A więc odwrót? Zwijamy żagle? Praca wielu ludzi idzie na marne? Sukcesy w badaniach międzynarodowych okazują się zbiorem nic niewartych informacji? A jednak my Polacy jesteśmy trochę masochistami. Nie potrafimy docenić sukcesów, wolimy spektakularne porażki. Wolimy narzekać na rzeczywistość, zamiast ją zmieniać. Wiecznie płaczemy jak to kiedyś było fajnie, zamiast kreować przyszłość, wpływać na losy świata. Wielu naszych wspaniałych naukowców pracuje dziś za granicą, nie w Polsce, a w kraju cofamy się do czasów PRL. Tej samej PRL, która wydała genialnego Jacka Karpińskiego, którego komputery mogłyby podbić świat, a Dolina Krzemowa mogłaby być dzisiaj koło Warszawy, a nie obok San Francisco. Mogłaby gdyby Karpińskiego także nie pogrążyła polska bylejakość elit, jego projekt był zbyt odważny na swoje czasy, Karpiński skończył jako prywatny przedsiębiorca, hodowca trzony chlewnej, dla niezorientowanych – pasł świnie, potem też wyemigrował.

Czy to przypadek, że w lato, zamiast świętować zwycięstwo pod Grunwaldem, czcimy spektakularną porażkę w Powstaniu Warszawskim? Przecież tam nic nie zadziałało – dowództwu zabrakło wyobraźni, żołnierzom broni, cele strategiczne nie zostały osiągnięte, Warszawa zrujnowana, a kwiat młodzieży zamiast udzielać się w podziemiu w PRL, wąchał od dołu kwiatki. Chyba nic się nie zmieniło. Dobrze śpiewał Ryszard Rynkowski: „wypijmy za błędy na górze, tam nie zmienia się nic mimo lat…” Mamy jakiś opór przed racjonalnymi decyzjami, lubimy oglądać się za siebie. Rzeczom zwykłym nadajemy mistyczny charakter, przecież „cud nad Wisłą” nie był przedstawiony jako świetny manewr naszych wojsk w sprzyjających okolicznościach, tylko jako cud właśnie. Ktoś tam na górze pomógł powstrzymać bolszewicką falę zalewającą Europę. Wszak Polska w opinii niektórych była Mesjaszem narodów, musiała cierpieć za miliony. Jakoś często obrażaliśmy się na rzeczywistość, która zamiast dostosować się do naszych oczekiwań, płatała nam figle, tak w 1939 jak i w Jałcie…

Teraz także wietrzymy spisek. Na gimnazja zwaliliśmy wszystko co złe u młodzieży w całych naszych przemianach od 1989 roku. Gimnazja obarczyliśmy całym szeregiem win. Za zmiany obyczajowe, które dopadły naszą młodzież, mimo że dopadłyby i tak, nawet gdyby gimbazy nie powstały. Na gimnazja zrzucono bezradność rodziny wobec zmian, tych obyczajowych i tych technologicznych. Na gimnazja zrzucono winy za wychowanie, mimo że klasy były zbyt liczne a zapracowani rodzice zaufali wychowanie nowym gadżetom i sieci. Znalazł się chłopiec do bicia, władza znów jest skuteczna! A jeśli za kilka lat okaże się, że to całe zamieszanie na nic? Że znów rzucono los młodzieży na pastwę losu? Jeśli okaże się, że rzeczywistość znowu nie dopasowała się do planów rządzących Polską? Winnego znajdziemy. Zawsze znajdujemy kogoś winnego, by nie wyszła na jaw bylejakość naszych działań, tak jak w Smoleńsku.

Reforma Handkego, która likwidowała system 8+4(5) także została wprowadzona po coś. Rezygnowaliśmy z systemu z 1968 roku nie dla jaj, ale po to by przystosować szkołę do nowych realiów, w których znalazła się Polska i zglobalizowany świat. Teraz cofamy się do tego co kiedyś sama prawica uznała za złe. Kompletny brak logiki w takim postępowaniu. Nie było lekko, uczyliśmy się tej nowej reformy przez kilka lat, ale są tego efekty. Młodzi są bardziej otwarci na świat, mają mniej kompleksów przed rówieśnikami z zachodu, potrafią szybko znaleźć się w nowej sytuacji, osiągamy dobre wyniki w międzynarodowych badaniach. Wiem, masowość edukacji razi, mnie też, ale poprawa jakości kształcenia to co innego niż wywracanie wszystkiego do góry nogami. Wielu doceniło „moc” kształcenia, mają dobrą pracę, wysokie zarobki, spełniają się zawodowo. Jedyną porażką gimnazjum jest chyba tylko to, że nie potrafiła skierować całej masy słabszych uczniów do szkół zawodowych, by wykonywali prostsze, lecz potrzebne zawody, zbyt duża fala popłynęła do LO. Ale czy to wina gimnazjów? Czy raczej rodziców „broniących” swoje dzieci przed zawodówką i patrzących na nie przez różowe okulary. Czy w tej kwestii się coś zmieni? Cicho sza. Problem więc pozostanie nierozwiązany, a patrzących na swe pociechy rodziców można by łatwo sprowadzić na ziemię, wprowadzając odgórnie „próg przyzwoitości” przy przyjęciu do liceów i techników. W liceach poziom by wzrósł, w zawodówkach zwiększyłaby się liczba uczniów. Gospodarka dostałaby zastrzyk młodych pracowników dzierżących w ręku konkretny fach. A ambicje? Jeśli są to świetnie. Uczyć można się przez całe życie. A może w samych podstawówkach i gimnazjach młodzi wzięliby się za zadki, bo wiedzieliby, że istnieje próg i nie mogą jednak wszystkiego. Może byliby bardziej ambitni? Może rodzice uczestniczyliby bardziej w ich edukacji i wychowaniu?

Krok w tył nas nie zabije, ale na pewno nie wzmocni. Sprawi, że stracimy do reszty świata dystans, który udało nam się nadrobić w ostatnich latach. Długie etapy edukacyjne nie pomogą młodzieży w dostosowaniu do dynamicznie zmieniającego się rynku pracy. Ten system będzie mniej elastyczny, no chyba, że rządzącym o to chodzi, a następnym posunięciem będzie wprowadzenie centralnego planowania, pod który system 8+4(5) był ułożony. A może w swym uwielbieniu masochizmu, obecny rząd chce spektakularnie osiągnąć dno, spowodować kolejny rozbiór Polski, aby przyszłe pokolenia miały w przyszłości co czcić?