Jeśli nie radzisz sobie z bieżącymi problemami to najlepiej zrobić krok naprzód, wtedy opinia publiczna zwróci uwagę na nowy pomysł, a stare problemy rozmyją się i stracą na znaczeniu. Tak chyba stało się obecnie, bo pomimo otwartych kilku niedokończonych frontów robót, ministerstwo otwiera kolejny. Pomysł by przyrodą zastąpić wszystkie przyrodnicze przedmioty nie jest nowy. Tym razem dotyczy podstawówki. Jednak przygotowania do takiej operacji powinny potrwać około dekady, a potrwają niecałe 2 lata. To gwarantuje wielką klapę. Papier w Polsce zniesie wszystko, lecz życie zwykle nie nadąża za ministerialną teorią…

Przede wszystkim reforma powinna zacząć się od szkolenia kadr, które tę reformę pociągną. Zakładanie, że po raz kolejny przyrodę pociągną, bez uprzedniego przygotowania, nauczyciele przedmiotów przyrodniczych (fizycy, chemicy, biolodzy i geografowie) jest taką samą naiwnością jak to, że matematykę po angielsku pociągnie każdy anglista… Potrzeba tu specjalistycznych studiów interdyscyplinarnych, po których nauczyciele zdobędą określoną wiedzę i dostaną do rąk odpowiednie narzędzia metodyczne. Jeśli zastąpimy specjalistyczne studia krótkim kursem, to nadal fizyk będzie uczył fizyki, geograf geografii, biolog biologii a chemik chemii. To już przerabialiśmy  na poziomie szkoły średniej. Słabo wyszło. Efekt: likwidacja przedmiotu. Oczywiście jasne jest, że takie studia powinny być dla nauczycieli przedmiotów przyrodniczych bezpłatne, bo trudno wymagać by chemicy, biologowie, fizycy i geografowie płacili za pomysły ministerstwa. Przy poprzednim podejściu o studiach w ogóle nie pomyślano, a kursy pojawiające się na rynku były przeważnie płatne.

Pomysł nie jest zły. Dzieci i młodzież traktują często przedmioty przyrodnicze jak szuflady wiedzy z grubymi ściankami. A przecież wiedza chemiczna, biologiczna, fizyczna, geograficzna przenika się. Jedne dyscypliny korzystają z dorobku innych. Problemy ekologiczne trapiące dziś ludzkość to zagadnienia interdyscyplinarne, do których zrozumienia i rozwiązania potrzeba podejścia holistycznego. Dlatego kierunek uważam za słuszny. Obawiam się jednak, że nasza polska rzeczywistość po raz kolejny zabije dobre pomysły.

Tempo zmian jest niezrozumiałe. Po pierwsze to za krótki  czas by przygotować podstawy programowe dla tego przedmiotu i je przetestować. Tak, PRZETESTOWAĆ, bo większość poprzednich nowych rozwiązań wprowadzana była bez testowania, od razu na żywej tkance, czyli na uczniach. Po drugie w dwa lata nie zdążymy przygotować kadr. Jeśli oczywiście do przygotowania podejdziemy poważnie. Przygotowanie programu samych studiów zająć powinno minimum z dwa lata. Po trzecie godzin przyrody będzie pewnie mniej niż godzin fizyki, chemii, biologii i geografii łącznie (założę się, że sam pomysł wynikał między innymi z oszczędności). Robiąc reformę zbyt szybko, staniemy przed koniecznością redukcji etatów (tym bardziej, że końca niżu demograficznego nie widać). Robiąc ją dłużej, redukcję zrobi za nas naturalny proces przechodzenia nauczycieli na emeryturę. Unikniemy konfliktów.

Jako nauczyciel jednego z przedmiotów przyrodniczych na poziomie szkoły średniej chciałbym (oraz oczekiwałbym), aby nowy przedmiot dobrze przygotowywał ucznia podstawówki do kolejnego etapu edukacyjnego. Aby taki absolwent podstawówki znał podstawy funkcjonowania systemu przyrodniczego Ziemi. Nie wiem czy Pani Minister to w ogóle czuje, czy tylko pracuje zadaniowo na zasadzie: wdrożyć, odhaczyć, iść dalej… Bo takiej zmiany nie powinno się wprowadzać dla pokazania własnej skuteczności działania, ale dla dobra i jakości edukacji dzieci. Po co więc (po raz kolejny) ten pośpiech? Jeśli spieprzymy tę zmianę w kwestii szkolenia kadr, podstaw programowych i tempa wprowadzania, to po raz kolejny będzie trzeba w szkole średniej powtarzać podstawówkę żeby iść dalej…