Jarosław Bloch

CO Z TĄ EDUKACJĄ?

Tag: niż demograficzny

Strategie przetrwania

Dziś o strategiach przetrwania – czyli o tym jak do spółki z niżem demograficznym zdemolowaliśmy nasze szkoły. Na początku od razu zaznaczę, żeby było jasne – za obecny stan polskiej oświaty odpowiada wiele czynników, pamiętajmy o tym czytając poniższy tekst. I chociaż w ostatnich latach szkoła cierpi głównie przez złe decyzje polityczne, to nie zapominajmy, że to nie wszystko, bo są jeszcze inne czynniki. Dlatego dziś skupiam się na jednym z nich, ale ważnym, czyli niżu demograficznym. Pamiętam przepełnione szkoły, przez które przechodziły roczniki wyżowe. Pamiętam tłok na korytarzach i klasy pełne dzieci. 38 osób – w takiej klasie miałem okazję pracować, 33-35 to był standard. Był taki rok w którym klas było więcej niż sal, kto się zagapił, lądował z młodzieżą na korytarzu. Może zabrzmi to dziś jak bluźnierstwo, ale czekaliśmy wtedy na niż demograficzny, bo widzieliśmy że jakość pracy w takim tłoku nie jest najwyższa. O komforcie nie wspominając. Jednak nikt nie spodziewał się, że za kilka lat wpadniemy w prawdziwą demograficzną zapaść.

Najpierw kilka faktów. Przez nasze szkoły przechodzi demograficzne tsunami. Życie pokazało, że nie będzie kolejnego boomu rozrodczego. Do szkół średnich wkroczył właśnie rocznik 2004. To pierwszy rocznik, w którym po wielu latach spadków zanotowano wzrost liczby urodzeń. Wszyscy odetchnęli. Będzie więcej dzieci – myśleli. Niestety wyż ten okazał się marną górką, bardziej wyhamowaniem spadku aniżeli odwróceniem trendu. W dodatku ten skromny wyż zakończył się w okolicy 2012 roku. Od tego czasu mamy stagnację. Weszliśmy w nowe czasy, w których rytm powojennych wyżów i niżów nie decyduje już w głównym stopniu o naszej demografii. Został zakłócony przez zmiany cywilizacyjne, które zachód przechodził już dawno, ale my jak zwykle nie nauczyliśmy się na jego doświadczeniach. Dla młodych posiadanie dziecka nie jest już priorytetem, opóźnia się wiek zawierania małżeństw, wzrasta liczba rozwodów, rośnie wiek, w którym kobiety rodzą pierwsze dziecko. Wskaźniki są jednoznaczne. Lepiej nie będzie. Nie pomógł nawet największy transfer „socjalnych” pieniędzy w ramach programu 500+. Niestety to szkoła musi się dostosować do nowych warunków, bo światełka w tunelu nie widać. Jak szkoły radziły sobie gdy spadała liczba uczniów? Jakie strategie przyjęły szkoły, a jakie uczniowie? Czy wykorzystaliśmy niż do poprawy jakości? Raczej nie.

Często zauważalny był tu brak strategii, a jeszcze częściej bezrefleksyjna strategia obliczona na zdobycie jakiegokolwiek ucznia za wszelką cenę. Szkoły traciły uczniów, nauczycielom zaczęło zaglądać w oczy widmo bezrobocia, rozpoczęła się brutalna, przeważnie bezmyślna walka o ucznia. Uczeń stał się cennym „towarem” któremu trzeba obiecać wszystko, aby tylko do nas przyszedł. Zaczęło się luzowanie wymagań, bo przecież wysokie wymagania jedynie zniechęcają masowego klienta. Przy stosowaniu kryteriów z czasu wyżu demograficznego, zbyt wielu uczniów należałoby zostawić na drugi rok, czyli mówiąc wprost stracić ucznia. Poziom zaczął spadać, bo obniżenie uczniowi wymagań, był sposobem na utrzymanie go u siebie. Gdy nauczyciele mieli dylemat czy wymagać tyle co kiedyś, czy wyluzować, ale zachować stan klasy umożliwiający podział na grupy, czyli de facto pracę, wybierali przeważnie pracę. Ci bardziej ambitni, którzy zapomnieli że uczą w innych czasach, ściągani byli szybko na ziemię. Niejeden dyrektor mówił: „Proszę nie stawiać tylu jedynek bo niedługo nie będzie kogo uczyć”. Była jakaś szkoła w której nie powiedziano tego wprost, lub w bardziej zawoalowany sposób?

Brak klientów skutkuje zawsze walką o klienta. Szkoła szkole stała się wilkiem. Gdy jedna zachowywała standardy, druga je obniżała, by ściągnąć do siebie uczniów. Niestety klient nie był wymagający. Miało być lekko, łatwo i przyjemnie. Uczniowie prędko dostosowali się do nowych, niższych wymagań. Rodzice zbytnio nie protestowali, bo dzięki niższym wymaganiom dzieci mogły wejść na poziom, o którym kilka lat temu mogłyby tylko pomarzyć. Problem polegał na tym, że uczniowie w ostatnich latach robili coraz częściej minimum z minimum, więc skoro te minimum obniżono… Mamy to co mamy.

Niestety to nie wystarczyło. Zlikwidowano większość zapisów w regulaminach mówiących o progach punktowych, regulujących przyjęcia do szkół ponadgimnazjalnych, odtąd do większości szkół średnich przyjmowano każdego, kto się zgłosił. Rodzice stracili resztki krytycyzmu wobec swoich pociech, bo jeśli można było łatwo dostać się do liceum lub technikum, to wstyd było komuś powiedzieć, że dziecko wylądowało w zawodówce (takie zastaw się, a postaw się, tylko w wersji szkolnej). Możliwość łatwego dostania się do liceum i technikum zabiła zawodówki. Zawodówki, które dają społeczeństwu jakże potrzebnych pracowników w zawodach, bez których społeczeństwo nie może się obyć. Nastąpił boom licealny, który zbiegł się z krachem zawodówek. Efekt tego był taki, że niektóre klasy licealne poziomem przypominać zaczęły zawodówki. Zawodówki zaś zmagały się z problemem braku chętnych do nauki. Oczywiście politycy źle zdiagnozowali problem, bo zamiast wprowadzić obowiązkowe progi punktowe w liceach i technikach (czym zapełniliby szkoły zawodowe), zostawili tę decyzję szkołom, a sami zajęli się przemalowywaniem szyldu z zawodówek na szkoły branżowe… Tak było łatwiej, by nie urazić klienta (rodzica), bo to wyborca z kartką do głosowania…

Szkoły odetchnęły z ulgą, bo mogły nadal chałturzyć przyjmując każdego kto chce. Robiły to, bo w oczy spoglądało widmo samolikwidacji, a nauczyciele nie chcieli stracić pracy. Tutaj swoje (złe) trzy grosze dołożyły samorządy. Tak naprawdę były wtedy dwie drogi. Można było szkoły likwidować, bo przecież ilość uczniów zmalała drastycznie, ale tutaj nikt nie chciał być grabarzem szkół, bo wybory do samorządów są co 4 lata. Można też było zmniejszyć liczebność oddziałów przy zachowaniu sieci szkół. Nauczyciele mieliby pracę, a poziom nauczania w mniejszych klasach powinien iść w górę. Ale nie znalazły się na to pieniądze. Wybrano więc drogę trzecią, czyli niech szkoły się biją, bo jest wolny rynek. Niestety wolny rynek nie służy nauczaniu powszechnemu, bo zawsze kończy się zjazdem w dół by zachować ucznia (nie mówię o elitarnych szkołach prywatnych, które podbierają szkołom uczniów zdolnych, doinwestowanych przez rodziców).

Ostatnią częścią tej opowieści są szkoły wyższe, które karmione coraz słabiej wyedukowanym maturzystą, któremu ministerstwo ustaliło próg zdawalności matury na… 30%, także obniżyły wymagania. Mało tego. Wielu zaczęło na tym zarabiać. Jak grzyby po deszczu pojawiły się szkoły prywatne nie wymagające od studenta prawie niczego poza czesnym. Nie mam nic przeciwko dobrym uczelniom prywatnym, ale nie czarujmy się, większość była słaba i popsuła rynek. A marny uczeń szukał marnej szkoły, takiej która zbyt wiele nie wymagała… Po sztucznym boomie licealnym, wykreowaliśmy więc sztuczny boom na wyższe wykształcenie, nadal nie zważając na krach w szkolnictwie zawodowym… Mam tylko wrażenie, że absolwent dawnej matury jest zdecydowanie lepszym partnerem do dyskusji, aniżeli większość dzisiejszych absolwentów szkół wyższych… I nie tylko ja mam takie wrażenie…

Jak widzimy był to proces. Niż demograficzny był tu jedynie przyczyną, nie musiało się tak skończyć. Ale to w warunkach niżu demograficznego nauczyciele, dyrektorzy, samorządowcy i politycy, musieli podejmować decyzje. A że musiałyby być to decyzje niepopularne (zwolnienia nauczycieli, likwidacja szkół, utrata uczniów, większe finansowanie oświaty kosztem innych grup społecznych), to przeważnie szło się po najmniejszej linii oporu, czyli pozwalało się sytuacji rozwijać w sposób niekontrolowany. Oczywiście w różnych miejscach w Polsce mogło to wyglądać inaczej. Tam gdzie na rynku była jedna szkoła, z pewnością dłużej trzymała poziom. W dużych miastach szkoły w walce o ucznia prześcigały się w ułatwianiu życia uczniom. Dziś szkoły wyglądają jak sklepy, w których nie można zbyt wiele wymagać, nie można postawić zbyt wielu jedynek, trzeba poziom nauczania dostosować (obniżyć) do grupy, bo klient wyjdzie i pójdzie do konkurencji, która wymaga mniej. A lwią część czasu w szkole przeznacza się na strategie walki o kolejnego ucznia. Nauczyciele zamiast nauczać stali się reżyserami spektakli mających przyciągnąć ucznia, a uczniowie zamiast się uczyć, grają swe role w spektaklach reżyserowanych przez szkoły. Ale nie pytamy kandydata co potrafi, jedynie zachęcamy by był…

Edukacja – pole bitwy

Edukacja jest polem bitwy polityków. Ich przeciwnikiem w tej wojnie są nauczyciele, którzy jako jedyni wiedzą na czym szkoła powinna polegać… Politykom nie chodzi w tej bitwie o cel jakim jest jakość nauczania. Na jakości zależy dobrym nauczycielom i nielicznym uczniom. Nie zależy politykom, bo bo trzeba by w szkołę inwestować, a efektem może być dobrze wyedukowane społeczeństwo, które zadaje zbyt mądre pytania, co nie jest dla nich korzystne. Na jakości nie zależy większości samorządów, funkcjonującym od kadencji do kadencji, dla których jesteśmy największym kosztem w budżecie, one chcą tylko dopiąć budżet. Na jakości nie zależy większości rodziców, bo wiedzą, że im wyższa jakość tym dziecko będzie miało w szkole pod górkę, a rodzice ciężko przyjmują prawdę o swoim dziecku. Może zależy jedynie niektórym pracodawcom szukającym bezskutecznie dobrze wyedukowanych ludzi do pracy, ale ich głos jest mało słyszalny. Dlatego czarno widzę przyszłość naszej edukacji…
Czytaj więcej