Nie wiem czy publika zauważyła, że reforma edukacji weszła w nową fazę. To faza malowania trawy na zielono. Prowizorka ruszyła, a jak to z prowizorką bywa, tu i ówdzie wychodzą niedoróbki. Rzeczy, których oślepione propagandą sukcesu umysły nie mogły wcześniej przewidzieć. W Polskę ruszyła pierwsza nauczycielka, która niczym pierwsi sekretarze w czasach realnego socjalizmu, składa robocze wizyty, by pochylić się nad głosem ludu, a jeśli trzeba to pogrozić palcem tym, którzy trawy pomalować nie zdążyli.

W odwiedzanych miejscach uczucia kontrolowanych mieszane. Popłoch wśród tych, którym z racji przynależności politycznej nie wypada krytykować poczynań władzy. Konsternacja dyrektorów, bo niektórzy najchętniej bluzgnęliby w twarz soczystą kurwą, ale działając na styku lokalnej polityki, po prostu nie wypada lub nie można, więc robią dobrą minę do złej gry. Wkurw rodziców, którzy wyliczają niedociągnięcia istniejącego stanu rzeczy. I jedno niezmienne, zatroskana twarz pierwszej sekretarz, ubolewającej na tępe jednostki, które nie dorosły aby realizować śmiałe wizje, które pani sekretarz osobiście nakreśliła.

A problemów wiele. A to nie ma książek, mimo że miały być na 1 września. A to w książkach bzdury i rzeczywistość wykrzywiona ideologią. A to uczniowie zbyt późno kończą, bo przecież nikt nie przewidział, że w niektórych szkołach będzie tłok. A to jest za dużo godzin i dzieciaki siedzą w szkole dłużej niż w starej podstawówce i złym gimnazjum. A to nie ma pracowni i dzieci biegają pomiędzy szkołami aby mieć chemię lub fizykę. A to szkoła stoi pusta, bo chciejstwo urzędników nie pokryło się z chciejstwem rodziców. A to migrują nauczyciele, bo w wygasających szkołach nie widzą przyszłości i szukają pewniejszego zatrudnienia, lub z oświaty odchodzą. A to nie można tych nauczycieli znaleźć, bo nikt nie chce robić kilometrów po 2 godziny lekcyjne. A to kibelki wiszą nie na tej wysokości i dzieci nie mogą zrobić siusiu, czy też ławki są zbyt duże lub zbyt małe, w zależności czy migrowały z gimnazjum do podstawówki, czy w drugą stronę. A to polityczne sępy zbierają się nad uwolnionym majątkiem i chcą go przejąć za bezcen. Etc etc. Jest tego więcej, a niezależne media robią dobrą robotę wytykając pierwszej sekretarz, że przecież wszystko miało być na 1 września gotowe, bez żadnych kłopotów.

Ale nic to. Pierwsza dama naszej edukacji dobrze wie, że jeżeli przyznałaby rację w chociażby jednym przypadku, to okaże się, że postulaty wydłużenia okresu wprowadzania reformy, byłyby słuszne i potrzebne. Okazałoby się, że tak naprawdę nad niczym nie panowała, a jej wielka „dopracowana” reforma, to jedna wielka prowizorka. Niestety tak nie może być. Pierwsza sekretarz postanowiła, że problemów nie ma, a ona sama miała oczywiście rację. Wtórują jej media, które do niedawna uważały się za niezależne, a dziś spijają każdą bzdurę z ust wszelkich jakich takich… Dlatego winne są samorządy, dyrektorzy, nauczyciele. Ona nie. Podli dywersanci podkopujący dobrze wprowadzany projekt, który ma uzdrowić wszystko. Stąd ta aktywność. Czysty PR. Należy pokazać swą dobrą, gospodarską twarz. Nakazać poprawę nieodpowiedzialnym samorządowcom i dyrektorom. Wskazać palcem winnego.

Tylko… pierwsza sekretarz polskiej edukacji musi szykować się na długą podróż i mieć w zanadrzu mnóstwo bonusów, bo to dopiero początek wdrażania reformy. Bonusów takich, jak ten dodatek dla grzecznych nauczycieli. Jak okrojony egzamin na koniec 8 klasy. Niedługo wprowadzi zakaz zadawania do domu, za co pokochają ją po wsze czasy dzieci, ale także spora część rodziców, uważających naukę ze swoim dzieckiem za czas stracony. Ci także będą wdzięczni za zrzucony z nich obowiązek, który przeszkadzał konsumowaniu 500+. I o to chodzi pierwszej sekretarz, bo głównym celem jest wychowanie takiego człowieka, który będzie chciał kontynuacji i w wyborach zakreśli właściwą osobę. Dlatego pasja z jaką będzie jeździła po Polsce i gasiła pożary, podsycana będzie perspektywą wiecznej władzy i kokosów stąd spadających. A pociąg o nazwie „Postęp” będzie uciekał, uciekał, uciekał…

Miałem nie pisać już o reformie oświaty. Przetoczyło się, a jako mający inne zdanie niż MEN, uznałem się za pokonanego. Ale gdy w zeszłym tygodniu sprawdzałem plecak syna, zresztą 7-klasisty, a w tym plecaku zobaczyłem wszystkie książki i zeszyty na kolejny dzień, przeraziłem się. Plecak się nie domykał. A nie znajdowało się w nim nic zbędnego. Wkurzyłem się. Dwukomorowy, wojskowy plecak, który można spokojnie wziąć na wycieczkę… Zrobiłem z synem plan, co musi być w której kieszeni, aby się zamykało i aby nie pognieść podręczników, które przecież trzeba oddać. Bo będzie wydatek jak zniszczy, podobnie jak koszt nowego plecaka o którym już myślę… Jaki będzie efekt wyładowania dnia lekcjami, a głowy wiedzą? Trzy lata w dwóch… jak w reklamie. Tyle, że tu chodzi o czyjeś życie…