Ruszamy. Wokół oświaty znów zrobiło się gorąco, głównie za sprawą pomysłów ministra Czarnka, który więcej gada aniżeli robi. Całe szczęście, bo środowisko szkolne ma nadzieję, że na gadaniu się skończy. Parę kosmetycznych zmian w liście lektur i zapowiedź patriotycznych wycieczek, to nie są zmiany, które wiele wnoszą. Co innego zapowiedzi, te są szumne. Tyle że aby je zrealizować, trzeba mieć sprawną maszynkę do głosowania, która jak widzimy powoli się zacina. I całe szczęście, bo w  partii rządzącej oraz wśród jej przystawek, raczej większość się nie spieszy, by robić kolejną rewolucję w oświacie.

Można uogólnić, że od pierwszego września wchodzimy w nowy rok szkolny w oparciu o przepisy obowiązujące dotychczas. Nie licząc zmian mających bardziej uzależnić dyrektorów od widzimisię kuratoriów, zmian w edukacji domowej, większych korekt brak. To dobrze, bo zyskaliśmy rok spokoju. Jest to ważny rok, ponieważ rządzący powoli tracą kontrolę nad pożarami rozpalonymi w systemie podatkowym, w sądownictwie, gospodarce, a mając na głowie wysoką inflację i uchodźców na granicy z Białorusią, raczej nie powinni wzniecać nowego konfliktu i tworzyć kolejnych kłopotów z oświatą. Choć kto wie? Wszak logika nie jest mocną stroną tej władzy.

Trzymam kciuki za stagnację, bo zrealizowanie pomysłów Czarnka, szczególnie w kwestii podniesienia pensum i zmian w awansie spowodowałby wielki kryzys personalny. Młodzi już teraz niechętnie podejmują pracę nauczyciela, a o najlepszych w zawodzie możemy pomarzyć (pisałem o tym wiele razy). Niech się więc leniwie toczy szkolna rzeczywistość, Czarnek niech gada sobie o cnotach niewieścich i o wzmocnieniu rodziny na jedyną słuszną modłę, a my będziemy robić swoje, czyli uczyć zgodnie z kanonem nauki i wychowywać na ludzi. Gdyby wziąć sobie do serca wszystko co gadali przedstawiciele władzy i gdyby uwierzyć w propagandę TVP, to już teraz żylibyśmy w pisowskim raju. Ale mechanizm władzy oliwiony pieniędzmi oszczędzonymi przed 2015 rokiem i dotacjami z Unii Europejskiej, powoli się zacina. Kasa się kończy, a Europa traci cierpliwość. Ciemne chmury się zbierają. Kontrowersyjny Czarnek, który sprowadzi kolejny kryzys nie jest na rękę już chyba nikomu. Ot krzykacz dopieszczający radykalizmem swój elektorat. Ale wiemy, że krowa, która głośno ryczy, mało mleka daje.

Koniec sierpnia uświadomił wszystkim jak wielka kadrowa dziura powstała w polskiej oświacie. W tym roku może się to jeszcze połata, po prostu ktoś (np. ja) weźmie dodatkowe godziny. Będzie ze szkodą dla jakości (dla dzieci), ale przynajmniej zachowamy pozory, a dzieci pójdą do przodu. Jednak przeciążenie pracą skłoni kolejnych do odejścia. Pieniędzy na wypłaty więcej nie będzie, nawet jeśli uda się rządzącym przeforsować wzrost pensum, to i tak jedynie utrwalą stan obecny, bo nauczyciele aby przeżyć, już dziś biorą dodatkowe godziny, tyle że teraz mają wybór. Oczywiście to źle dla nauczycieli, a dobrze dla ministerstwa, które zmusi pedagogów do dodatkowej pracy, ale znów zniechęci nauczycielską młodzież. A fikcyjna podwyżka, którą nauczyciele sobie sami zapłacą i tak nie zrekompensuje coraz wyższych kosztów życia w źle zarządzanym kraju. Może więc to nie przejdzie? Bo czy ktoś zaryzykuje kolejne psucie edukacji? Mam nadzieję, że polityczna kalkulacja zwycięży i zmian na gorsze nie będzie.

Można oczywiście spróbować nauczycieli kupić i doinwestować ich kosztem innych grup społecznych. Ale rządzący tego nie uczynią. Powód tego by nie pompować zbyt dużo pieniędzy w pedagogów jest prosty, ta inwestycja po prostu im się się nie zwróci, nauczyciele nie rzucą się by tłumnie głosować na PiS. Nie oddadzą rządzącym usług takich jak chociażby policjanci, więc inwestycja w nich się nie opłaca. Innym powodem może być stosunek do nauczycieli „małego naczelnika”, który od czasów niezdania do klasy maturalnej najzwyczajniej ich nienawidzi. Bo pieniądze można znaleźć. Skoro są na przekop Mierzei Wiślanej, na Polski Ład, to byłyby też na pensje nauczycieli (i nie tylko), ale nie ma takiej woli politycznej… A skoro nie można się skutecznie przeciwstawić obecnie rządzącym (co pokazały strajki), to trzeba PiS przetrwać i tak rozumuje obecnie większość nauczycieli. Też tak sądzę. Sami potykają się o własne nogi, wystarczy nie przeszkadzać i mądrze punktować, jak na ringu.

Zatrzymanie negatywnych zmian może się ziścić, ale jest jeden warunek. W perspektywie roku rządzący muszą stracić większość, nawet tę niestabilną. Muszą stracić moc przepychania swych pomysłów przez maszynkę sejmową. Dlatego opozycja nie powinna popełniać zbyt wielu błędów. Nie powinien poseł biegać jak pajac po granicy, dając jedynie pożywkę rządowym mediom i pretekst do wprowadzenia stanu wyjątkowego, nie powinna legenda Solidarności nazywać żołnierzy szmatami, bo oni muszą słuchać rozkazów, bez tego instytucja wojska nie miałaby sensu. Bo jeżeli przez błędne działania, wykonywane nawet w dobrej wierze, zaprzepaścimy ten rok i przeszkodzimy rządzącym w ich pędzie do autodestrukcji, to za kilka lat możemy naprawdę obudzić się w PRL-bis…

Nie przesadzam. Historia pokazuje, że społeczeństwa brnęły w jeszcze większe szaleństwa niż to co dzieje się obecnie w Polsce. Mam nadzieję, że nasze społeczeństwo się opamięta, bo jak mówił niedawno Marian Turski „Auschwitz nie spadło z nieba”. Psuje się łatwo, odbudować zawsze trudno. Dłuższe trwanie w tym stanie może być dla Polski destrukcyjne. W tym kontekście kryzys w edukacji będzie tylko jednym z wielu składowych jeszcze większej zapaści, z której nie tylko edukacja, ale i inne sfery życia nie będą w stanie się szybko podnieść. Może być też tak, że niedługo dobra edukacja będzie uzależniona tylko od tego, czy trafi się na właściwego pedagoga, a czasy w których nasza młodzież przodowała w rankingach PISA będą jedynie pięknym wspomnieniem…