Szkoły przepełnione są sfrustrowanymi i przemęczonymi nauczycielami. Ilość problemów, z którymi styka się wychowawca jest co najmniej dwa razy większa niż kiedyś, a ilość godzin, które trzeba poprowadzić aby zarobić, jeszcze kilka lat temu uznana byłaby za nadający się do leczenia pracoholizm. Zaś ilość osób, które nie pracują ponad swoje siły w każdej szkole zmniejsza z roku na rok. Wzrasta za to ilość osób pracujących w więcej niż jednej placówce, co utrudnia funkcjonowanie szkołom. Wszystko wymienione powyżej wpływa na obniżenie jakości pracy z uczniem. Dokąd nas to szaleństwo zaprowadzi, jeśli nie będzie szybkich zmian?

Pierwsze lata mojej pracy w oświacie, jak chyba każdego młodego nauczyciela, były sporym wysiłkiem. Trzeba było sobie stworzyć warsztat, wypracować metody. Nigdy jednak nie przekroczyłem bezpiecznej (dla zdrowia i jakości pracy) ilości godzin. Etat plus parę nadgodzin. I tak byłem wiecznie zarobiony. Dziś tamte czasy wspominam jak sanatorium. Dzisiaj półtorej etatu w dwóch szkołach to nie pasja, lecz rzeczywistość konieczna do przeżycia. Wielu pracuje na dwóch i więcej etatach. To nie nauczyciele, to zombie.

Jest tylko jedno rozwiązanie. Podwyżki urealniające płace nauczycieli do dzisiejszych cen towarów i usług oraz coroczna indeksacja tych pensji w zależności od wysokości inflacji. Pozwoli to wielu nauczycielom na rezygnację z dodatkowej pracy ponad siły i skupienie się na jednej szkole, na swoich uczniach, na ich edukacji i problemach. Bez strachu, że nie przeżyje się do pierwszego. To powinna być normalna  sytuacja, komfort, którego dziś nie ma żaden nauczyciel. Normalność o której marzę, albo to co po prostu robiłem codziennie kilkanaście lat temu. Powrót do tego co powinno być standardem, bo od kilku lat wszystko stoi na głowie: gonimy za dodatkową pracą, nie poświęcamy tyle uwagi uczniowi ile powinniśmy poświęcić. Budzi to naszą frustrację bo nie robimy tego z lekceważenia, ale z konieczności. W tym roku szkolnym mam około 330 nowych uczniów. Ilu z nich zapamiętam w tym roku szkolnym? Ilu z nich będzie tylko numerem w dzienniku? Ilu nie rozwinie skrzydeł przez mój brak czasu?

Nie czuję się winny. Pracuję więcej by utrzymać rodzinę. To politycy powinni się wstydzić, że doprowadzili do takiej sytuacji. Ale powrót do stanu, gdzie pracuję w jednej szkole, w której mam ewentualnie parę nadgodzin, to nie żadne wygórowane wymagania, a jedynie powrót do normalności, to konieczność. Jeśli społeczeństwo chce by do zawodu wrócili młodzi i by starsi nauczyciele przestali się zwalniać – nie ma innej drogi. Każdy ma dzieci w rodzinie, każdy korzysta z usług, które będą pogarszać się, jeśli upadać będzie system edukacji. Każdy musi zrozumieć, że to interes całego społeczeństwa. Bo każdy chodzi do lekarza, każdy wynajmuje fachowca do rzeczy na których się nie zna. Tych ludzi kształcą nauczyciele, jeśli będą to ludzie z przypadku, jakość usług pogorszy się…

Każdy by chciał aby jego dzieciom lub wnukom nauczyciel poświęcał maksimum uwagi. Obecnie nie każdy daje z siebie wszystko. Bo nie płacą, więc w imię czego się wysilać? Bo trzeba gonić do kolejnej szkoły, więc trzeba stale się spieszyć. Bo obsłużenie dodatkowych godzin wymaga dodatkowego czasu, a tego czasu po prostu nie ma, doba trwa tylko 24 godziny. Bo po studiach pedagogicznych nie zawsze idą do szkoły ci najlepsi, bo nie każdego stać na to by być nauczycielem…

Na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie. Obecnie nauczyciele zombie trzymają polski system edukacji przy życiu, bo łatają dziury poza swoją szkołą. Gdy nauczyciele dostaną wreszcie satysfakcjonujące podwyżki, to będą mogli skupić się na jednym miejscu pracy, wielu z nich z tego skorzysta, ograniczając swą aktywność w innych placówkach. Albo zrezygnują tam z części etatu, albo ograniczą tam liczbę godzin. Dziś dyrektorzy ich macierzystych placówek nie przeszkadzają w dorabianiu, wiedzą, że bez tego nauczyciel nie przeżyje do końca miesiąca, bo sami nie płacą mu satysfakcjonujących pieniędzy. Po podwyżkach będą coraz częściej wywierać nacisk by nauczyciel poświęcił czas jednej szkole. Polska oświata może w krótkim czasie potrzebować wielu dodatkowych rąk do pracy, gdy nauczyciele zombie będą rezygnować z godzin w innych szkołach, bo wypłata z jednej pracy będzie nareszcie większa. Kto ich zastąpi? Czy dla młodych nauczycieli pensja po podwyżkach będzie na tyle atrakcyjna by podjąć pracę w oświacie?  Czy nie zniechęci ich biurokracja, roszczeniowi  rodzice i zachowanie uczniów?  Czy szkoły, które dziś opierają się na nauczycielach zombie, znajdą dla nich zastępców? Niełatwa praca przed tymi, którzy podejmą się naprawy tego systemu… Ale trzeba tę pracę wykonać… Trzeba tę próbę podjąć.