Od 1 września wejdą ograniczenia w korzystaniu z urządzeń elektronicznych przez uczniów. Decyzja jest chyba słuszna. Uzależnienie cyfrowe dotyka większości dzieci i młodzieży, a także ich rodziców, którzy przez to nie są obiektywni w tej materii. Łatwiej jednak coś napisać, łatwiej wydać decyzję i ją podpisać, trudniej wcielić ją w życie i zadbać o przestrzeganie reguł. Tym bardziej, że najcięższą pracę nie wykonają ci co wymyślili, napisali i podpisali, ale ci, którym odmawia się godnej zapłaty za pracę. Wolontariusze, bo chyba w takim trybie nauczyciele będą wcielać pomysły ministerstwa…
Nauczyciele są najbardziej lekceważoną politycznie grupą zawodową. Nieważne, czy rządzi lewica, liberałowie czy prawica. Ostatnie 20 lat pokazuje, że oświatowe postulaty nie przebijają się i nie są popularne. Oświata to kłopot dla każdego, bo kosztuje sporo, a zwrot w postaci głosów wyborczych nie nastąpi w ciągu najbliższej kadencji. Przedwyborcze obietnice są notorycznie niedotrzymywane, a że szkoła trwa pomimo mizerii finansowej, to znaczy, że tak można i nic nie trzeba zmieniać. Stąd tyle tu działań pozorowanych, „bezkosztowych” i na wiwat…
Kolejny czerwiec i po raz kolejny wraca ta sama sprawa. Oceny wystawione. Frekwencja mizerna. Nie wiadomo czy robić lekcje, czy nie, bo reszta będzie miała zaległości… Więc po raz kolejny doradzam co trzeba zrobić… Bo rozwiązania są proste.
Politycy są często obrażeni na rodziców, że ci nie nadążają za ich wizjami. Jakże rodzice mogą nie akceptować rozwiązań, które przecież są dobre? Rodzice zaś, nauczeni wieloletnimi eksperymentami robionymi na żywych organizmach ich dzieci, są sceptyczni. I nie dziwię się, sam jestem rodzicem i moje dzieci przeszły przez system szkolny. Problem bowiem nie tkwi w zasadności samych pomysłów, lecz w jakości ich wprowadzania, a ta jakość pozostawia często wiele do życzenia.
Co powinien zrobić polityk, który dostał od społeczeństwa jasny sygnał, że na jego działania nie ma zgody? Chyba spokornieć. Szefostwo Ministerstwa Edukacji nie pokornieje, nie ma nawet refleksji, ani nad kolejnymi porażkami, ani nad negatywnymi ocenami ich pracy przez społeczeństwo. Klapki na oczach. Panie ministry gotowe są utopić swą formację polityczną, byle tylko nie przyznać się do braku racji…
Już się pogubiłem, bo z mediów płyną coraz to nowe, często sprzeczne informacje. Raz jest w mediach zapowiadany zakaz używania telefonów w szkole, innym razem odwoływany. Teoretycznie ministerstwo przygotowuje przepisy, ale od pomysłu do wdrożenia droga jeszcze długa… Przykład Australii skłania do pochylenia się nad tym tematem, ale kłopot jest w tym, że podjęte decyzje nie będą wyłącznie merytoryczne. Są jeszcze inne czynniki, które być może pozostawią sytuację bez zmian.
Pracownicy MEN objeżdżają Polskę, przekonując nauczycieli do reformy pod szumną nazwą „Kompas jutra”. Założenia tej reformy są ładnie sformułowanie, medialnie atrakcyjne, ale tak rozmyte, że trzeba ich sens tłumaczyć tym, którzy mają te zmiany wdrażać. Reformowani mają déjà vu. Coraz częściej mamy wrażenie, że po dwóch latach gadania okazuje się, że szkoła po reformie ma robić to, co robiła już od dawna. Nieuchronnie nasuwa się pytanie, czy to co się dzieje w oświacie to reforma, czy operacja pijarowa, oraz przygotowywanie podłoża, by znowu na szkole oszczędzić.
Problemy demograficzne wpływają coraz bardziej na naszą rzeczywistość. MEN zaproponował w grudniu, aby wyludniające się szkoły wiejskie stały się szkołami filialnymi i pełniły także inne funkcje oprócz szkolnej (ośrodków kultury, miejsc spotkań seniorów, miejscami opieki nad małymi dziećmi). Samorządowcy pomysłowi przyklaskują, bo to ogranicza koszty. Prawica bije na alarm i mówi o ukrytej likwidacji szkół, oraz o utracie szans edukacyjnych dzieci wiejskich (?). Tyle że prawicowi politycy zapomnieli, że niedawno sami rozmontowali system, który te dzieci wspierał, czyli sieć gimnazjów…
Na skutek niżu demograficznego obniżyliśmy wymagania, przyzna to chyba każdy nauczyciel pracujący od 10-20 lat w polskich szkołach. To jednak droga donikąd, to też zauważyliśmy. Nie zauważyli tego jednak politycy, wpisując się doskonale w ten trend, chcą być dla młodzieży dobrymi wujkami, którzy gdy trzeba, to obniżą standardy… Od lat obniżają… Nie chcą widzieć tego uczniowie, choć oni nie mają punktu odniesienia. Mają go ich rodzice, ale oni też nie chcą w większości przyznać, że to droga donikąd… ważniejszy jest „sukces” dziecka, nawet gdy jest to sukces naciągany… Jednak bez powrotu wymagań nigdzie nie zajdziemy jako społeczeństwo. Powiem więcej, żadne plany, żadna reforma, choćby najlepszego ministra edukacji nie uda się, jeśli nie będziemy wymagać od ucznia. Na razie jednak wszystko wskazuje, że wymagania będą nadal spadać…
Pani minister ciągle mówi o docenianiu pracy nauczycieli, o podnoszeniu prestiżu, o pozytywnym wzmacnianiu wizerunku nauczyciela. Jednocześnie robi wszystko, aby ci nauczyciele na każdym kroku czuli się co najmniej skonfundowani, a częściej upodleni, szczególnie finansowo. Normalnie pomyślałbym, że mam do czynienia z chorobą dwubiegunową… Ale podobne rzeczy opowiada także pani wiceminister, co raczej wyklucza jednostkę chorobową. Czyli chyba zadania przerosły ich możliwości i zaczyna się robienie dobrej miny do złej gry. Kontrakty na broń skutecznie zjadły oświatowe pieniądze, pozostaje się więc uśmiechać i mówić, że jest dobrze, a brak kasy i siły przebicia pudrować kolejnym genialnym planem na papierze…








