Coraz więcej dyrektorów szkół narzeka na pracowników, na których nie można w 100% liczyć. Nie dlatego, że są źle wykwalifikowani, lecz z powodu dużej ilości godzin ponadwymiarowych i liczby szkół, w których pracują. Pensje nauczycieli dyplomowanych, a więc tych z najdłuższym stażem i doświadczeniem, zbliżają się powoli do pensji minimalnej. Aby przeżyć trzeba albo zrezygnować z pracy, albo łapać dodatkowe godziny. Ze szkodą dla szkół, uczniów, rodziny, a także własnego zdrowia.

Od września nie będzie lepiej. I powiem brutalnie: dyrektorzy powinni być zadowoleni z tego, że gość wpadnie do szkoły, sprawdzi obecność, oceni, a jeśli zrobi przy okazji jakąś fajną lekcję, to już super. Niech na więcej dyrektor nie liczy. Czynności dodatkowe, kółka zainteresowań, praca z uczniem słabym, szkolenia, wyjścia, zebrania… Na to trzeba mieć czas. Przez lata nauczyciele go mieli, były to lata gdy etat plus trzy-cztery nadgodziny w jednej szkole dawały zarobek, który pozwalał na normalne acz skromne życie. Dziś nauczyciel mający goły etat musi być utrzymywany przez swojego małżonka lub małżonkę i jest od niego finansowo zależny. Taką sytuację z trudem akceptują nawet nauczycielki mające dobrze zarabiających mężów, bo rola zależnej finansowo utrzymanki nie zawsze jest dla nich komfortowa i satysfakcjonująca. Nauczyciele samotni, przeważnie młodzi, nie są w stanie za swą pensję wyżyć, opłacić mieszkania, jedzenia itp. Dlatego tak niewielu młodych do tego zawodu przychodzi. Nauczyciele mężczyźni chcąc sprostać społecznym oczekiwaniom, pracują często w kilku miejscach aby utrzymać rodzinę. W szkołach trwa jedno wielkie dorabianie by przeżyć, wyjechać na wakacje i by nie czuć się gorszym wśród znajomych, wśród których coraz ciężej znaleźć osobę zarabiającą mniej niż nauczyciel…

Dyrektorzy, którzy tego nie pojmują, którzy zatrzymali się w rzeczywistości szkolnej sprzed 15-20 lat, są przegrani, tracą pracowników. Ci którzy to pojmują stają przed trudnym wyzwaniem jak zorganizować pracę szkoły w sytuacji gdy mają coraz mniej stałych pracowników. Kto ma być wychowawcą, kto ma organizować uroczystości szkolne, kto ma pracować w zespołach zadaniowych (rekrutacja, promocja, ewaluacja, socjalny)? Oczywiście można pracownika związanego umową zmusić do pracy, postawić przed faktem dokonanym, ale taki pracownik, który robi coś z musu, bo wie, że zabiera mu to czas na zarabianie na życie, nie będzie efektywnym pracownikiem. Wykona swoją pracę na „odwal się”, ucieknie na L4, w ostateczności rozwiąże przy najbliższej okazji umowę i ucieknie gdzie indziej, tam gdzie pozwolą chociaż na boku zarobić, skoro sami nie płacą… Z niewolnika nie ma pracownika – ten otrzaskany slogan w polskiej szkole lat dwudziestych XXI wieku znowu staje się aktualny…

Dyrektorzy pracują przeważnie na swych stanowiskach od wielu lat, bo nie mają wielkiej konkurencji. Sami zarabiają skandalicznie mało, dlatego do wielu konkursów nie zgłasza się żaden kontrkandydat. To usypia czujność. Dyrektor, który zarządza dziś ludźmi wg schematów z czasów gdy zaczynał być dyrektorem, przeważnie popełnia błędy. Bo czasy się zmieniły, zmienili się nauczyciele, ich podejście do pracy i oczekiwania. A ich oczekiwania są proste: nie chcemy dodatkowo pracować za darmo, chcemy mieć czas na dorabianie, a za to co robimy za te marne pensje, chcemy usłyszeć choć dobre słowo. Ale przede wszystkim chcemy by nam NIE PRZESZKADZAĆ! Mamy swoje rodziny, mieszkania, kredyty i musimy na to zarobić! A jeśli dyrektor ma inne zdanie, to do widzenia. Wielu dyrektorów stara się przerzucić własne kłopoty na kadrę nauczycielską, starając się wzbudzić w nich poczucie winy, by zmusić ich do dodatkowej pracy. Takim dyrektorom mówię: to zrezygnuj skoro nie dajesz rady, to są twoje problemy, nie nasze. Dyrektorem wszakże się bywa a nauczycielem jest. Nie przemawia do mnie tekst, że znajdują się oni między młotem a kowadłem, czyli między poleceniami samorządu i kuratorium, a oczekiwaniami uczniów i rodziców. Może drodzy dyrektorzy czas nauczyć się mówić NIE, gdy słyszycie polecenia, których nie jesteście w stanie zrealizować. Zacznijcie brać przykład ze swoich nauczycieli, oni coraz częściej mówią NIE. Czas siłaczek w oświacie się skończył.

Między nielicznymi nauczycielami pracującymi w jednej szkole a tymi pracującymi z doskoku, występują coraz częstsze konflikty. Plan układany jest pod tych z doskoku, bo bez nich planu nie można dopiąć. Ci na miejscu czują się obciążeni dodatkową pracą za którą nie mają dodatkowo płacone. Mają wrażenie że robią robotę za dwóch. Lata lecą i zmienia się tylko to, że pracy mają jeszcze więcej, choć są starsi i bardziej zmęczeni. Ci z doskoku odpowiadają, że nie mają czasu na rzeczy dodatkowe, bo w szkole są jedynie chwilę, a bez nich szkoła nie funkcjonuje. Jak w takiej sytuacji robić rzeczy dodatkowe, skoro gdy są potrzebni, to są gdzie indziej? Jedni i drudzy mają rację, a między nimi jest dyrektor, który nawet nie ma możliwości, by zapłacić za dodatkowe zaangażowanie, lub nagrodzić za dodatkową pracę.

Gdzieś na końcu tego jest uczeń, choć powinien być na początku… Kiedyś w szkole był on głównym celem, wokół którego kręciło się wszystko. Dziś nie ma kim pracować, nie ma jak ułożyć dobrego planu. Nie ma naturalnej wymiany pokoleń, gdy młodsi uczyli się od starszych i odciążali ich, przejmując od nich obowiązki. Uwaga nauczycieli jest rozproszona pomiędzy zbyt dużą ilość uczniów, często w dwóch-trzech szkołach. Nauczyciel żyje problemami zbyt wielu uczniów, dlatego często ich nie dostrzega, nie jest w stanie w ciągu roku szkolnego poznać ucznia, a gdy już go pozna, to często idzie do innej pracy. Coś co kiedyś było standardem, dziś jest wyjątkiem. Ci których obchodzi szkoła widzą rozdźwięk między propagandą a rzeczywistością. Ci którzy ze szkołą nie mają kontaktu łykają propagandę i jak widać tych było w ostatnich latach więcej… Zobaczymy w październiku czy proporcje się odwrócą i czy ci, którym naprawdę zależy na polskiej szkole przewyższą tych, którzy tylko o tym mówią. Myślę, że wielu nauczycieli czeka na ten werdykt i od niego uzależnia swój następny ruch…