Zgodnie z zapowiedziami wszystkich partii tworzących przyszły rząd, powinno dojść do zmian w podstawach programowych. Kto powinien o nich decydować? Ile powinna trwać taka reforma? Jakie powinny być rozwiązania przejściowe? Trzeba poważnie zastanowić się nad tymi pytaniami. Pośpiech nie jest właściwy. Nie możemy pozwolić sobie by znów przyjąć kolejne rozwiązania na łapu capu.
Miejmy nadzieję że nikt nie narzuci rozwiązań z góry, byłoby to w stylu poprzednich ministrów edukacji. Wszystkowiedzących mamy już serdecznie dosyć! Jeśli o kształcie podstaw w podstawówce i liceum będą decydowali jedynie akademicy, albo nauczyciele tylko topowych szkół , to z góry mówię, że to się nie uda. Potrzeba dyskusji, ludzi z wielu poziomów nauczania, praktyków, którzy te pomysły będą wcielać w życie także w słabych szkołach. Potrzeba szerokich konsultacji podpartych badaniami ankietowymi wśród zwykłych nauczycieli. I to nie takich w stylu „zrób to na wczoraj”, tylko takich gdzie nauczyciel faktycznie znajdzie czas by usiąść i zastanowić się jak widzi nowe rozwiązania, co zostawić,
a co wyrzucić i dlaczego. W oświacie za dużo rzeczy robimy „na wczoraj”, byle szybciej, byle papier przyjął…
Choć zmian w podstawach nauczyciele najchętniej oczekiwaliby od zaraz, to paradoksalnie pośpiech niczego dobrego tutaj nie przyniesie. Ustalanie nowych podstaw na szybko, będzie skutkowało dużą ilością nieprzemyślanych decyzji
(i kolejnymi narzekaniami na podstawy). Niestety reforma programowa powinna potrwać kilka lat, to i tak będzie ekspresowe tempo, ale jeśli wypełni się ten czas badaniami, konsultacjami wśród nauczycieli, to może zdążymy w ciągu jednej kadencji sejmu. Czasem lepiej zrobić coś wolniej, zebrać więcej danych, przedyskutować coś dłużej, niż przyjąć szybko kolejne złe rozwiązania.
A może pilotaż? Może pewne rozwiązania wprowadzić najpierw w wybranym regionie lub mieście, by przetestować zmiany? Pamiętajmy, że każde zmiany programowe to eksperyment na żywym organizmie. A chcemy też jakości.
W odchudzeniu podstaw nie chodzi przecież tylko o to by odciążyć uczniów, ale by tak poukładać pozostałe w podstawie elementy, aby uczeń uzyskał spójny obraz świata, zgodny z dzisiejszym stanem nauki. Aby „mniej” przełożyło się na „lepiej”…
A może na już ustalmy pewne żelazne punkty podstaw według których będzie można odciążyć uczniów przygotowujących się do matury i innych egzaminów. Czyli uczcie się na razie według starych podstaw, ale na egzaminach nie będziemy wymagać wszystkiego – to dobre rozwiązanie przejściowe, pozwalające z jednej strony przeprowadzić egzaminy, a z drugiej strony odciążyć uczniów i nauczycieli, którzy obecnie często nie są w stanie zrealizować w całości rozbudowanej podstawy programowej (w rzeczywistości, bo na papierze wszystko się zawsze zgadza…). Takie rozwiązanie dałoby też czas na spokojną pracą nad nowymi, odchudzonymi podstawami.
Bo te nowe rozwiązania trzeba tak przemyśleć i zaplanować, aby z realizacją podstawy zdążył każdy nauczyciel, aby każdy uczeń na danym etapie opanował pewne zagadnienia i uzyskał podbudowę do kolejnego etapu. Aby nie uczyć tego, co już dawno uczeń powinien umieć, co dzieje się niestety nagminnie, bo uczeń tego nie umie. Przeładowana podstawa wymusza gonitwę na każdym przedmiocie, bez oglądania się za siebie, na jakość wykonanej pracy. Nowa podstawa musi dać czas na powtórzenie i utrwalenie tego o czym uczymy. Lepiej zrealizować mniej, ale lepiej, niż dużo po łebkach…
I jeszcze jeden szczegół, ale ważny. Reforma programowa powinna trafić na dobrze opłacanych nauczycieli i dobrze wyposażone szkoły. Wtedy mniejsza ilość przełoży się na jakość. Nowa podstawa, to zawsze więcej roboty, nie wdrożą jej kiepsko opłacani nauczyciele, uczący z konieczności w dwóch, lub trzech szkołach. Nawet najlepsze zapisy w podstawie nie będą zrealizowane, gdy nauczyciel nie będzie miał gdzie albo na, czym zrobić ćwiczenia lub doświadczenia…









Dodaj komentarz