Za kilka dni początek roku szkolnego. Pani minister deklaruje, że chciałaby odbudować prestiż zawodu nauczyciela. Jednak na razie ta odbudowa będzie
(jak usłyszałem) bezkosztowa… Bezkosztowa czyli jej nie będzie, bo nie można odbudować prestiżu zawodu, którego wykonywanie obwarowane jest szeregiem wymagań, a w którym zarabia się mniej niż osoba bez wykształcenia…

Jadąc ostatnio tramwajem dostrzegłem ofertę pracy dla kontrolerów biletów. Kwota, która tam widniała była wyższa niż pensja nauczyciela dyplomowanego.
To tylko jeden z przykładów. Ciągłe windowanie pensji minimalnej tak spłaszczyło zarobki, że nie opłaca się już być nauczycielem. Będziemy więc w najbliższych latach opierać się na ludziach, którzy albo czekają na emeryturę, albo na pasjonatkach utrzymywanych przez mężów. A może wprowadźmy kolejny żelazny wymóg do wykonywania zawodu nauczyciela (oprócz odpowiedniego wykształcenia i niekaralności), aby każda nauczycielka miała męża (nauczyciel żonę) zarabiającego równowartość co najmniej 1,5 średniej krajowej. Wtedy sprawę finansowania nauczycielek będziemy mieli załatwioną. W dodatku zwiążemy wykonywanie zawodu ze średnią pensją… co prawda pensją męża (żony), ale efekt będzie podobny i dla budżetu państwa bezkosztowy.

Nikt nie spodziewał się wysokich pensji od razu, ale każdy spodziewał się konkretnego planu zmierzającego do osiągnięcia prestiżowych zarobków rozłożony na całą kadencję. W zamian mamy chowanie głowy w piasek, co jest zupełnie sprzeczne z deklaracjami sprzed wyborów. Bo przecież jest obecnie większość, która takowy plan może uchwalić. Mało tego, jest większość by pensje nauczycieli (zgodnie z projektem ZNP) powiązać ze średnią pensją w gospodarce. Tyle że ta większość nie chce tego zrobić. Brak politycznej woli. Większość nauczycieli zagłosowała na Koalicję 15.X w nadziei na zmiany, niestety ta największa grupa zawodowa została po raz kolejny oszukana i zlekceważona. Tylko teraz boli to bardziej…

Nauczyciele mogą czuć się rozczarowani. Bo nie jesteśmy głupcami. Widzimy,
że pieniądze są. Politycy koalicji wydają je lekką ręką by kontynuować populistyczne programy rozpoczęte przez PiS a nawet próbują przebić hojnością poprzedników. Nadal zakupy dla wojska bardziej przypominają sen szalonego zakupoholika aniżeli przemyślane działania (np. 96 śmigłowców Apache do których nie mamy załóg i mechaników, które trzeba będzie za spore pieniądze wyposażyć… Nawet wojsko mówi że to za dużo). A na oświatę nie ma. Stoi to
w sprzeczności z deklaracjami sprzed wyborów, smutne to, ale tego należało się spodziewać. Byliśmy narzędziem do wygrania wyborów, a teraz mamy siedzieć cicho i cieszyć się z wyrównania inflacji w przyszłym roku. Tyle że za takie pieniądze prestiżu nie ma i nie będzie. Jeśli nie teraz to kiedy? Na oświatę ZAWSZE brakuje pieniędzy. Za to pensje posłów są sukcesywnie waloryzowane
i to regularnie. Zakupy dla wojska to też nie argument. Wojny nie prowadzimy,
a dzisiejsza mizeria w wyposażeniu jest winą polityków, jednak nikt z nich nigdy nie poniósł za te zaniechania personalnej odpowiedzialności.

Prestiż zawodu nauczyciela nie zostanie odbudowany bez inwestycji
w nauczycielskie zarobki. Prawie nikt obecnie nie podejmuje pracy z poczucia misji. Czym ministerstwo chce przyciągnąć do zawodu nauczyciela? Czy koalicję, która tyle mówi o prawach kobiet nie razi fakt, że nauczycielki żyją przeważnie
na utrzymaniu swoich mężów? Troska o prawa kobiet w koalicji kończy się widać tam gdzie zaczyna się oświata. Troska o prawa pracownicze również. Bo nikt
w koalicji nawet nie zająknął się o powrocie limitów godzin, zniesionych przez ministra Czarnka, by odsunąć w czasie zapaść zawodu nauczyciela.