Ostatnimi czasy sporo pisze się i mówi o nauczaniu religii w szkołach. Coraz częściej dyskusja ta zaczyna przypominać mi spór o to jaka ma być nasza wiara. Mam wrażenie, że spór o religię w szkołach coraz mniej obchodzi ludzi już zlaicyzowanych (dla nich uprzedmiotowienie religii jest nawet na rękę), a staje się powoli sporem wewnątrz kościoła. Coraz częściej pada pytanie: czy szkoła jest odpowiednim miejscem dla nauki religii? Spoglądam na to nieco z boku i niejako z dwóch stron, bo sam mam dzieci w szkole, i uczę w szkole.
Strona 19 z 24
Oj udało się dziennikarzom nadmuchać balonik. Kolejna „afera”, kolejny chwytliwy temat… Jest ten dobry, czyli maturzysta (i to nic, że połowa z nich zna lektury tylko z opracowań), jest ten zły, czyli egzaminator, i jest o czym pisać.
O tym jak czytanie rozwija, trąbi się non stop naokoło. Rzeczywistość jest jednak brutalna. Rośnie nam pokolenie maturzystów i studentów, którzy wychowali się na opracowaniach lektur. Pół biedy gdyby to pójście na łatwiznę, spowodowane było stertami czytanych książek w domu. Niestety, w przeważającej części, nie jest tym spowodowane. Oni po prostu nie czytają. Widać to potem na każdym kroku, widać w każdej oddanej pracy, gdzie oprócz gotowców z internetu, pojawiają się własne „przemyślenia”, widać na egzaminach pisemnych, gdy często okazuje się, że maturzysta, czy student, nie jest w stanie sformułować logicznie brzmiącego zdania (!!!). Słychać podczas rozmowy, bo przecież czytanie rozwija swobodę mówienia, wzbogaca język. Rozmowa z nieczytającą osobą, to taki językowy fast food…
Czyli komentarz do raportu OECD. O tym, że w Polsce trzeba ekspertów z zewnątrz, by media zauważyły problem sygnalizowany od lat przez nauczycieli, psychologów, i rodziców…
Luty, znowu uruchamiana jest trąba powietrzna, która ma zmieść z powierzchni Ziemi kolejną partię „niepotrzebnych” szkół. Pytanie: komu niepotrzebnych? No właśnie… zdaje się, że wyłącznie samorządowcom. Bo na pewno nie dzieciom, rodzicom i nauczycielom. Samorządowcy traktują szkołę jedynie jak zakład pracy, coś co generuje koszty, bo jest przecież chronicznie deficytowe. No to może zlikwidować komunikację publiczną, bo do tej także trzeba zawsze dopłacać? Może zlikwidować połowę miejsc pracy w urzędach, przecież one nic nie produkują (oprócz kolejnych papierów), i są w całości utrzymywane przez podatnika?
Podobno niektórzy się oburzają, że za dużo zadań domowych… których w dodatku złe belfry nawet nie sprawdzą. A przecież korporacyjne mózgi myślą zadaniowo: jest praca – musi być rozliczenie i ocena.
Tyle mówi się w ostatnich latach o młodym pokoleniu, starsi załamują ręce, nauczyciele narzekają, politycy, jak to politycy, starają się ubić na tym poparcie. Mówią, że nieporadni, że stracone pokolenie, że oszukani, że lenie, że mają wygórowane oczekiwania itp. Ciekawy artykuł o tym problemie zamieściła niedawno Wyborcza – wywiad z dr Janem Czarzastym z Zakładu Socjologii Ekonomicznej SGH pt. „Jak zepsuliśmy własne dzieci”.
Taka maksyma powinna wisieć na każdej szkole, ponieważ w większości robimy tam rzeczy niemożliwe… I to nic, że robimy to tylko na papierze, wszak żyjemy w Polsce, a tutaj, to co jest na papierze, stanowi prawdę obowiązującą.
Od kilku dni śledzę dyskusję pomiędzy Panią Minister, nauczycielami, i rodzicami w sprawie przerwy świątecznej. Ministra i nauczyciele okopują się na swoich stanowiskach, rodzice na forach wylewają morze żółci. I… niczemu to nie służy, bo to chyba nie jest ten poziom (ogólnokrajowy) do załatwiania tego typu spraw. Przepisy jakie są, wiemy. Istnieją. Ale jak to jest, że jednych miejscach działają, a w innych nie? Bo nie kwestionuję głosów rodziców, którzy twierdzą, że opieki jakaś szkoła nie chciała zorganizować (choć osobiście się nie spotkałem). Ale przecież większość jednak organizuje…
Dziwna sprawa z tą Panią Kluzik-Rostkowską… Najpierw ustala kalendarz roku szkolnego tak, by przerwa świąteczna była taka długa, a po pół roku zauważa, że przecież ktoś będzie musiał zająć się dziećmi, bo rodzice mają tylko 26 dni urlopu… Wspomnieć warto też, że to nie nauczyciele a politycy (w tym Pani Ministra, gdy jeszcze ministrą nie była) ustalili, że 6.I. mamy kolejne święto, co skłoniło Polaków różnych zawodów do kombinowania, by sobie wolne przedłużyć… O co więc chodzi? Jakiś brak konsekwencji w myśli i w mowie? Rozchwianie emocjonalne? Musiał by się wypowiedzieć specjalista…








