Szef MEiN szaleje. W jednym tygodniu obiecuje wcześniejsze emerytury, w kolejnym zapowiada zwolnienie 100 tys. nauczycieli po 2024 roku. Z pozoru wygląda to na miotanie się od ściany do ściany, ale w tym szaleństwie jest pewien zamysł… Spróbujmy przeanalizować obydwa pomysły pod kątem zasadności, skutków i przewidywanych celów. Może wtedy wszystko ułoży się w logiczną całość?
Strona 5 z 24
Od końca sierpnia nie publikowałem na blogu, wpisując się chyba w nurt bierności wobec spadających na oświatę ciosów. Mnie też ogarnia zniechęcenie. Ale koniec roku kalendarzowego to dobry czas na podsumowanie kondycji oświaty w roku szkolnym 2022/23. Wygląda to po prostu źle. A im jest gorzej, tym gburowaty osioł głośniej krzyczy w telewizji publicznej, że jest lepiej, co pogłębia frustrację nauczycieli. Oni dobrze wiedzą, że przy obecnym (i niestety przyszłym) stanie finansów państwa, mogą co najwyżej marzyć o wyrównaniu pensji do poziomu inflacji, w co nie wierzę. Trwa ewakuacja z zawodu, czego konsekwencją są liczne uciążliwości dla uczniów, nareszcie dostrzeżone przez rodziców. Ale na bunt nie ma co liczyć, bo skoro Polacy przechodzą do porządku dziennego nad tym co się dzieje od kilku lat w kraju, to na logikę, podobną biernością będą wykazywać się w stosunku do oświaty… Jestem pesymistą.
Czytaj więcejW edukacji efekty reform są zwykle mocno odroczone w czasie, dlatego mało kto wiąże ich skutki z pomysłodawcami zmian. Przeważnie odpowiedzialność za złe pomysły rozmywa się i zaciera w ludzkich umysłach. Czasem nie ma kogo krytykować, bo część twórców „reform” jest na aucie życia społecznego, albo już nie żyje. Jednak w tym roku mieliśmy w wakacje małe trzęsienie ziemi, wywołane nieodpowiedzialnymi decyzjami (zmianami decyzji), podjętymi kilka lat temu Chodzi oczywiście o kolejną kumulację roczników, która spowodowała wiele małych dramatów. Bo jak nazwać sytuację w której młodzież z bardzo dobrymi wynikami egzaminów ląduje w szkołach do których nie chce iść, a do tych lepszych nie dostaje się tylko dlatego, że akurat w tym roku jest zbyt dużo chętnych?
Kilka ostatnich „reform” sprawiło, że szkoły wypełniły się nauczycielami multi specjalistami. Najpierw robili dodatkowe kwalifikacje, aby mieć godziny do etatu, ale po ostatnich kilku falach odejść i w sytuacji permanentnego braku nauczycieli, coraz częściej uczą kilku przedmiotów, bo taka jest konieczność. Taki nauczyciel od kilku przedmiotów jest może wygodny na papierze, ale każda dodatkowa specjalność, to dalsze rozdrabnianie swojej uwagi, mniej czasu poświęconego na swój flagowy przedmiot, oraz gorsza jakość edukacji dla samych dzieci. Jak to się mówi: jeśli coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. Ile przedmiotów może uczyć nauczyciel, by jego praca była pracą, a nie karykaturą uczenia?
Zaprezentowane zostały pierwsze fragmenty podręcznika do nowego przedmiotu – Historia i Teraźniejszość, który ma zastąpić na poziomie podstawowym WOS. Jak bardzo polityczną rzeczą jest ów podręcznik, świadczą peany ze strony pisowskiej prawicy i krytyka ze strony centrum oraz lewicy. Dla mnie jednak ważne jest to, co zawiera ten podręcznik i czy w ogóle spełnia kryteria bycia podręcznikiem. Z tego co przeczytałem, to nie.
Napływająca fala uchodźców wojennych postawiła przed naszym systemem edukacji nowe wyzwania. Co prawda Ukraińcy są obecni w naszych szkołach już od dobrych kilku lat, ale skala zjawiska i chaos, nieunikniony w czasie migracji wojennej, skomplikowały sprawę. Niestety nasze władze oświatowe nie zdały w tym względzie egzaminu. Szkoły pozostawiono sam na sam z problemem.
Misji do gara nie włożysz, dlatego w nauczycielstwie powstała luka pokoleniowa, której prędko się nie zlikwiduje. Tym bardziej, że sytuacja z roku na rok jest coraz gorsza. Coraz częściej w gabinetach dyrektorskich rodzi się pytanie: Czy od września będzie miał kto uczyć? Nikt z rządzących nie chce przyznać publicznie, że wiele szkół już teraz funkcjonuje dzięki emerytom, albo dzięki tym, którzy swoje przejście na emeryturę odroczyli. Młodzi czasem zaglądają, obserwują. Ale po zestawieniu ilości pracy z otrzymanym zarobkiem rezygnują, nawet w trakcie roku szkolnego.
Na wojennej fali ogłasza się różne sposoby na poprawę stanu gotowości bojowej młodej części społeczeństwa. Politycy starają się naprawić to, na co my, nauczyciele przysposobienia obronnego (obecnej edukacji dla bezpieczeństwa), zwracaliśmy uwagę już od lat. Jak mantrę powtarzaliśmy, że pokój nie jest wieczny i z przerażeniem obserwowaliśmy jak od lat ubywało godzin oraz elementów związanych z reagowaniem na zagrożenia wojenne. Ktoś widocznie uwierzył w koniec historii Fukuyamy… Obecne deklaracje są słuszne, ale realnej poprawy nie przyniosą, jeśli za słowami nie pójdą czyny.
Po co jest oświata? Chyba po to aby dzieci były mądrzejsze, aby przyswajały wiedzę, rozumiały otaczający świat, podejmowały właściwe decyzje z godnie z kanonem nauki i aby niektóre były przygotowane na to, by dołożyć swoją cegiełkę do rozwoju światowej edukacji. Pracownicy oświaty powinni więc mówić językiem nauki, zgodnie z aktualnym stanem wiedzy. A co jeśli pseudonaukowe bzdury wygłaszają nauczyciele, lub co gorsza kuratorzy lub ministrowie?
Inwencja twórcza i samozadowolenie pomysłodawców nowego przedmiotu, który znamy pod dźwięczną nazwą HIT, zbliża nas do poziomu Korei Północnej. Szczególnie gdy spojrzy się na skład „ekspertów” tworzących podstawę programową gniota mającego zastąpić wiedzę o społeczeństwie. Skoro nasz ministerialny duet „pięknych” umysłów jest na fali wznoszącej, to może zmieni od razu nazwy i formułę reszty przedmiotów? Po co się rozdrabniać? Jak zmieniać, to z grubej rury!








