują, szkoły się więc łączy, likwiduje, tworzy zbyt liczne oddziały etc. Są oczywiście wyjątki, ale reguła to prymat możliwości budżetowych nad jakością. Racjonalizacja oczywiście nie zawsze jest zła, bo czasem trzeba coś zamknąć, by gdzieś zainwestować. Nie dziwię się, zadań jest dużo, a pieniędzy mało. Ale patrząc w przyszłość, będzie tylko gorzej…

Twórcami patoedukacji są też… reformatorzy. O tak. Dlaczego tak jest? Niestety do niewielu osób w Polsce dociera fakt, że edukację reformować się powinno ewolucyjnie, latami. Nasi reformatorzy są zwolennikami rewolucji. Takim był Handke, taką była Hall, taką była Zalewska. To trio przy udziale całej rzeszy pomocników i potakiwaczy, wprowadziło naszą szkołę w korkociąg. Niestety na horyzoncie widzę kolejnych zwolenników rewolucji, którzy często mają świetne pomysły, ale nie rozumieją jednej podstawowej prawdy. Aby reforma się udała, musi być przygotowany pod nią grunt. To szkoły, nauczyciele, samorządy, rodzice i uczniowie muszą być na nią przygotowani, muszą zdać sobie sprawę z jej konieczności. Taka praca trwa oczywiście lata, więc wskazana jest polityka małych kroczków, działań mało efektownych, ale potrzebnych. Np zmiany programowe, które pozwolą pewną ilość materiału przerobić i powtórzyć, mieszcząc się w czasie, nie na papierze, a w rzeczywistości. Trójka wspomnianych „bohaterów” nie zrealizowała tego w trzech wielkich reformach… Jak ktoś chce kolejnej rewolucji i uważa się za kolejnego nieomylnego, niech kupi sobie kaftan i lustro, by mieć gdzie przedstawiać swe pomysły…

Oczywiście nikt z powyższych nie patrzy na sprawę całościowo, a z tego przecież wynika cały ból istnienia w naszym kraju. Często myślący inaczej muszą się podporządkować lub wyemigrować, bo nie są w stanie przebić muru polskiej bylejakości. Ale potem dziwią się ludzie, że tu go obsłużyli źle, a „ten to powinien drzewo rąbać, a nie pracować z klientem”. Nawet nie dostrzegają, że przez codzienne przyzwolenie na bylejakość w swoim otoczeniu, sami produkują właśnie TAKICH… Walka z patoedukacją musi odbywać się codziennie na wielu płaszczyznach, to codzienna mozolna praca, krok po kroku możemy starać się coś poprawić. Bo gdy będziemy wiecznie przymykać oko, sami będziemy tworzyć patologię. Nie dawajmy przyzwolenia na bylejakość.