Misji do gara nie włożysz, dlatego w nauczycielstwie powstała luka pokoleniowa, której prędko się nie zlikwiduje. Tym bardziej, że sytuacja z roku na rok jest coraz gorsza. Coraz częściej w gabinetach dyrektorskich rodzi się pytanie: Czy od września będzie miał kto uczyć? Nikt z rządzących nie chce przyznać publicznie, że wiele szkół już teraz funkcjonuje dzięki emerytom, albo dzięki tym, którzy swoje przejście na emeryturę odroczyli. Młodzi czasem zaglądają, obserwują. Ale po zestawieniu ilości pracy z otrzymanym zarobkiem rezygnują, nawet w trakcie roku szkolnego.

PiS osiągnął swój cel, nie przyzna tego oficjalnie nigdy, ale celowo sprowadził nauczycieli na dno, bo ani to elektorat, a jeszcze mówią dzieciom nie to co PiS by chciał. Marchewka w stylu 500+ dla prawomyślnego belfra, albo sfinansowanie sobie podwyżki przez podniesienie pensum nie wypaliły, bo nauczyciele to nie ciemny lud pisowski, więc potrafią liczyć, czyli trzeba ich upupić. Ale nauczyciele to nie idioci, ci z bagażem lat jakoś sobie radzą, niestety kosztem jakości. Biorą dodatkowe godziny za kolegów i koleżanki, których nie ma i nie będzie. Kasa za swoje, kasa za wakat wiszący od dwóch lat i jakoś się ten wózek ciągnie. Kosztem zdrowia, więc każdy mówi „jeszcze rok lub dwa, a potem pas”, bo ileż tak można. Kurczą się w szkołach stałe obsady nauczycielskie, coraz więcej placówek ma 1/3 albo 1/2 nauczycieli z doskoku. Coraz mniej czasu na rozmowy o uczniach w pokojach nauczycielskich, które stały się szkolnymi dworcami, ten wpada, ten wypada według ściśle przypisanego sobie rozkładu jazdy. Poniedziałek tu, wtorek i środa tam, potem znów wracam w czwartek, ale w piątek już jestem gdzie indziej. Praca wychowawcza? Czas dla ucznia? Tylko zadaniowo, częściej on-line, bo przecież ceny w sklepach w górę, raty kredytu w górę, opłaty w górę, a pensje bez zmian…

Siła nabywcza nauczycielskich pieniędzy idzie w dół od lat. Trochę powyżej minimalnej na gołym etacie zarabia mianowany, a dyplomowany niewiele więcej. O pensjach młodych szkoda gadać, lepiej wychodzi się na sprzątaniu, tak rodzi się frustrat. Tylko potem ci frustraci opiekują się dziećmi w przedszkolach i szkołach. Czego od nich oczekujecie drodzy rodzice? Zaangażowania? Chyba w to jak szybciej wyjść i mieć więcej czasu by dorobić… Ratunkiem może być lepiej zarabiający mąż, ale wtedy pracy, która jest marnym dodatkiem do budżetu, lub źródłem składek zdrowotnych, nie traktuje się poważnie i często zmienia. Bo co w takiej pracy może młodą nauczycielkę zatrzymać?

Niektórzy dyrektorzy zatrzymali się w poprzednich epokach, ci szybko tracą pracowników. Bo przecież nikt nie będzie kopał się z koniem za taką kasę. Praca i zaangażowanie są adekwatne do zarobków, kto stawia zbyt duże wymagania pracownikom, ma ciągłą rotację i wakaty. Pokolenie z misją, w większości już jest na emeryturze… Ci dyrektorzy, którzy rozumieją te proste prawdy może dadzą radę sklecić grono nauczycielskie na wrzesień, ci którzy zatrzymali się 10-15 lat temu – mogą zostać na lodzie. W większości nauczyciele mają teraz podejście takie – pracę przy tablicy trzeba wykonać w miarę możliwości solidnie, bo to główne zadanie nauczyciela, natomiast mało kto chce angażować się w życie szkoły – imprezy szkolne, dni otwarte, promocję. Po co promować szkołę, skoro nie wiadomo gdzie się za rok będzie pracowało? Dla młodego nauczyciela to strata czasu. Podobnie wychowawstwo, praca o obciążeniu mniej więcej dodatkowego pół etatu, płatna… 300 zł brutto. Większość widząc w przydziale wychowawstwo, w myślach przeklina. Młodych nauczycieli wychowawstwo jest wręcz w stanie przekonać do… opuszczenia zawodu.

Nauczyciele nie żyją pod szklanym kloszem. Widzą i słyszą co się dzieje i co się mówi. Jeśli Biedra ogłasza aby przychodzić do nich, bo zarobią więcej niż nauczyciel, to umacnia się poczucie życiowej porażki. Jeśli w banku dowiadują się, że ich zdolność kredytowa jest niska lub żadna, to zaczynają myśleć o zmianie zawodu. Ten sam znajomy, który im mówi „ty to masz tyle wolnego”, wyjeżdża sobie w maju lub wrześniu na wakacje za połowę ceny. Przykłady można mnożyć. Młody nauczyciel kredytu nawet nie dostanie, bo często pracuje na kolejną umowę na czas określony. Coraz częściej na czas określony pracują starzy nauczyciele, którzy jeżdżą miedzy szkołami. Przykład? Ja. Od kilku lat na czas nieokreślony jedynie pół etatu, reszta: co rok nowa umowa, tam gdzie są godziny. Dyrektorzy umów na stałe dają niewiele bo… nie wiadomo jaki będzie nabór i iloma godzinami można dzielić. Oczywiście doświadczony nauczyciel to towar poszukiwany, sam nie mam problemu by znaleźć tyle godzin ile zdołam zrobić. Tylko gdy chce się zarabiać przyzwoicie, trzeba tych godzin wziąć sporo. A wtedy nauczyciel zamienia się w panią na kasie, z tym że zamiast artykułów spożywczych przesuwa kolejne godziny i klasy. Oczywiście kosztem jakości.

Nie po to ktoś mądry wyliczył nauczycielowi pensum na poziomie 18 godzin, by teraz jakiś dureń porównywał to ze zwykłym etatem. Ktoś kto to liczył wiedział, że 18 godzin przy tablicy i obsługa tych godzin = 40 godzin tygodniowo, czyli klasyczny etat z kodeksu pracy. Żaden nauczyciel, który ma 18 godzin nie pracuje mniej niż pracownik w biurze lub w sklepie. Oczywiście tego co pracuje w sklepie drażni to, że nauczyciel o 13 robi zakupy, ale gdy sklepowa o 20 przysypia przy serialu, to ten nauczyciel zabiera się często za robotę… Każdy młody po 2-3 miesiącach pracy to widzi i nie chce tak żyć, bo aby zarobić musi wziąć dwie szkoły, lub pracę za dwóch w swojej szkole, a wtedy życie prywatne popołudniami i wieczorami jest iluzją. Jeden pracuje szybciej inny wolniej, jak w biurze, w sklepie lub na budowie, dlatego standardem powinien być etat + max kilka nadgodzin w zależności od tego czy ktoś chce i może. Dlatego same władze powinny dążyć żeby nauczyciel nie pracował dużo ponad etat. Tyle że wtedy za ten etat trzeba uczciwie zapłacić. A pieniądze rozdane. Dlatego wszystkim (w rządzie, w samorządzie) jest na rękę by nauczyciele brali więcej godzin i pracowali taśmowo. Jakość nie jest problemem dziś rządzących…

Opozycja oczywiście poparła ostatnio propozycję ZNP i Senatu by podnieść pensje o 20% (swoją drogą taka podwyżka to byłby powrót do proporcji zarobków nauczycieli w stosunku do pensji minimalnej, który mieliśmy na początku stulecia, cytuję: „Nawet proponowana przez Senat podwyżka nie przywróciłaby wynagrodzeń nauczycieli sprzed 20 lat” – źr. Gazeta Prawna). Oczywiście podwyżka w takiej wysokości nie przeszła, zostało 4,4% przy 12% inflacji… czyli kolejne upodlenie finansowe. Ciekaw jestem bardzo, co się stanie jeśli opozycja wygra kolejne wybory… Poprzednie dwie kadencje dzisiejszej opozycji, to najpierw podwyżka pensji nauczycielskich (ale bez szału), a potem już tylko spadek siły nabywczej tej pensji. W sektorze prywatnym pensje szybowały, a w nauczycielstwie stały w miejscu. Mam więc ograniczone zaufanie do opozycji. Niezależnie od koloru władzy, rządzący powinni dbać o nauczycieli, bo ci kształtują przyszłość społeczeństwa. A u nas ktokolwiek dochodzi do władzy, ma kasę na różne rzeczy, tylko nie na to. Tym różnimy się mentalnie od krajów wysokorozwiniętych. Władza musi nażreć się tu i teraz. A po nas choćby potop…

Mamy więc taśmowych nauczycieli pracujących na dwa etaty, mamy taśmowych lekarzy, mamy opuszczających zawód lub kraj ratowników i pielęgniarki, mamy ciągłe wakaty w służbach mundurowych oraz na stanowiskach urzędniczych. Zawód nauczyciela wymaga ustawicznego kształcenia, przy dwóch etatach i taśmowej robocie wiele czasu nie zostaje. W przypadku nauczycieli pewne procesy przyspieszyła pandemia, wielu doszkoliło się w pracy na narzędziach, których wcześniej nie mieli czasu opanować. Poczuli się pewniej, a relacje tych co opuścili zawód tylko ich utwierdzają by zastanowić się nad zmianą. Zresztą historia pandemii i „heroiczna walka” rządzących by nauka zdalna jak najmniej obejmowała przedszkola i klasy 1-4 pokazuje, że nie można obojętnie przejść obok pracy pań nauczycielek i niedługo niektóre gminy znowu mogą być sparaliżowane, bo… nie będzie z kim zostawić dziecka wymagającego nadzoru… A gdy nie sypnie się pieniędzmi, to może niedługo strach będzie zostawić dziecko w przedszkolu, bo pracować będą tam ludzie z łapanki. Dramat przeżywa szkolnictwo zawodowe. Tutaj średnia wieku jest szczególnie wysoka. A perspektywy dobrej pracy poza szkołą znacznie większe i o niebo lepiej płatne. Jeśli nic się nie zmieni, kierunki techniczne i zawodowe będą po kolei umierać, nie z braku uczniów, a nauczycieli…

Warunki pracy nauczyciela to temat rzeka. Niskie pensje, praca na własnym sprzęcie, wyjazdy z młodzieżą bez zwrotu delegacji itp. Dlaczego to jeszcze działa? Wyjaśniłem powyżej. Ale wiele procesów osiąga kiedyś swój punkt krytyczny, TERAZ tak się dzieje w zawodzie nauczyciela. Przyszłość? Generalnie wózek będzie się toczył, ale jeśli nic się nie zmieni, to wakatów będzie więcej, co za tym idzie samorządy będą łączyły klasy by było mniej oddziałów, przez co klasy będą bardziej liczne. To jeszcze bardziej zniechęci młodych do pracy. Praca nauczyciela stanie się wariantem rezerwowym, pracą ostatniego wyboru, czyli będzie (już jest) nabór negatywny. Starzy nauczyciele sobie poradzą, wezmą więcej godzin, gorzej uczniowie, którzy dostają już od kilku lat gorszy „produkt”. Odchodzących na emerytury nie będzie zastępowało kolejne, tak dobre pokolenie nauczycieli. A fala odejść na emeryturę będzie w najbliższych latach spora. Młodsi będą zatrudniać się i zwalniać. Uczeń może co rok mieć nowego nauczyciela (oby go w ogóle miał…). Pokolenie nauczycieli  40+ zostanie przetrzebione. Kto będzie miał możliwość będzie podejmował inne działania, pozostali będą taśmowo trzaskać lekcje, by podnieść sobie marne pensje. Gdy dyrektorzy lub rodzice będą się oburzać na taki sposób pracy, nauczyciele zwolnią się. Każda inna szkoła przyjmie ich z pocałowaniem ręki. Będą pracować adekwatnie do ustawowej stawki. Pokolenie 50+ będzie czekało na swoją emeryturę, a że ten wiek został obniżony do 60 lat, więc jest na co czekać. Już teraz rozmawiając z wieloma nauczycielami 50+, mówią często „jeszcze dwa”, „jeszcze cztery lata”. To w większości kobiety, więc już po sześćdziesiątce mogą odejść. Z pewnością jednostki zostaną by dorobić, ale już nie będą chciały etatu, co najwyżej pół. Jeśli wszystko będzie się toczyło tak jak się toczy, to przed nami tłok w klasach, wieczne niedobory przedszkolanek i nauczycielek, spadająca jakość realnego kształcenia (bo na papierze zawsze jest na 100%). Chyba że nałożą się na to inne czynniki, które mogą zmienić sytuację na plus lub minus. Zaliczę do nich kryzys gospodarczy wywołany nieodpowiedzialną polityką tej ekipy, wciągnięcie Polski do wojny z Rosją, wygraną opozycji i znaczącą podwyżką zarobków, jakąś wielką falę odejść z oświaty i jeszcze wiele innych o których dziś jeszcze nawet nie myślimy. Wszak życie pisze różne scenariusze…