Minister Nowacka forsując zmiany w nauczaniu religii w szkołach naruszyła status quo, które panowało w tej materii od początku istnienia IIIRP, niezależnie od rządzącej ekipy. Jednak środowiska blokujące zmiany przez swój upór mogą jedynie zwiększyć niechęć społeczeństwa, bo zmiany są potrzebne. Zmiany mogą być też korzystne dla samego kościoła, zakładając oczywiście, że w tej batalii chodzi o wiarę, a nie o pieniądze… Kościelny beton będzie blokował zmiany i może wygra pierwszą bitwę, choć będzie to zwycięstwo pyrrusowe…
Zmiany są potrzebne. Na lekcje religii uczęszcza coraz mniej osób. Stwarza to realne problemy dla dyrektorów szkół, którzy przy spadającej ilości chętnych na religię, mają coraz większe trudności w tworzeniu planów zajęć. Propozycje ministerstwa są bardzo elastyczne, nie narzucają sztywnych rozwiązań, pozwalając dostosować plany lekcji do sytuacji w poszczególnych miastach i gminach. Wszak ilość uczęszczających na religię jest przestrzennie zróżnicowana. Trzeba też uwzględnić zdanie uczniów nie biorących udziału w zajęciach z religii, którzy coraz częściej stanowią większość. Niestety zmiany ingerują w program, który pozostaje w gestii kościoła. Rozporządzenie zostało zaskarżone i skierowane do TK, zdominowanego przez prawicę. Domyślam się jakie będzie orzeczenie.
Proponowane zmiany mogą być korzystne dla samego kościoła. Ale ten musi odpowiedzieć sobie na pytanie czego chce. Religia w szkole nie sprawdziła się, widać to po pustoszejących kościołach i spadku powołań do seminariów. Elastyczność proponowana przez ministerstwo może paradoksalnie zbliżyć młodych ludzi do ich parafii. I tu wraca pytanie czy kościół chce ilości, czy chce jakości… Mam wrażenie że doły (parafie) widzą ten problem inaczej niż góra (episkopat). O politykach szkoda mówić, bo ci chcą zbić polityczny kapitał na wzbudzaniu emocji tam, gdzie powinien panować spokój i rozsądek…
Nietrudno zauważyć, że największym problemem kościoła w Polsce stał się sam kościół… Ponad 30 lat nauki religii w szkołach nie spowolniło laicyzacji społeczeństwa. Tego procesu należało się spodziewać, obserwując to co działo się na zachodzie Europy. Nie pomogło też zaprzeczanie coraz to nowym aferom rujnującym wizerunek kościoła. Zarządzający kościołem w Polsce to beton, nie dostrzegający, że świat się zmienił i dostęp do informacji także. Zabrakło chrześcijańskiej pokory, skromności i realnej oceny sytuacji…
Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to pewnie chodzi o pieniądze. Sam Konkordat bardzo ogólnie mówi o organizacji zajęć z religii, nie wskazując ani ilości zajęć, ani też źródeł ich finansowania. Ale kościół i wierni przyzwyczaili się już do tego, że finansowy ciężar utrzymania katechetów, kosztów oświetlenia i ogrzewania salek, bierze na siebie państwo. Państwo, czyli społeczeństwo, jednak te zmienia swój stosunek do religii, dlatego formuła zajęć z religii także musi się zmieniać. Kwestie finansowe są trudne, ale nie uciekniemy od nich, szczególnie przy wiecznym niedoborze pieniędzy na edukację w gminach i powiatach…









Dodaj komentarz