Od 1 września wejdą ograniczenia w korzystaniu z urządzeń elektronicznych przez uczniów. Decyzja jest chyba słuszna. Uzależnienie cyfrowe dotyka większości dzieci i młodzieży, a także ich rodziców, którzy przez to nie są obiektywni w tej materii. Łatwiej jednak coś napisać, łatwiej wydać decyzję i ją podpisać, trudniej wcielić ją w życie i zadbać o przestrzeganie reguł. Tym bardziej, że najcięższą pracę nie wykonają ci co wymyślili, napisali i podpisali, ale ci, którym odmawia się godnej zapłaty za pracę. Wolontariusze, bo chyba w takim trybie nauczyciele będą wcielać pomysły ministerstwa…
Diabeł tkwi w szczegółach. Na swoim przykładzie (a jestem dość zasadniczym nauczycielem) widzę ile razy w ciągu lekcji muszę upominać młodzież, by schowała i nie używała telefonów, lub robiła co trzeba na tabletach graficznych. W czerwcu sam, bez oglądania się na ministerstwo, zapowiedziałem koniec z tabletami graficznymi na lekcji. Bo niby wspaniała rzecz, ale korzysta z niej w sposób prawidłowy zaledwie 10-20% uczniów, reszta pod pozorem notowania ogląda inne treści, siedzi na portalach społecznościowych, a nawet… ogląda filmy (z dyskretnie schowaną w uchu słuchawką). Dostaniemy więc narzędzie, by egzekwować to, co robimy od dawna. W czym problem? Na wszystko jest metoda, Pewnie młodzież będzie chciała obchodzić zakazy, spróbuje pewnie oszustwa, próbując jednak elektronikę przemycić, ale to nie jest najgorsze. Zakaz obejmie czas na lekcji, pewnie nie przerwy, a już na pewno nie czas poza szkołą. Tam młodzież będzie nadal brnąć w uzależnienie. A my w szkołach codziennie będziemy mieli w ławkach trzydziestkę osób z syndromem odstawienia. Pewnie nadpobudliwych, pewnie przekierowujących swą energię i uwagę na inne rzeczy, nie zawsze na naukę. Pewnie klasy będą głośniejsze, trudniejsze do okiełznania, pewnie gardła nauczycieli będą bardziej zdarte. Ale wypłata się nie zmieni… Znowu więc za free trzeba będzie robić kolejne coś na co dotychczas mogliśmy machnąć ręką.
Może należało ten zakaz połączyć z decyzją o tworzeniu mniejszych grup, z którymi lepiej się pracuje i które łatwiej opanować? Bo przecież same smartfony mogłyby być zagonione do działań edukacyjnych, ale nie w trzydziestoosobowych klasach… Oczywiście takiej decyzji nie będzie, choć mogłaby ona realnie wpłynąć na podniesienie jakości nauki, na indywidualizację procesu nauczania, na łatwiejsze utrzymanie uwagi i dyscypliny na zajęciach. No ale to nadal jest w gestii samorządów, a te optymalizują wielkość grup do posiadanych środków, czyli przeważnie ładują do klasy ile się da.
No i pozostaje rzecz najważniejsza – kto ma być objęty nowymi przepisami. I tu jest pies pogrzebany, bo o ile podstawówki mają ten zakaz wprowadzony odgórnie, to w szkołach średnich będzie to zależało od decyzji rad pedagogicznych, rad szkół i dyrektorów placówek. Założę się, że wiele szkół będzie bało się ograniczyć korzystanie z elektroniki w szkole ze względu na… przyszły nabór. Tu nie ma rejonizacji. Może jakiś zespół szkół będący monopolistą na danym terenie będzie miał łatwiej, ale w miastach gdzie placówek jest dużo, dyrekcja dwa razy się zastanowi czy zabronić młodzieży korzystania ze smartfonów. Dlaczego? Bo sąsiednia szkoła takiego zakazu nie wprowadzi i młodzież zagłosuje nogami, która opcja jest dla nich lepsza (a wiemy, że w tym wieku młodzież niekoniecznie oceni to tak jak dorośli). Pewnie tego problemu nie będą miały najlepsze szkoły, gdzie młodzież sama oceni czy woli mieć edukację na wysokim poziomie, czy siedzieć z telefonem w łapie? Ale tych szkół jest mniejszość. Szkoły o średnim poziomie nauczania oraz szkoły słabe, będą się bały nakładać takie ograniczenia w obawie przed odpływem uczniów…
Znowu więc mamy z dużej chmury mały deszcz, przynajmniej dla szkół średnich. Pozostaje nadzieja, że przyzwyczajenia nabyte w podstawówce, przełożą się za jakiś czas na zmniejszenie korzystania z elektroniki na kolejnym etapie edukacji… Ale to tylko nadzieja…









Dodaj komentarz