Na skutek niżu demograficznego obniżyliśmy wymagania, przyzna to chyba każdy nauczyciel pracujący od 10-20 lat w polskich szkołach. To jednak droga donikąd, to też zauważyliśmy. Nie zauważyli tego jednak politycy, wpisując się doskonale w ten trend, chcą być dla młodzieży dobrymi wujkami, którzy gdy trzeba, to obniżą standardy… Od lat obniżają… Nie chcą widzieć tego uczniowie, choć oni nie mają punktu odniesienia. Mają go ich rodzice, ale oni też nie chcą w większości przyznać, że to droga donikąd… ważniejszy jest „sukces” dziecka, nawet gdy jest to sukces naciągany… Jednak bez powrotu wymagań nigdzie nie zajdziemy jako społeczeństwo. Powiem więcej, żadne plany, żadna reforma, choćby najlepszego ministra edukacji nie uda się, jeśli nie będziemy wymagać od ucznia. Na razie jednak wszystko wskazuje, że wymagania będą nadal spadać…
Kilkanaście lat temu zaczęliśmy błędnie postrzegać i łączyć wymagania z modelem pruskiej szkoły, od którego chcemy odejść, a przecież odejście od tradycyjnego nauczania nie powinno wykluczać wymagania od ucznia. Zbiegło się to z niżem demograficznym pustoszącym szkoły, do których coraz łatwiej było się dostać. Odczuły to głownie szkoły średnie. Do szkół szedł coraz słabszy uczeń, bo konkurencja była mniejsza, więc aby zatrzymać tego ucznia w szkole, zaczęto mniej wymagać, a aby usprawiedliwić mniejsze wymagania, ktoś postawił znak równości pomiędzy wymagającą a pruską szkołą… Tymczasem coraz częściej wśród wykładowców i nauczycieli słychać głosy, że dzisiejsze studia są jak dawne liceum, liceum jak dawne technikum, technikum jak dawna zawodówka, a zawodówka… I jest w tym sporo prawdy. Tak wiem. Czasy są inne, z pewnością dzisiejsza młodzież ma więcej bodźców, więcej odciągaczy uwagi aniżeli kiedyś. Jest też więcej warsztatów, wyjść, wycieczek niż kiedyś. Czasem te wyjścia są z pożytkiem dla edukacji, ale wielu nauczycieli narzeka, że więcej jest w tym zabawy niż nauki, a spora część uczniów traktuje takie wyjścia jedynie jako okazję do opuszczenia zajęć, i tak jak nie są zainteresowani lekcjami, tak samo nie wykazują zainteresowania warsztatami, wykładami, zwiedzaniem. Coraz częściej młodym ludziom brak podstaw. To mądrale potrafiące czepiać się jakiegoś szczegółu z tematu, który akurat zgłębili w necie, a wykładają się na braku podstawowej wiedzy. Mają sporą wiedzę płynącą z podkastów, subskrybowanych kanałów popularnonaukowych, ale nie potrafią tego zastosować, bo brak im solidnej pracy u podstaw. Mylą się w najprostszych obliczeniach matematycznych, robią je niedbale, nie potrafią się wysłowić, z pisaniem jest jeszcze gorzej, mają paniczny strach przed występami publicznymi. Jako obrony używają śmiechu, wszystko potrafią obśmiać, zamienić w mem. O wiedzy przyrodniczej, zaniedbanej od czasów rządów Zalewskiej, nawet nie ma co mówić, są tu olbrzymie dziury, a wiedza jest fragmentaryczna. Szwankowało też szukanie informacji w sieci, aż do pojawienia się AI, ale to akurat jeszcze bardziej stępia ich umiejętności. AI zaczyna myśleć i analizować za nich. Smutny obraz.
Na każdą próbę zaostrzenia kursu odzywają się głosy, że przecież musimy odchodzić od pruskiej szkoły. Nikt nie zastanawia się nad tym, że na świecie funkcjonują różne modele systemów edukacyjnych a model zachodni niekoniecznie jest najlepszy, do czego doszli sami Amerykanie, krytykując w ostatnich latach swoje szkolnictwo na poziomie średnim. Każda próba zaostrzenia kursu jest torpedowana. Także w sprawach wychowawczych. Nieudolne próby zmian w egzekwowaniu frekwencji są skazane na porażkę dopóki rodzice mogą usprawiedliwić wszystko w każdej ilości. Sami rodzice są tutaj słabym punktem systemu. W imię rodzicielskiej miłości i ochrony dziecka, stają się hamulcowymi ich rozwoju. Coraz częściej dziecko ląduje pod kloszem, zza którego nie nauczy się jak żyć w dzisiejszym świecie. Pod kloszem wymagania nauczycieli wydają się represją skierowaną przeciwko przepracowanemu (a tak naprawdę przebodźcowanemu) dziecku.
No ale jak tu podnieść wymagania i zaostrzyć kurs, skoro wokół pokolenie płatków śniegu? Pokolenie, któremu usuwano spod nóg wszystkie przeszkody. Robili to wszyscy: politycy, rodzice, a nawet nauczyciele (choć ci przeważnie bez entuzjazmu, zmuszeni kolejnymi zmianami przepisów). Efekty już mamy. Ilość problemów psychicznych, depresji jest zatrważająca. Nauczyciele skarżą się w prywatnych rozmowach, że nie tylko nie mogą na kogoś podnieść głosu, ale takie środki wyrazu jak sarkazm, nacisk, kpina, które użyte dobrze mogą odnieść skutek, są dziś na cenzurowanym. Najlepiej mówić bezosobowym i bezbarwnym głosem, takim jak AI. Tylko to do niczego nie prowadzi, bo do jednego taki głos dotrze, a dwóch kolejnych potrzebuje wstrząśnięcia i innego poziomu przekazu. Z własnego doświadczenia wiem, że to co trafia do studenta i ucznia dobrego liceum, niekoniecznie już trafia do ucznia słabego liceum i technikum, a to co trafia do nich niekoniecznie trafia do ucznia szkoły branżowej… Nie przez przypadek mówi się, że nauczyciel powinien być dobrym aktorem, aby dostosować swoją rolę do różnego odbiorcy… Często zwykły żart, kiedyś stosowany jako przerywnik lub dla rozładowania napięcia, dziś postrzegany jest jak atak na kogoś, lub przekroczenie strefy komfortu. Dzisiejsza strefa komfortu to letarg w które wpadło młode pokolenie, letarg w którym nie ma życia. Bo prawdziwe życie to emocje, zmiany, huśtawki nastrojów, stres, nieporozumienia, wszystkiego pełno w „realu”, pełno też w dorosłym życiu, do którego młodego pokolenia nie przygotujemy polityką głaskania po głowie i poprawności politycznej…
Wiele szkół o wymaganiach zapomniało, by przetrwać. Wymagania oznaczają tam odpływ uczniów. Dziś szkoła ma być fajna, nie wymagająca. Ten schemat przejmuje coraz więcej szkół. Dlaczego? Bo zostały zostawione same sobie. Ministerstwo i kuratoria robią tylko to, co niekontrowersyjne i najczęściej stają po stronie ucznia. Np. dzisiejsze gadanie o zaostrzeniu liczby godzin obecności w szkole jest kolejnym pustosłowiem, bo dotyczy tylko godzin nieusprawiedliwionych (zamiast opuszczonych) i pozostawia w ręku rodzica władze usprawiedliwiania wszystkiego, w każdej ilości. Inne przykłady: interpretacja, że nie można uczniowi wstawić jedynki za brak pracy, bo przecież oceniamy jedynie postępy w nauce i nie można ocenić czegoś czego nie ma, jest prezentem dla wszelkiej maści obiboków. Interpretacja, że można poprawić każdą ocenę paraliżuje pracę i jest zachętą do kombinowania, gdy np. uczeń przychodząc na czwarty termin bezczelnie stwierdza, że ma jeszcze jeden, bo przecież ten czwarty to dla niego pierwszy, ponieważ poprzednie nieobecności usprawiedliwił wszystko usprawiedliwiający rodzic. Wszystko się rozmywa i spłyca. W dzisiejszej szkole premiuje się jednostki negatywnie „zaradne”, a takie cnoty jak sumienność, terminowość, obecność przegrywają. A potem pracodawca żąda od młodego pracownika sumienności, terminowości i obecności… A on w szkole nauczył się tylko jak kombinować…
Ale powinniśmy wymagać. Pierwszy na straży tego powinien być nauczyciel. Powinien być dobrze opłacany i niezależny, bo taki jest w stanie oprzeć się zalewowi dziadostwa. Wielu nie potrafi. Kiepskie płace prowadzą niestety do negatywnego naboru… „Czy możemy na sprawdzianie korzystać z podręczników? Bo pani X pozwala” – takie pytanie słyszałem nieraz. Jeżeli sam nauczyciel promuje dziadostwo, to niedobrze. Na szczęście takich jest wciąż mniejszość, etyka starzejącego się grona jest wciąż w miarę wysoka. Kolejny bastion stanowi dyrektor. Widziałem różnych dyrektorów, niektórzy wspierali wymagających nauczycieli, ale byli też tacy, którzy żartem lub perswazją wymuszali na nauczycielach, by nie byli zbyt wymagający (bo nie może za dużo nie zdać, bo stracimy grupy, bo rodzice będą się burzyć, bo szkoła ma być fajna, a wokół szkoły cicho). Ważnym elementem układanki są rodzice. Powinni cieszyć się, że szkoła wymaga. Niestety coraz częściej przyjmują perspektywę dziecka i powtarzają bezmyślnie jego argumenty, nie myśląc przy tym o przyszłości, czyli jak taka postawa wpłynie na dorosłe życie, liczy się tu i teraz. Bo nauczyciel za dużo wymaga, bo (o zgrozo) wymaga tego co już uczeń powinien umieć, bo robi za dużo kartkówek… Gdzieś na końcu jest uczeń, czyli nieukształtowany jeszcze człowiek, który naturalnie chce robić mniej, a nie więcej, chce mieć wymagania mniejsze, a nie większe… Ale on w tej kwestii nie powinien rządzić, bo w tym momencie życia nie jest w stanie tego ocenić. Nie przez przypadek po latach wspomina się głównie nauczyciela który wymagał. A niektóre rady pedagogiczne już teraz rezygnują ze zwiększania wymagań, gdy samorząd uczniowski wyda negatywną opinię o nowych zasadach oceniania, choć to przecież tylko opinia… No i nie czarujmy się, wymagając narażamy się na spadek zainteresowania szkołą. Z drugiej strony pozwalając na obniżenie wymagań, utrudniamy sobie pracę, obniżamy wyniki szkoły, co w konsekwencji też prowadzi do spadku zainteresowania. Nie można zjeść ciastka i mieć ciastka, niestety.
Jak widać to nie takie proste – stać na straży jakości… Wymaga pewności siebie, fachowości, odporności na naciski, bo nie zawsze reszta wokół to zrozumie. Ale gra jest warta świeczki, bo przecież ten uczeń którego uczymy to przyszły lekarz, prawnik, żołnierz, kierowca, architekt, urzędnik, budowlaniec, dziennikarz etc. Jeśli zaszczepimy mu pewne wartości, to będzie się nimi kierował w życiu. Zrobi solidną robotę. Nie zrobi dziadostwa. Nie będzie udawał. Kolejne pokolenie zadecyduje jaka będzie nasza starość… Jaka będzie przyszłość kraju. Na razie jednak widzę coraz większą prowizorkę, coraz częstsze „jakoś to będzie”, powszechny „tumiwisizm”. Titanic jeszcze płynie…









Zgadzam się z każdym zdaniem. Jestem nauczycielem od 27 lat…. Zawsze chciałam uczyć….Od kilku lat myślę o zmianie zawodu……Nie mogę patrzeć na to co się dzieje w szkołach…..