Świat należy do młodych. To oni będą go zmieniać. Ja mogę im w tym co najwyżej pomóc i kibicować. Plany i marzenia każdego, weryfikuje w końcu życie, które kiedyś powie sprawdzam. Nie każdy w swoim życiu będzie kimś wielkim i rozpoznawalnym. Ale czy na pewno? Czy bycie dobrym lekarzem – leczącym ludzi lub zwierzęta, ratownikiem – stanowiącym tę pierwszą rafę o którą odbić się może śmierć, informatykiem – który stworzy program ułatwiający na codzienne życie, nie jest czymś wielkim? Czy bycie fryzjerem, budowlańcem, cukiernikiem lub kucharzem (itd. itp.), którego pocztą pantoflową polecają sobie znajomi nie stanowi wielkości samej w sobie? Czy w byciu dobrym nauczycielem nie powinno być wpisane na pierwszym miejscu wspieranie, by młody człowiek, którego uczymy odnalazł swą mniejszą lub większą wielkość? Czy czasem o tym pierwszym, podstawowym obowiązku nie zapominamy? Ile wielkości stworzyłem? Ile wielkości zniszczyłem? Czy już czas na pierwszy rachunek sumienia? Bo o ile wspierać trzeba, to często sztuką jest też nie przeszkadzać, by wychować ludzi pełnych pasji o których opowiada książka Young Power.

Żeby było jasne, to nie jest recenzja książki, to bardziej refleksja nad rolą szkoły w życiu młodych ludzi. Bo czy zawsze im pomagamy spełniać marzenia? W pierwszej chwili pomyślałem: „Po co taka książka?”. Ale gdy zacząłem zgłębiać temat zrozumiałem, że w tym świecie bombardowanym złymi informacjami, w świecie stereotypów, w świecie anonimowego hejtu wzmocnionego narzędziem jakim jest internet, pozytywne rzeczy ciężko przebiją się do naszych oczu i uszu. Aby równać w górę, musimy te pozytywne przykłady nagłaśniać tak, jak internet w naszych osobach nagłaśniać potrafi wszelkie gafy i niepowodzenia. Krytykować łatwo, zrobić coś trudno. Redaktor Suchecką znam z wielu świetnych i ciekawych artykułów o edukacji, czasem drażnił mnie jedynie jej hurraoptymizm, szukający dobrych stron tam, gdzie ja widziałem więcej złych. Może dlatego, że pracowałem zawsze w miejscach, w których aby dojść do ładu z młodzieżą trzeba było napracować się więcej, aniżeli w topowych liceach. Tam gdzie pracowałem, wypalenie dopadało nauczycieli szybciej. Sukcesem nieraz było samo ukończenie szkoły przez ucznia, albo okiełznanie jakiejś niepokornej duszy pogrążającej się w autodestrukcji… Może tam gdzie pracowałem zbyt często pochylaliśmy głowę by pomóc jednym, a nie starczało nam czasu by innym przypinać skrzydła. Ileż razy o tym mówiłem, zarzekałem się, że więcej uwagi poświęcę by wspomóc rodzący się talent, ale zawsze była większa potrzeba by podawać rękę, by człowiek nie zginął… Nasz system edukacji nie jest nastawiony na szlifowanie diamentów, nie wspomaga w tym nauczycieli, niestety. Ale tym ważniejszym jest pokazanie przykładów. Więc dlaczego dopiero teraz powstała ta książka? Ale dobrze że powstała. Powinna znaleźć się w każdej podstawówce, jako inspiracja, że gdy bardzo chcesz iść do gwiazd, to zawsze warto próbować.

Miałem kiedyś dosyć szkoły, zerwałem wszystkie umowy, pracowałem poza oświatą. Wróciłem przypadkowo, na tyle przypadkowo, że można to opowiadać jako anegdotę. Ale gdy wróciłem, już w pierwszym tygodniu poczułem to, czego brakowało mi przez te kilka miesięcy. Młodą siłę, świeżą energię, która sprawiała, że od razu poczułem się młodszy. Poczułem się lepiej. Zrozumiałem, że to tędy biegnie droga do przyszłości, bo od nich zależy los świata. Postanowiłem sobie wtedy, że tak długo jak zostanę w oświacie, moim celem będzie młodzież i tylko młodzież. Nie durne papiery, nie dyrektorzy ze swymi różnymi, dziwnymi wymaganiami, nie MEN ze swoimi podstawami ściągniętymi z Księżyca, nie kuratoria, ze swoimi odrealnionymi wytycznymi. Postanowiłem, że nie będę dobrym pracownikiem, a tylko dobrym nauczycielem. A jak się nie podoba to wypowiedzenie proszę położyć na stole. Już wiem o co chodzi w tym zawodzie. Na początku mojej kariery w edukacji ktoś kiedyś powiedział, że dopiero stary belfer wie, o co chodzi w uczeniu, nabiera refleksji pedagogicznej. Kiedyś się z tego śmiałem, dziś wiem, że tak jest.

Przeglądałem ostatnio Facebooka. To z jednej strony pożeracz czasu, ale z drugiej strony pozwala nam jak nigdy wcześniej zajrzeć w życie tych, których się kiedyś uczyło. Ci przed nami nie mieli takiej możliwości. Przechodziłem od byłych uczniów, których mam dodanych do znajomych, przez ich znajomych, także znanych mi ze szkoły. Wchodziłem na profile uczniów, których uczyłem już dawno temu, o których prawie zapomniałem. Wracały obrazy, sytuacje. Oglądałem ich zdjęcia. Pokazywali to co w ich życiu najlepsze, dumę z dzieci, dumę ze zdobytego wykształcenia, dumę z wykonywanego zawodu, z odwiedzonych miejsc. Różnie w szkole bywało, ale dali w życiu radę. Uśmiechałem się na ich widok, a jednak gdzieś z tyłu głowy kołatała się myśl: Czy im pomogłem, czy może jakimś niezręcznym słowem podciąłem komuś skrzydła? Czy zawsze wspierałem, czy może byłem gdzieś zbyt małostkowy? Może zbyt często spoglądałem na nich jedynie przez wąski pryzmat swych specjalizacji? Czy właściwie wykorzystałem ich młody potencjał… Tego nie uczą na studiach. Niestety. Młodzi nauczyciele zanim nauczą się pracować mogą wiele zepsuć. Lecz mają na starcie rzucane pod nogi same kłody, a powinni być wspierani w szczególny sposób, bo są rzeźbiarzami ludzkich dusz… Pośrednio decydują o przyszłości. To duża odpowiedzialność. Jeśli gdzieś zawaliłem – wybaczcie. Już nie naprawię, ale wyciągnę wnioski na przyszłość.

Polska szkoła ma problem, jak wiele szkół na świecie. Nauczyciele mają problem. Niedoinwestowani, przeładowani niepotrzebną pracą, przywaleni biurokracją nie zawsze są w stanie dostrzec indywidualność danego człowieka. Nie zawsze są w stanie wzbudzić pasję, lub ją rozwinąć. Dlatego potrzeba pozytywnych przykładów. To też książka dla nauczycieli. Niech uczą, że każdy znajdzie swoją niszę w życiu. Niech przypominają by każdy z szacunkiem słuchał, co drugi ma do powiedzenia. Nie bójmy się uczyć i pod wpływem zdobytej wiedzy zmieniać zdanie. Niech każdy będzie wielki na swoje możliwości, bo suma tych małych wielkości pozwoli nam poprawić ten świat.