Już się pogubiłem, bo z mediów płyną coraz to nowe, często sprzeczne informacje. Raz jest w mediach zapowiadany zakaz używania telefonów w szkole, innym razem odwoływany. Teoretycznie ministerstwo przygotowuje przepisy, ale od pomysłu do wdrożenia droga jeszcze długa… Przykład Australii skłania do pochylenia się nad tym tematem, ale kłopot jest w tym, że podjęte decyzje nie będą wyłącznie merytoryczne. Są jeszcze inne czynniki, które być może pozostawią sytuację bez zmian.
Choć wszystkie badania i obserwacje specjalistów wskazują, że jakieś ograniczenia należałoby wprowadzić, to jednak nie takie proste. I nie chodzi tu o problemy proceduralne i techniczne, choć takie też pewnie się pojawią. Telefony to sprawa polityczna. Zdrowie dzieci jest tu zakładnikiem kalkulacji popularności politycznej, głosów, sondaży. Sądzę więc (choć mogę się mylić), że w pewnym momencie wprowadzania tych przepisów, ktoś powie: „Odpuśćcie, bo to politycznie się nie kalkuluje”. Politycy, którzy decydują o naszym życiu i pracy, sami stali się zakładnikiem internetowej popularności i sondaży, a dla swojego interesu są w stanie postawić na szali zdrowie dzieci. Nie ma znaczenia prawda, zdrowie. Liczy się kalkulacja polityczna.
Pozostanie więc pewnie balansowanie pomiędzy obecnością smartfonów w szkołach a regulaminami wewnętrznymi, które podejmą walkę z wiatrakami (ponieważ taka ona będzie bez odgórnych decyzji). Pewnie sporo racji mają też zwolennicy wprzęgnięcia smartfonów w szkolną praktykę. Nie jestem wrogiem takiego podejścia, ale… No właśnie, jest kilka czynników, które stają tu na przeszkodzie. Przede wszystkim wzrastający wiek naszej kadry nauczycielskiej utrudnia sprawne wdrożenie smartfonów w lekcje. To przepaść nie tylko pokoleniowa, ale też przepaść w podejściu do technologii. Bez ściągnięcia młodych, czyli inaczej bez podwyżek nic się nie uda. A znaczących podwyżek nie widać. Druga sprawa, to liczebność grup. W przepełnionych klasach ciężko kontrolować czy smartfon jest używany do tego, co trzeba. Kolejna sprawa, to sama chęć uczniów. Czy dadzą się na to namówić? – przeważnie obowiązuje tu zasada „daj palec, a wezmę całą rękę”, czyli pozwalanie na korzystanie ze smartfonów w celach naukowych, jest równoznaczne z korzystaniem w międzyczasie z innych funkcji (wiem z doświadczenia). No i jest jeszcze logiczna kalkulacja nauczyciela, bo jeżeli ten sam efekt można osiągnąć w klasyczny sposób, nie zmuszając nikogo do wpatrywania się w ekran i do pogłębiania uzależnienia od smartfonu, to może lepiej pozostać przy klasycznych (oraz zdrowszych) metodach? A przy okazji pokazać alternatywę dla cyfrowego świata.
Ktoś powie – Nie ma odwrotu od cyfryzacji życia, bo żyjemy w cyfrowym świecie. Ale to też tylko półprawda. 10-20 lat temu mogliśmy tak sądzić. Dziś powinniśmy dostrzec niedoskonałości tego świata, naszpikowanego nieprawdą, chęcią zysku, celową dezinformacją, a nawet obecnością przestępców. To nie świat bez alternatywy, to jedno z narzędzi, z którego w dodatku trzeba umieć korzystać (pamiętajmy powiedzenie o małpie i brzytwie…), a dla własnego zdrowia dawkować czas jego używania. Może się okazać (jeśli już się nie okazuje), że największymi zwycięzcami w edukacji będą ci, którzy wiedzą jak zastosować metody spoza tej cyfrowej bańki.
Olbrzymią wadą polskiego społeczeństwa jest ślepy opór przed wszystkim co narzucane z góry. Polak zna się wszak na wszystkim i lekceważy zdanie specjalistów, naukowców, ekspertów. Widać to było chociażby w próbach wprowadzenia edukacji zdrowotnej, co okazało się kompletną klapą (choć sami rodzice w edukacji zdrowotnej swoich dzieci są w większości kompletnie niewydolni). Więc wiem, że po wprowadzeniu jakichkolwiek odgórnych zakazów odezwą się głosy wzburzonych rodziców, wspieranych przez polityków, którzy zwietrzą w tym szansę na zwiększenie poparcia, krzyczące jakie to szkody przyniesie taki zakaz. Niech zgadnę. Jedni będą krzyczeć o naruszonej wolności, inni będą wskazywać na prawo rodzica do decydowania o tym co robi dziecko, jeszcze inni będą wyolbrzymiać konieczność stałego kontaktu z bąbelkiem, inni będą argumentować, że jest to konieczne do lokalizacji dziecka, a więc bezpieczeństwa, a jeszcze inni stwierdzą, że skoro wszyscy to mają, to dlaczego zabierać to dzieciom (na zasadzie sam jestem uzależniony, więc daj się też uzależnić mojemu dziecku).
Nie mam raczej złudzeń. Będziemy szarpać się z tym problemem przez wiele kolejnych lat, bo nawet jak rząd przyjmie te przepisy, to prezydent pewnie nie podpisze (no chyba, że mnie zaskoczy). Spora będzie tutaj rola odważnych dyrektorów i nauczycieli, którzy sami będą ograniczać udział elektroniki na lekcji, ale ci będą pewnie w mniejszości. Duża będzie tu rola przypadku, czy dziecko trafi na ludzi potrafiących postawić zakazy, lub mądrze włączać elementy AI w proces uczenia… Jednym słowem trafisz na mądrego i zaangażowanego, to masz większe szanse edukacyjne…









Dodaj komentarz