CO Z TĄ EDUKACJĄ?

Politycznie niepopularni…

Nauczyciele są najbardziej lekceważoną politycznie grupą zawodową. Nieważne, czy rządzi lewica, liberałowie czy prawica. Ostatnie 20 lat pokazuje, że oświatowe postulaty nie przebijają się i nie są popularne. Oświata to kłopot dla każdego, bo kosztuje sporo, a zwrot w postaci głosów wyborczych nie nastąpi w ciągu najbliższej kadencji. Przedwyborcze obietnice są notorycznie niedotrzymywane, a że szkoła trwa pomimo mizerii finansowej, to znaczy, że tak można i nic nie trzeba zmieniać. Stąd tyle tu działań pozorowanych, „bezkosztowych” i na wiwat…

Edukacja zawsze realizowała cele ideologiczne, przynajmniej taką rolę jej wyznaczano. W III RP nie jest inaczej. Za PiS-u chciano by szkoła stała na straży patriotyzmu i konserwatyzmu, teraz do szkoły są wprowadzane elementy wartości lewicowych. Jednak obydwie, przeciwne obozy łączy jedno. Nieważne czy u władzy jest Tusk czy Kaczyński, żaden z nich nie ma zamiaru w oświatę inwestować więcej niż potrzebne minimum. To smutne, że w przeszłości zarówno Tusk jak i Kaczyński bardziej liczyli się ze zdaniem kiboli niż nauczycieli. A raczej nauczycielek, bo one stanowią 84% zatrudnionych w oświacie. Może to jedna z przyczyn tego lekceważenia, bo radykalizmem nauczycielki nie przebiją ani kiboli, ani górników, ani rolników etc. Ot baby pogadają, ponarzekają i zrobią swoje, z poczucia obowiązku – tak myśli większość polityków. A skoro zrobią to i tak za dotychczasowe pieniądze, to nikt więcej nie da. O ile takie podejście nie dziwi u konserwatystów, to może wywołać Deja vu w ekipie, w której ministerstwem kierują zdeklarowane feministki, kierując jednak ministerstwem w stylu poprzednich ekip, bo poprawy materialnej ani wzrostu prestiżu nie widać. A jeśli ktoś z ministerstwa ma inne zdanie, to niech spojrzy na poziom zatrudnienia młodych nauczycielek, na wzrastający wiek nauczycieli i na malejącą siłę nabywczą pensji i niech się po prostu zamknie. Panie ministry widać czują jednak ciężar zarzutów i kaca moralnego, bo co rusz nagrywają kolejne spoty o tym, jakie to wielkie zmiany wprowadzają. Budzą tym irytację nauczycielek, które muszą te nie zawsze przygotowane i potrzebne pomysły wdrażać, a za tą samą mierną pensję mają jeszcze więcej roboty. Mój postulat, by się wreszcie „zamknąć” i nic nie mówić, jest więc jak najbardziej zasadny…

Wydawałoby się, że tak duża grupa zawodowa powinna być języczkiem u wagi dla każdej partii politycznej, ale tak nie jest. Politycy lubią proste chwyty i proste przekazy. Nauczycielki, jako najlepiej wykształcona grupa zawodowa, zbyt prostych recept nie łykają. Trzeba się wysilić intelektualnie, do czego politycy z prawa i lewa nie są najzwyczajniej w świecie przygotowani. Zamiast tego serwuje się więc papkę w postaci haseł o wycieczkach patriotycznych (tak jakby nie prowadzono ich od wielu lat), albo o pracy przez projekty (jakby tej metody nie stosowano od wielu lat)… Jedni wymyślą HiT, inni Edukację Zdrowotną, a nauczycielki mają wrażenie, że są narzędziem w politycznej i ideologicznej walce niezbyt rozgarniętych umysłowo polityków. A poczucie wkurwu jest tym większe, że nikt nie troszczy się nawet o to, by za realizację tego ideologicznego przekazu chociaż zapłacić. Dla swoich politycy mają fundusze celowe, dotacje, a szkoła może przecież siać propagandę w ramach istniejących środków. 84% kobiet jest tu gwarantem, że buntu nie będzie… Nauczycielki próbowały w 2019 roku, zostały zlekceważone przez polityków i większość rodziców, którzy gdy skończyły się dni opieki, przyłączyli się do hejtu na nauczycieli… Politycy wiedzą też, że związki zawodowe jedynie dobiły środowisko, nie potrafiąc wyjść ponad polityczne podziały (Solidarność) i przedwcześnie kończąc strajk (ZNP).

Wydawałoby się, że grupa zawodowa mająca związki zawodowe po prawej i lewej stronie sceny politycznej powinna być przez każdą ekipę polityczną dopieszczana. Ale tak jak Solidarność nauczycielska ma małą siłę przebicia po prawej stronie, tak samo ZNP ma równie małą siłę przebicia po lewej stronie sceny politycznej. Polityczna impotencja związków zawodowych jest prawdopodobnie powodem małej ich popularności w środowisku oświatowym. A 84% kobiet w zawodzie jest gwarantem, że nie powstanie żadna nowa siła, bo kobiety prędzej się pokłócą i obrażą na siebie, niż zagrożą brutalnemu światu męskiej polityki. Może to co mówię jest kontrowersyjne, ale chyba prawdziwe. Bo jeśli się buntować to na całego. Nie można się buntować i nadal wykonywać wszystko co chce od nas dyrekcja, kuratorium, ministerstwo… A tak niestety jest, bo przecież dzieci muszą być zaopiekowane (nie muszą), egzaminy muszą być przeprowadzone (nie muszą), dokumenty muszą być wydane (nie muszą). Dopóki nauczycielki i nauczyciele nie zrozumieją tej prostej prawdy, nie pomoże im nic. Ani związki zawodowe, ani wyborcy, ani politycy, a tym bardziej ministerstwo, które nie ma siły przebicia…

Ministerstwo nie ma siły przebicia, bo żaden premier odkąd pamiętam nie traktował edukacji priorytetowo. Na stanowiskach od lat lądują tu przypadkowi ludzie, którzy w większości traktują MEN jak krótki etap kariery politycznej, co nie jest jeszcze najgorsze, bo gorzej gdy chcą w tym czasie zabłysnąć jakimiś szybkimi i efektownymi działaniami, które w większości długotrwałego pożytku nie przynoszą, ale jakiś czas mówi się o ministrze. Za to oświacie sprawiają kłopot, bo realizacja przez nauczycieli nietrafionych i nieprzemyślanych pomysłów, jest szczególnie frustrująca. Jak widać od wielu lat, ministerstwo jest zawsze na szarym końcu przy rozdzielaniu pieniędzy budżetowych. Powstaje więc pokusa wymyślania pomysłów „bez kosztowych”, oczywiście nie generują one kosztów w MEN, bo już w szkołach generują koszty ogromne (poświęcony darmowy czas, narastająca frustracja, a często odpowiedzialność za brak efektów). Ale ministrów i ministry to nie obchodzi, bo oni tych kosztów nie ponoszą, a na pensje nie narzekają.

Oświacie nie pomogą też wyborcy i politycy. Większość z nich temat nie obchodzi, bo nie mają styczności z edukacją. Problem dostrzegają jedynie rodzice mający aktualnie pociechy w szkołach, ale postrzegają go jedynie z własnej egoistycznej perspektywy, mając na celu głównie dobro jedynie własnego dziecka, o jakichś mądrych ogólnych zmianach zainicjowanych przez rodziców trzeba więc zapomnieć. O poparciu interesów nauczycieli tym bardziej. Wyborcy i politycy pamiętają też swoje szkolne czasy, gdzie większość z nich nie świeciła przykładem, dlatego niektórzy bardziej chcą dokopać przemądrzałym belfrom, aniżeli ich wspierać. Wielu polityków  najadło się przy nich wstydu i wiedzą, że belfrzy pamiętają ich w sytuacjach o których oni chcieliby zapomnieć. Jednak większość wyborców przyjmuje postawę obojętną, na zasadzie „Tak, wasze postulaty są słuszne, ale my wam nie pomożemy”…

Nauczycielki i nauczyciele muszą więc pomóc sobie sami. Na logikę powinno dojść do dużego buntu, ale już dziś mogę obiecać, że po 2019 roku nic takiego się już nie stanie. Nauczycielki wyszły wtedy poza swoją strefę komfortu, a że nie są górnikami lub rolnikami, to ich kulturalnym buntem nikt się nie przejął. A na inny ich nie stać. Nauczycielki nie pójdą z „kurwą” na ustach i nie rzucą kostką brukową. One o tym wiedzą i politycy o tym wiedzą, dlatego mogą je nadal lekceważyć. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że nauczycielki się nie buntują. Oczywiście się buntują, ale ich bunt jest cichy. Polega głównie na odejściu z zawodu (głównie młode osoby), albo na uznaniu, że pracą nie trzeba się przejmować i zaakceptować, że ich pensja jest dodatkiem do prawdziwej pensji męża. Oczywiście im więcej takiego podejścia, tym jakość nauczania będzie niższa, a już na pewno nie zrobi się z takim niezmotywowanym towarzystwem żadnej reformy edukacji. Nie dostrzega tego ani ślepe ministerstwo, ani wyborcy, którzy już dziś dostają gorzej wykształconego pracownika, ale żyją tu i teraz, i nie łączą faktów, bo myślenie większość wyborców po prostu boli.

 

3 Komentarze

  1. Tomek

    Cała prawda. Właśnie. Myślenie boli, bo trzeba trochę swoje komórki mózgowe wytężyc i trochę się zastanowić nad problemem. Rodzice nie myśląprzyszłościowo. Liczy się ty i teraz. Dzieci w szkole będą zawsze zaopiekowane i nic im się nie stanie jak dłuzej w niej bedą. A przy „Kompasie Jutra” będą w dobrostanie, które to określenie dotyczyło zupełnie czegoś innego. To prawda. Młodzi nauczyciele bardzo szybko orientują się o co w tej całej oświacie chodzi. Stąd taka rotacja. Będąc w komisjach egzaminacyjnych ósmoklasistów, albo na konkursach klas I-III zobaczyłem średnią wiekową nauczycieli w gminie. Ta średnia wypadła kiepsko. Między 40 parę a 50. Na wszystkie komisja egzaminacyjne – około 8- tylko kilkoro młodych nauczycieli. Będzie zaraz jak w latach 80-tych. Łapanka maturzystów, którzy będą zaczynać bez kwalifikacji. Ale takie numery to nie z tą młodzieżą. To jest zbyt wymagająca praca. I zaraz reakcja rodziców. Szkoda pisać. Życie pokazuje samo każdemu z osobna jego drogę. Władzą się bywa, nauczycielem się jest. 😔

  2. Magda

    Smutna, przykra rzeczywistość , co do której nikt z rządzących nie raczy sie odnieść. Nauczyciele i tak zrobią co potrzeba bo to przecież dzieci. Rodzice i tak dadzą wyraz swojego niezadowolenia..

  3. obserwator

    Trafna to diagnoza. Obserwuję szkołę od strony tzw. organu prowadzącego.
    Niezmiennie od 1999 r. działania pozorowane. W pilotażu (poczatek lat 90-tych) samorządom opłacało się wziąć szkoły na swój garnuszek. Kiedy okazało się że jest zabyt dobrze to kurek przykręcono i w ramach reformy szkoły oddano gremialnie.
    I tak to jedzie po równi pochyłej przy aprobacie zdezintegrowanego środowiska samych zainteresowanych głównych aktorów tego widowiska.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

© 2026 Jarosław Bloch

Theme by Anders Noren — Up ↑