Zbliża się nowy rok szkolny. Start nie będzie łatwy, bo szkoły muszą wprowadzić zmiany związane ze zmianą wielu przepisów, jak ograniczenie liczby godzin religii, wprowadzenie edukacji zdrowotnej i kilka innych pomysłów. Tymczasem minister Nowacka odpływa coraz bardziej. Pomimo negatywnego odbioru społecznego, nie objęła jej rekonstrukcja rządu, więc odebrała to jako akceptację dla dotychczasowych poczynań i zielone światło do dalszych „efektownych” zmian. Źle odebrała sygnały, może z wieży z kości słoniowej w której siedzi na Szucha świat wygląda inaczej niż tu na dole, wśród tych, którzy muszą jej pomysły wprowadzać w życie i świecić oczyma, gdy jednak pomysł nie okaże się trafiony… Szkoda, bo w ogólnym bałaganie przepadają słuszne idee, jak np ograniczenie nieobecności w szkole, lub edukacja zdrowotna, która zupełnie niesłusznie stała się częścią wojny ideologiczno-religijnej…
Nowacka uszczęśliwia nas kolejnymi pomysłami, które mogą sprawić szkołom kłopot, nie dlatego że są złe, ale dlatego że są nieprzemyślane i niedopracowane. Świetnym przykładem są zadania domowe z których się teraz wycofuje. A wystarczyło wejść w dialog z przedstawicielami zawodu, bo prawda jest taka, że zadania są potrzebne, ale prawdą jest też to, że ich nadmiar obciąża młodego człowieka. Wystarczyło usiąść do stołu i znaleźć złoty środek, no ale to wymaga chęci, uwagi i czasu. Podobnie teraz pomysł z obligatoryjnymi Radami Szkoły. Po co? Dotychczasowe rozwiązanie jest dobre. Ustanawianie tych rad na siłę będzie fikcją i wielką łapanką. A jeśli jeszcze taka rada będzie mogła oceniać nauczyciela, to jest to kpina, bo przedstawiciele rodziców i uczniów nie mają po prostu do tego kompetencji. Kolejnym pomysłem jest obniżenie progu nieusprawiedliwionych godzin z 50 na 25%. Pięknie brzmi, ale skuteczność tego będzie żadna. Nie chodzi wszak o ilość, a o zasadę co można, a co nie można usprawiedliwić i kto ma to robić. Bo jeśli nadal rodzic będzie mógł nadal usprawiedliwić wszystko, to przepis będzie martwy. Może powodować wręcz niesprawiedliwość, bo jeśli np Henio i Miecio będą mieć po 70% nieobecności, ale Henio ma surowych (lub nieinteresujących się dzieckiem) rodziców, to nie zda, bo nic mu nie usprawiedliwią. A Miecio, który ma mamę usprawiedliwiającą wszystko jak leci, napisze egzamin klasyfikacyjny i zda… Może więc zamiast szafować liczbami, należy usiąść do stołu i zastanowić się kto powinien usprawiedliwiać nieobecności, w jakiej ilości i na jakiej podstawie? Może wprowadzić coś na kształt L4 dla ucznia, które będzie musiał potwierdzić lekarz rodzinny. Może ograniczyć możliwość usprawiedliwiania przez rodziców do pewnej liczby godzin, bo ileż może być wyjazdów rodzinnych, ważnych spraw rodzinnych, wesel lub pogrzebów? Innym pomysłem jest wprowadzenie Rzecznika Praw Ucznia, gdzie kompetencje dublują się z już istniejącymi funkcjami i przepisami. To wszystko są ważne sprawy, ale wymagające uwagi i czasu. Wprowadzenie rozwiązań niedopracowanych jedynie pogorszy, a nie polepszy sytuację. Mam nadzieję, że w ciągu najbliższego roku ministerstwo jeszcze raz przemyśli sprawę nieobecności i wycofa się z pomysłu obowiązkowego tworzenia rad szkół.
Nowatorskie pomysły na szkołę Nowackiej i Lubnauer nie są nowatorskie. Szkoły od dawna pracują projektami, stosują różne metody oceniania, tam gdzie się da (gdzie nie ma zbyt dużo dzieci) stosuje się nawet ocenianie kształtujące, stosowane są od dawna metody aktywizujące. Ministry nie muszą odkrywać koła, ono jest dawno odkryte. A że przy przeładowanej podstawie programowej i przeładowanych oddziałach pewnych rzeczy nie da się po prostu zrealizować, to wysyłamy sygnały odkąd pamiętam. Gadanie, że szkoła musi się zmienić i sprostać dzisiejszym czasom, to rzecz wiadoma od lat, a pani Nowacka jest co najwyżej od tego by nam to ułatwić, a nie po to by wymyślić dawno wymyślone. A gdy ją słyszę, to mam wrażenie, że po okresie jakiegoś zacofania, przychodzi Nowacka by nakazać aby pracować inaczej. Nie, droga pani minister. My już dawno stosujemy to o czym pani mówi… Tak wiem, w szkołach prywatnych stosowało się więcej metod aktywizujących, ale szkoły prywatne nie mają ponad 30-osobowych klas…
Minister Nowacka działa tak, jakby jej praca była jakimś wyścigiem. Nie dociera do niej, że niedopracowane rozwiązania nie tylko nie będą działać, ale będą wręcz kłopotem dla szkół, rodziców, dzieci. W tym tempie, gdy pomysły z góry wyrzucane są z mocą karabinu maszynowego, gubi się idea zmian, które czasem są potrzebne i słuszne. Zadania domowe okazały się klapą, niedługo ich los podzieli nowy przedmiot edukacja zdrowotna, która nie dość, że jest nieobowiązkowa, to uczyć jej będą nieprzeszkoleni w tej materii nauczyciele… Może pani minister zapomniała, że każdy błąd który popełni, to nie pomięta kartka z wykresem w excelu, a nieudana edukacja konkretnych roczników uczniów?
Wołam o opamiętanie. Nie ilość a jakość. Wołam o szacunek dla uczniów, bo oni są obiektem szybkich eksperymentów pani minister. Wołam o szacunek dla nauczycieli, bo oni muszą te zmiany wprowadzać i zbierać razy za czyjąś niekompetencję… No i wołam o rozum, bo gdy są nowe pomysły, to jest więcej pracy, a jak jest więcej pracy, to trzeba więcej zapłacić. Tymczasem zmiany te mają odbyć się bezkosztowo… Czy pani minister chce zwalić całą dodatkową robotę na barki emerytów za obietnicę nowych nagród jubileuszowych? Nie tędy droga. Czuję się zawiedziony polityką edukacyjną tego rządu. Może już czas na dymisję…









Dodaj komentarz