Nagrody dla nauczycieli pasjonatów to miły gest na Dzień Nauczyciela. W iście korporacyjnym stylu 300 szczęśliwców zostanie docenionych i otrzyma zastrzyk gotówki. Reszta pasjonatów dostanie w przyszłym roku wyrównanie inflacyjne, co być może przyspieszy ich decyzję, by przestać być pasjonatem. Tylko te kryterium oceny kto jest pasjonatem… Obawiam się, że w MEN o pasjonatach wiedzą niewiele…

Jak odróżnić pasjonata od rzemieślnika? Raczej nie pomoże tutaj liczba olimpijczyków, choć oczywiście cenię ludzi, którzy są w stanie doprowadzić uczniów na szczyt. Ale ci którzy to robią nie pracują z przypadkowym uczniem. Szlifują diament, który ukształtowali mądrzy rodzice i wielu nauczycieli na początkowym etapie kształcenia… Szlifować diament też trzeba umieć, to z pewnością także robią pasjonaci. Choć znałem też innych pasjonatów, nie sposób ich zliczyć… Polonistkę, która zaszczepiała miłość do literatury w klasie technikum składającej się z 30 chłopa kompletnie niezainteresowanych literaturą. Historyka z gadającym zegarkiem, który puszczał uczniom na lekcji Hendrixa. Pamiętam nauczycielkę która wychowała kilka pokoleń młodzieży pracując całe życie w szkole w robotniczej dzielnicy (wiele lat później przyznawałem jej zapomogę z funduszu socjalnego by mogła przeżyć zimę). Pamiętam nauczycielkę szczęśliwą, że jej uczeń z rozbitej rodziny i z trudnego środowiska zaczął dzięki jej zaangażowaniu znowu chodzić do szkoły. Mógłbym wymieniać jeszcze długo. Pracowałem i pracuję z wieloma pasjonatami, którzy nigdy nie będą mieli szans na wychowanie olimpijczyka, ale młodzieży i szkole oddają o wiele więcej niż wynika to z pieniędzy, które płaci im państwo, którzy angażują się w pracę z młodzieżą więcej niż wskazuje na to logika, którzy pracują często ciężej aniżeli nauczyciele olimpijczyków w topowych liceach, lecz na ich sukcesy nie mają szans. Uczyłem się od takich pasjonatów jak być nauczycielem. Niektórzy z nich czekają na marną emeryturę, inni już na niej są, jeszcze inni odeszli nie doczekawszy się od swojego państwa niczego dobrego…

Nagrody trzeba dawać. Każdy nauczyciel zostawiający w szkole serce od czasu do czasu chciałby mieć w swoim życiu taką miłą chwilę, mieć potwierdzenie z zewnątrz, że ktoś zauważa to co robi, bo że ma to sens to sam wie, inaczej dawno by to rzucił… Jednak nie wszyscy pasjonaci dostaną w swojej karierze nauczycielskiej nagrody z ministerstwa. Nie ma nagród za orkę na ugorze, za prostowanie charakterów, za walkę z rodzicami, którzy nie rozumieją po co mają dzieci, za nauczenie kogoś czegoś w systemie, gdzie papier jest najważniejszy, a podstawy są nie do realizacji, bo tym zajmuje się większość nauczycieli i robią to z pasji… Dlatego największą nagrodą dla nich byłaby godna pensja. Proporcjonalna do wkładu, który wnoszą w życie młodych ludzi, do poświęcanego prywatnego czasu, do niewdzięcznych spojrzeń, bo przecież wielu wychowanków docenia ich pracę dopiero po wielu latach… Nagroda taka wydaje się tak oczywista, że nikt nie powinien o nią prosić, w końcu za solidną pracę powinna należeć się godna wypłata. Ale w kraju gdzie lekką ręką rozdaje się pieniądze za nic nierobienie i za bycie znajomym królika, nie do końca do wszystkich dociera, że za ciężką pracę trzeba dobrze zapłacić. W zawodzie nauczyciela pracują głównie kobiety, są zbyt kulturalne, zbyt dumne by się płaszczyć, za mało pyskate. Nie wyjdą na ulicę, nie spalą opon, nie wybiją szyb. Więc można je zgnoić, można zaśmiać im się w twarz, mówiąc, że więcej nie dostaną, bo nie ma, choć wiemy, że one widzą, że jest tylko dla tych którzy głośniej krzyczą, choć mniej pracują… Czas troglodytów w stylu Piontkowskiego i Czarnka podobno minął, ministerstwem rządzą ponoć nieobojętne na los kobiet feministki, lecz światełka w tunelu nadal nie widać.