Pani minister zaczęła urzędowanie od wymiany kuratorów w poszczególnych województwach. To dobry ruch, bo przykład pani Nowak pokazywał do jakiej patologii doprowadzili ten urząd poprzednicy, teraz powinny za tym pójść decyzje o odpolitycznieniu tego urzędu. Pozytywne na razie jest to, że ludzie zgłaszają mnóstwo pomysłów na zmiany w oświacie, choć często są to pomysły gryzące się. Ale to dobrze, bo to oznacza, że widzimy szansę na jakiekolwiek przemiany, czego nie widzieliśmy jeszcze kilka miesięcy temu. Jednak pani minister powinna wykazać się tu sporą dozą ostrożności, by zrobić coś dobrego dla oświaty (niekoniecznie efektownego) i nie popaść przy tym w śmieszność. Dosyć już mamy śmiesznych lub tragicznych ministrów…

Na panią minister czeka sporo pułapek, wynikających z życia i sprzecznych oczekiwań. Nie wolno rozmieniać się na drobne. To nie minister edukacji
a dyrektor szkoły powinien zajmować się uczennicą, która nie miała 10 zł na szlachetną paczkę, której nauczyciel narzucił przymusową składkę… Nie wolno postępować zerojedynkowo, nagle rezygnując z zadań domowych i nie dając nic
w zamian, bo przecież często TRZEBA ćwiczyć uczone rzeczy. Tym, którzy sądzą, że zadania są zupełnie niepotrzebne trzeba powiedzieć zdecydowane nie. Ograniczać, nie likwidować, bo na razie nie ma na to warunków. Łatwo wpaść w pułapkę by oświatę uczynić „fajną” a przy okazji zgubić jej podstawowy sens, że ma czegoś nauczyć. Rezygnacja z zadań domowych powinna odbywać się łącznie
z ograniczaniem liczby uczniów w klasach, bo to pozwoli na większą indywidualizację pracy i na ćwiczenie tego co miałoby być zadane na lekcji (ilu
z ponad trzydziestu osób w klasie w tej chwili ma szanse znaleźć się przy tablicy?). Ale nie jest to proste, bo ograniczenie uczniów w oddziale to… więcej oddziałów, czyli więcej wydatków, bo trzeba zatrudnić więcej nauczycieli… Można też zapewnić dzieciom opiekę po lekcjach, by zostały w szkole godzinę lub dwie po regularnych lekcjach i pod okiem nauczycieli wspomagających przećwiczyły to, co trzeba przećwiczyć. Ale nauczyciele wspomagający to też wydatek. Obydwie opcje wiążą się z wydatkami. Czy państwo na to stać? Jest też trzecia możliwość – ograniczyć podstawy programowe, bo wtedy materiał będzie do zrealizowania i powtórzenia. Ale tu jest podstawowy warunek: nie może za tym iść zmniejszenie liczby godzin, bo wrócilibyśmy do punktu wyjścia… Najgorsza opcja to po prostu zlikwidować zadania i nie dać nic w zamian. Boję się, że taki krok jedynie obniży poziom nauczania i odbierze szansę słabszym uczniom na dogonienie tych lepszych… Projekt rozporządzenia już jest dostępny i budzi wiele kontrowersji wśród ekspertów od oświaty. Może warto nad tym projektem popracować trochę dłużej, by wprowadzać w życie decyzje przemyślane, bo na razie trąci to wszystko populizmem… Polacy mają dość specyficzne podejście do pracy. Jeśli będzie dobrowolność wykonywania zadań, to skończy się to tym, że bardziej świadomi rodzice będą pilnować ich zrobienia, a większość nie, bo skoro nie trzeba…  Wielu uczniów straci przez to szansę na dobrą edukację…

Kolejnym przykładem są egzaminy maturalne. Jedni dziś domagają się zwiększenia progów punktowych (zaostrzenia) drudzy chcą likwidacji egzaminów ustnych (złagodzenia).  Tutaj także nie można być jedynie populistą. Można zwiększyć progi punktowe, ale musimy liczyć się z tym, że zdawalność spadnie, co będzie paliwem politycznym dla opozycji. Do podwyższenia progów więc raczej nie dojdzie. A zamiast likwidacji matur ustnych może zrobić je dobrowolne, ale dobrze punktowane na wybranych uczelniach. Wtedy ten kto przystąpiłby do ustnych uzyskiwałby dodatkowy bonus, a ci idący na łatwiznę nie… To jedno z rozwiązań.

Innym przykładem jest egzamin 8-klasisty. Pojawiły się głosy by go zlikwidować, bo nie daje informacji zwrotnej dotyczącej ucznia, który przecież odchodzi ze szkoły. Uważam, że tak nie jest. Daje nam to informację o poziomie nauczania w danej szkole (lub poziomie uczniów – bo pamiętajmy, że podstawówki podlegają rejonizacji, więc siłą rzeczy wyniki są lepsze w dzielnicach gdzie mieszkają lepiej wykształceni i bardziej świadomi roli edukacji rodzice).  Egzamin ten pozwala nam przeprowadzić rekrutację do szkół ponadpodstawowych. Jego likwidacja wiązałaby się z powrotem do egzaminów wstępnych, co siłą rzeczy jest systemem bardziej uznaniowym a nawet korupcjogennym… Zamiast likwidować, skupiłbym się raczej nad udoskonalaniem tego egzaminu.

Nie wszczynałbym też krucjaty antyreligijnej. Nie można wszystkich katolików w Polsce wrzucać do jednego worka z ekstremistami w stylu Czarnka i Nowak, albo
z jurnymi chłopakami z parafii w Dąbrowie Górniczej… Jest w Polsce wiele społeczności gdzie religia w szkole wciąż będzie miała rację bytu, nie można na to patrzeć jedynie przez pryzmat dużych miast, gdzie faktycznie na religię chodzi mniejszość. Pani minister powinna jedynie wywierać nacisk by odbywało się to na pierwszych lub ostatnich godzinach, by można ograniczyć liczbę godzin do jednej, a przede wszystkim aby zmienić zasady finansowania. Powinniśmy dążyć do modelu w którym szkoła udostępnia związkom wyznaniowym salę po południu, ale za prowadzenie zajęć katecheta dostaje wynagrodzenie z właściwego związku wyznaniowego, który ma na to pieniądze z odpisu podatkowego poczynionego od wiernych… Ale uświadommy sobie też ważną rzecz – po 8 latach rządów prawicy,
w kraju są na razie ważniejsze rzeczy do naprawy i kwestię finansowania godzin z religii można odłożyć na drugą część kadencji. Tym bardziej, że ten rok to kolejny rok kampanii wyborczej.

Podobnie na drugą część kadencji zostawiłbym takie kwestie jak likwidacja ocen
z niektórych przedmiotów. To słuszny postulat, ale także do przemyślenia, na spokojnie. Trzeba to zrobić tak aby nie wstawiać niepotrzebnych ocen, ale jednocześnie by nie zakwestionować sensu nauczania tych luźniejszych, ale ważnych przedmiotów. Proponowałbym (przynajmniej w szkole średniej) kryterium zaliczenia: pewien próg obecności i np. prezentację (praca pisemna, poster, prezentacja multimedialna – do wyboru) z wybranego tematu na zaliczenie zajęć, które zamiast oceny miałyby adnotację „zaliczone/niezaliczone”.

W miarę szybko dało by się zlikwidować obowiązek wystawiania świadectw po każdej klasie. Jak już kiedyś pisałem (i co postuluje też wielu), obowiązek wystawienia świadectwa byłby jedynie na koniec szkoły, oraz w sytuacji gdy uczeń przenosi się do innej szkoły po zakończeniu roku szkolnego.

Każde działanie wymaga czasu i uważności, aby nie dochodziło do wynaturzenia skądinąd słusznych postulatów. Nie wszystkie działania muszą być efektowne, mają być efektywne, mają ułatwiać pracę i naukę. Przełożenie pomysłów na przepisy prawa też wymaga czasu, dobrze wiemy, że źle postawiony przecinek zmienia sens zdania. Wiele zmian w szkole wymaga sporych nakładów, wprowadzanie czegoś za czym nie idą pieniądze pozostanie rozwiązaniem na papierze, o tym też powinniśmy pamiętać. Jeszcze raz powtórzę, że polska szkoła nie potrzebuje dziś rewolucji, bo zbyt wiele ich przechodziła w ostatnich 25 latach. Powinni o tym pamiętać zarówno pracownicy szkół, którzy chcą zmian, jak i ci, którzy o tych zmianach dziś decydują. Nie wszystkie postulaty można załatwić od ręki, czasem nawet nie jest to wskazane. Pewnie też nie na wszystkie postulaty wystarczy środków… Ważne by była komunikacja pomiędzy władzami a środowiskiem edukacyjnym, by zawalone pomysłami ministerstwo potrafiło merytorycznie o nich dyskutować…