Nauczyciele dostaną jesienią dwa kawałki kiełbasy wyborczej. Jeden to „nagroda” z okazji 250-lecia KEN, drugi to bon – 2500 zł na laptopa. Pierwszy bonus zakrawa na kpinę, bo nauczyciele chcą podniesienia comiesięcznych pensji, nie jednorazowej jałmużny. Zasad i sensu wprowadzenia bonu na laptopa po prostu nie rozumiem. Nie tak powinno przebiegać wyposażenie stanowiska pracy nauczyciela w sprzęt komputerowy!
Przede wszystkim pieniądze nie idą do właściwego odbiorcy. WŁAŚCIWYM ODBIORCĄ PIENIĘDZY NA LAPTOPY DLA NAUCZYCIELI POWINNY BYĆ SZKOŁY! To szkoły powinny dysponować służbowym sprzętem dla nauczyciela! Laptop za bon będzie podobno własnością nauczyciela, ale nie może go sprzedać przez kolejne 5 lat. To jaki jest to laptop? Prywatny czy służbowy? Czy możemy na nim instalować cokolwiek, czy jedynie programy niezbędne do pracy? Bo jeśli mój, to mogę tam wgrać co chcę, a jeśli służbowy, to o tym co się na nim znajduje powinien decydować informatyk szkolny. Bo jak chronić dane osobowe na komputerze, który jest mój, a nie służbowy? Czy wrażliwe dane są bezpieczne? Co z RODO? Przecież nauczyciel codziennie przetwarza mnóstwo danych osobowych i powinien robić to na odpowiednio zabezpieczonym sprzęcie. Dziś nauczyciele biegają między szkołą a domem ze swoimi komputerami przenośnymi. I wynika z tego, że nadal będą tak robić, bo skoro to będzie ich sprzęt… A NIE POWINNO TAK BYĆ! Jeśli nauczyciel korzysta w pracy z komputera, lub wykonuje pracę w domu, to powinien być to laptop służbowy! Zabezpieczony odpowiednio dobrym programem antywirusowym. No właśnie. A kto ma kupić oprogramowanie antywirusowe? Bo do laptopa służbowego wszelkie licencje kupuje szkoła. Czy będzie wymóg zabezpieczenia programem antywirusowym laptopa za pieniądze podatnika, który jest własnością nauczyciela i którego używa na co dzień w szkole lub w domu, przetwarzając dane osobowe uczniów? Na logikę powinno tak być. Ale kto za ten program antywirusowy zapłaci? Kto zapłaci za licencje programów, których nauczyciel potrzebuje do pracy w szkole? Bo jeśli byłby to laptop służbowy, to na te licencje musiałyby pójść środki finansowe z ministerstwa. Ministerstwo piecze więc dwie pieczenie przy jednym ogniu, będzie przed wyborami chwaliło się jak to wspiera nauczycieli, jednocześnie umywając ręce od finansowania tego co na tym laptopie powinno (musi?) być zainstalowane…
Jak to powinno wyglądać w normalnym kraju (takim w którym rząd finansuje oświatę, a nie przekupuje wyborców)? Szkoły powinny złożyć zapotrzebowanie na laptopy służbowe i otrzymać na ten cel środki. Na komputerach powinno zostać zainstalowane oprogramowanie antywirusowe i wszystkie inne potrzebne do pracy programy. Na laptopie służbowym powinno znajdować się jedynie oprogramowanie niezbędne do pracy. Następnie laptopy powinny być WYPOŻYCZONE nauczycielom. Oczywiście po kilku latach taki komputer mógłby się zużyć, wtedy pracodawca powinien wymienić go na nowy. W przypadku krótkiej umowy (np. na rok) nauczyciel oddawałby laptop, który otrzymywałby nowy pracownik. I to byłoby normalne. Tak robi się w firmach prywatnych i to działa… Tyle że takie rozwiązanie kosztuje więcej…
Lepiej więc rozdać przed wyborami prezenty w postaci bonów. Podatnik będzie fundował sprzęt, który stanie się czyjąś prywatną własnością. Z publicznych pieniędzy powinniśmy finansować sprzęt dla szkół, a nie prezenty. To działanie na granicy prawa. Oczywiście to dla rządu nie ma znaczenia. Pierwszym celem jest propaganda: nauczyciele dostali. Drugim celem jest rozbicie środowiska nauczycielskiego i przekupienie tych, którzy w tę propagandę uwierzą. Trzecim celem jest tworzenie klientelizmu, w którym jeśli obywatel siedzi cicho, to dostanie ochłap, a gdy dostanie, to zagłosuje odpowiednio, bo tak mu się opłaca.









Dodaj komentarz