Nie jestem wzorem rodzica współpracującego ze szkołą. Oczywiście chodzę na zebrania, konsultacje, odpowiadam na wezwania. Z drugiej strony robię się malutki, gdy wybierany jest samorząd klasowy, nie mam na to czasu, jak wielu rodziców. Nie jestem jednak typem malkontenta i akceptuję, to co samorząd postanowi, z prostej przyczyny: bo sam nie chciałem się angażować.
Autor: Jarek Bloch (Strona 23 z 24)
Dwie sceny z życia dzisiejszej szkoły. Obrazek pierwszy: wywiadówka w pierwszej klasie podstawówki. Ja jako rodzic. Wchodzimy do pani pojedynczo, pani indywidualnie konsultuje każdy przypadek, niby fajnie. Jednak 3/4 konsultacji polega na zarzucaniu rodzica informacją jak dziecku wyszły kolejne testy. Gdzie wstawił kółko a gdzie kwadrat, gdzie dobrą literkę a gdzie złą. Ok, to ważne, ale po wyjściu mam wrażenie, że moje dziecko zostało sprowadzone do roli maszynki rozwiązującej testy, wolałbym więcej o dziecku. Nie mam pretensji do pani, jest z tego rozliczana, stara się robić coś „oprócz”, ale swoją porcję testów dziecko musi przerobić. Witamy u progu szkolnej kariery w Polsce.
Od razu mówię, że do zamieszczenia tego wpisu skłoniła mnie wypowiedź znanego amerykańskiego politologa Francisa Fukuyamy dla magazynu Newsweek, w które odniósł się także do Polski, a ponieważ opinia kogoś, kto patrzy na kraj z zewnątrz i w dodatku posiada kopalnię wiedzy o procesach gospodarczych i społecznych, powinna być dla nas szczególnie cenna, dlatego pozwolę jej fragment przytoczyć (za magazynem Newsweek 1/2013).
Uff… nareszcie Ministerstwo pokazało ludzkie oblicze i wycofało się z idiotycznego pomysłu p. Hall przewidującego tworzenie zespołów ds pomocy uczniom. Całe szczęście bo biurokratyczna machina już ruszyła i miałem okazję jesienią podpisywać stertę papierów dublujących już istniejącą dokumentację (dziennik, dokumentacja wychowawcy, psychologa itp.).
Ileż to już słyszałem pochwał i zachwytów nad tzw pokoleniem Y. Rzeczywiście, są inni niż my, ale czy na pewno to co niektórzy wypisują w artykułach w prasie oświatowej, jest prawdą? Rewolucja informatyczna zachodziła w trakcie mojego życia, gdy byłem mały nie wiedziałem co to komputer, teraz piszę ten tekst na zgrabnym laptopie i niedługo poślę go do sieci, by każdy kto ma do niej dostęp mógł to przeczytać, zgodzić się z tym lub skrytykować mój sposób myślenia. Nie dorastałem z siecią i komputerami, tak jak obecne pokolenie Y, ale z dzisiejszą techniką jestem na bieżąco. A ponieważ pracuję z młodzieżą od dawna, to chciałbym obalić kilka mitów, które dotyczą współczesnych młodych ludzi, wychowanych już w wirtualnej rzeczywistości.
Dużo ostatnimi czasy (szczególnie w kontekście reformy programowej) słyszy się o doszkalaniu nauczycieli. Wygląda na to jakby to nauczyciele byli najsłabszym ogniwem, stojąc na drodze świetlanej wizji oświaty, przedstawianej przez ministerstwo i samorządy. A ja się z tym nie zgadzam. Powiem więcej: uważam, że akurat nauczyciele są jednym z najsilniejszych ogniw. Oczywiście nie jest tak, że wszyscy są idealni, ale z pewnością jest to grupa, która duużo się uczy i może z niej brać przykład reszta społeczeństwa. W czym więc problem? Dlaczego ci wyszkoleni nauczyciele nie zmieniają naszej oświaty? Bo nie mają szans… Bo po każdym szkoleniu wracają do swojej szkoły, gdzie wiele pomysłów jest po prostu trudnych, lub wręcz niemożliwych, do realizacji. Co powinno się zmienić? Przecież każdy to od lat dobrze wie i rozumie.
Każda szkoła działa w gąszczu przepisów prawnych. Mam często wrażenie, że mnogość przepisów paraliżuje szkołę, przynajmniej w niektórych działaniach. Dużo ostatnio mówi się o tym jak to szkoły generują koszty, które nie są w stanie udźwignąć gminy. Czymś co generuje coraz większe koszty jest nauczanie indywidualne.
Kupiłem niedawno komplet podręczników dla syna w podstawówce. 300 złotych. Może nie było by to takie straszne gdyby nie to, że za rok do pierwszej klasy pójdzie drugie dziecko i wydam 600 zł, a to dlatego, że używanie podręczników starszego brata jest… niewykonalne.
Z edukacją jestem związany od 11 lat, myślę, że za ten okres mógłbym wystawić mojemu państwu niezły rachunek. Nie to żebym narzekał… w końcu nie tylko ja dopłacam do swojej roboty. Ale gdyby tak się uprzeć, to szkoła zbankrutowała by w pierwszej kolejności na rachunkach telefonicznych.
Gdzie te czasy gdy nauczyciel był autorytetem dla uczniów i rodziców, gdzie jego zdanie liczyło się na tyle, że był w stanie pokierować życiem młodego człowieka. Dzisiaj trzęsiemy portkami przed uczniem i przed jego rodzicami.








