W naszej rzeczywistości jest sporo ściemy. Począwszy od sztabu ludzi oszukujących nas na promocjach i wyprzedażach podczas codziennych zakupów, poprzez speców od reklamy, którzy te oszustwa ułatwiają. Oszukują sportowcy wespół z samorządowcami, gdy za spadki formy odpowiada nie boisko a pusta gminna kasa. Oszukują politycy udowadniający, że bilansuje się w budżetach to, co nie ma prawa się zbilansować. Oszukują bankowcy przedstawiając swój produkt w samych superlatywach i pisząc małym druczkiem to co jest problemem, by starzejące się społeczeństwo broń Boże nie zauważyło. Można by tak wymieniać długo. Ale po co? Przyzwoitości od tego nie przybędzie. Gorzej, że do tego życiowego ściemniania ostatnio zbyt często przygotowuje nas… szkoła.

Rekrutacja. Corocznie wiele szkół w Polsce przyjmuje uczniów kompletnie nieprzygotowanych do dalszej nauki. Na świadectwach pełno dopów, ale licea i technika czekają. Wiemy, że to droga donikąd, ale przyjmujemy aby trwała szkoła i były etaty. W trakcie roku szkolnego narzekamy na poziom i wyniki, choć przecież wiemy, że musi tak być, bo wiemy kogo przyjęliśmy. Narzekamy na zachowanie, że nic sobie nie robią z jedynek, że śmieją się często w twarz, widząc naszą bezradność. Ale przecież wcześniej nasi koledzy i koleżanki przyzwyczaili ich że tak można, że i tak pójdą dalej. Co więcej, nie wyprowadzamy ich z błędu. Uczniowie znają swój poziom, ale też udają. Przed sobą. Udają bo się tak da, bo jest to skuteczne i wygodne, bo udając osiągają kolejne cele. Udają bo tak można. I nie mają nawet ochoty by nadrobić zaległości chociaż mówimy, że pomożemy. Po co? Skoro bez wysiłku można iść dalej, to po co się męczyć. Gdy kierując się resztkami przyzwoitości przyciskamy, oni odchodzą, my tracimy uczniów, zyskują szkoły weekendowe, w których ukończą naukę, bo poziom ściemy i zakłamania jest tam o lata świetlne wyższy. Uczymy się więc, że lepsza od prawdy jest ściema. Potem matura. Test prawdy? Raczej nie. Progi niskie, dostosowywanie poziomu do roczników, punktowanie coraz większych bzdur… A potem naciąganie prac progowych, by nie psuć humoru politykom. No to może studia? Tam tak samo, wszak pieniądz idzie za studentem. Przepychanie przez cały cykl, potem zerżnięta praca i na koniec wciśnięcie dyplomu do ręki. Tylko nie patrz w lustro ze wstydu! Chociaż… coraz więcej z obydwu stron takich, którzy patrzą w to lustro z dumą „ale zrobiłem w chuja system” (czyli zaliczyłem, zdałem, zarobiłem, utrzymałem etat, uratowałem szkołę etc.)…

Nauczyciele nie są tacy jak dawniej. Dziś w gąszczu przepisów, papierów, wykluczających się oczekiwań, wielu straciło z oczu powód dla którego nazywają się nauczycielami. Idą na zgniłe kompromisy obniżając wymagania, przepuszczając tych, którzy nie powinni przejść dalej, sami podsuwając młodzieży łatwe rozwiązania. Sytuacje typu „prześlę wam sprawdzian tylko się go nauczcie”, które dotychczas widziałem jedynie w szkole dla dorosłych, teraz wkraczają do szkół dla młodzieży. Belfer wie, że nic nie robią, ale oceny wyrzeźbić musi, bo przecież wszystkich nie zostawi na drugi rok. Dyrektor i ci dla których ważniejszy jest etat od efektów pracy, „zjedzą” takiego co zbyt wiele jedynek stawia. To dlatego dzisiejszy przeciętny absolwent wyższej uczelni jest dziś mniej oczytany i posiada mniejszą wiedzę o czymkolwiek niż dawny maturzysta. I każdy nauczyciel o tym wie. Gdy ostatnio uczyłem w szkole dla dorosłych jedynymi osobami z którymi konkretnie dało się pogadać o tym co na świecie, były osoby 40+… Przypadek? Kiedyś w szkole liczyła się wiedza, była odpowiedź, sprawdzian, kartkówka i z tego były stawiane oceny. Karty pracy? Były zawsze, tylko czy 40 lat temu ktoś wpadł na pomysł aby w liceum z tego dawać ocenę? Teraz bez ocen z kart pracy i innych banałów, wielu po prostu by nie zdało. Wielu moich znajomych w Polsce charakteryzuje tych „nowych” absolwentów jednoznacznie: w pracy nie można na nich liczyć, pozorują pracę, idą na łatwiznę, przerwy przeciągają do granic (nie)możliwości. Ściemniają, nauczyła ich tego nasza rzeczywistość szkolna. Kultura pracy ustępuje kulturze ściemniania. News z jednego ze śląskich żłobków, młoda opiekunka puszcza dwulatkom bajki na tablecie, bo tak przecież łatwiej. Jej cel osiągnięty, ale robota spieprzona.

W domu nie lepiej. Wiecznie zagonieni rodzice coraz częściej nie mają czasu przysiąść, pogadać, pomóc, po prostu być rodzicem. Ale przecież nie można tak łatwo przyznać się do porażki. W świecie ściemy gra się do końca. Wciskamy więc dziecku tablet, wysyłamy bez opamiętania na dodatkowe zajęcia, opłacamy zagraniczne wyjazdy, a co złe zwalamy na szkołę i odium winy z nas spada. Nawet potrafimy się pochwalić przed rodziną, znajomymi i całym światem na FB, że my dla dzieci wszystko. Hipokryzja? Ależ po co te ostre słowa? Kasa wydana, to najlepszy dowód w dzisiejszym świecie. Od małego wciskamy dzieciom elektronikę, potem narzekając jaka ta elektronika zła, ale kupujemy dalej, bo nie chce nam się znaleźć alternatywy. A czasem po prostu chcemy mieć spokój bo sami jesteśmy uzależnieni od smartfona, tabletu, lub lansu w internecie. Mógłbym jeszcze napisać o tym jak wpędzamy nasze dzieci w otyłość, zabierając ich w nagrodę na fast-foody, jak uzależniamy od samochodu, narzekając równocześnie na korki i smog, mając usta pełne ekologii. Ale po co? Ten sam schemat. Wszystkich, którzy robią inaczej niż ogół, obśmiewamy, bo przecież to najlepsza broń przeciwko prawdzie.

Wydałem kiedyś krótką powieść pod tytułem „Ściema”, w której główny bohater odwala w życiu ściemę, ale sam zostaje w końcu ofiarą systemu, który tworzył. Ponieważ akcję umieściłem w „oświatowej otoczce”, bałem się reakcji swojego środowiska, ale tu zaskoczenie. Miałem po cichu wiele pozytywnych informacji zwrotnych z bardzo często pojawiającym się hasłem: „u nas tak samo”. Tekst miał być prowokacją, czymś co zmusi do zastanowienia nad ogromem ściemy w naszym codziennym życiu, ale przeszedł bez echa. Nie lubimy mówić jak wiele wokół ściemy, bo siedzimy w tym po uszy.

Zaprzeczymy. Tak, można zaprzeczyć, to nic nie kosztuje. Dla ludzi żyjących ściemą jedno czy drugie zaprzeczenie rzeczywistości nic nie zmieni. Dlatego nie jest tu argumentem minister, kurator, naczelnik oświaty, dyrektor szkoły czy nauczyciel, który mówi że problemu nie ma. Nie wystarczy mówić, że problemu nie ma, by problem zniknął. Pamiętam gdy znajomy sędzia piłkarski opowiadał mi o wałach i przekupstwach w których nie chciał brać udziału, gdy w tym samym czasie w TV mówiono o oczyszczeniu i uczciwości środowiska sędziowskiego. Mówiłem „zrób coś z tym”, ale on mówił, że lepiej nie, bo chce jeszcze iść na obserwatora. Deja vu? Nie. Gdybyśmy odkryli karty i ukazali ściemę w której bierzemy udział, to wyszło by na to, że zbyt dużo w naszym życiu trzeba by zmienić. Przywykliśmy do ściemy, uważamy ją za stan naturalny i to jest problemem.

A może ten udawany świat jest całkiem fajny? Może nic nie zmieniać? Może w kraju ściemniaczy lepiej się żyje? Może to ja się niepotrzebnie czepiam? Ale chwileczkę… W XX wieku też wielu udawało że nic nie wie i nie słyszy, żyło ułudą normalności. Skończyło się (między innymi) dwoma wojnami światowymi i ludobójstwem. Teraz zagrożenia są jeszcze większe. 7,5 miliarda ludzi. Kończące się zasoby. Rozbudzony konsumpcjonizm sprawiający, że nie chcemy ograniczeń w życiu. Politycy mówiący to, co chcemy słyszeć, niekoniecznie prawdę. Społeczeństwa łykające pseudonaukowy bełkot tychże polityków. Ocieplający się klimat, który rujnuje powoli budżety państw. Wędrówki ludów spowodowane suszami i wojnami. Udawać można do czasu, a prawdziwe życie gdzieś obok trwa… Nierozwiązane problemy wybuchną niedługo mocą bomby atomowej (być może dosłownie). Ten tekst też przejdzie bez echa, choć może powinien być wyryty w kamieniu na wysokiej górze. Ale nie będzie. Nie mam co do tego wątpliwości.